Mamusiu, nie umieraj... Rak chce zakończyć życie naszej mamy

Zbiórka na cel: zabezpieczenie kosztów rocznego leczenia metodami naturalnymi
Angelika Pruss
Verified Zbiórka zweryfikowana przez Fundację Siepomaga
5 dni do końca
Wsparło 827 osób
20 226 zł (42,25%)
Brakuje jeszcze 27 649 zł
Wesprzyj

Angelika, 33 lata

rak kości

Gniezno, wielkopolskie

Rozpoczęcie: 09 Października 2017
Zakończenie: 20 Grudnia 2017

Spisano mnie na straty, odebrano nadzieję, ale ja walczę, muszę żyć, bo mam dla kogo! Kiedyś miałam wielkie marzenia, w obliczu raka jest tylko jedno – przeżyć kolejny dzień. Ze wszystkich skarbów świata liczy się dla mnie tylko jeden – rodzina. Mam trzy córeczki. Przecież ja nie mogę odejść, muszę być przy nich, przytulać, odganiać smutki, słuchać, pocieszać, kołysać do snu, pleść warkocze, ocierać łzy. Jeśli odejdę, trzy dziewczynki zostaną bez mamy. Błagam o pomoc, bo zrobię wszystko, żeby tu zostać! Dawali mi 6 miesięcy, ale ja wiem, że jeszcze nie wszystko stracone…

Gabrysia kilka dni temu skończyła roczek. Jest taka malutka… Nataszka ma siedem lat, Jennifer, najstarsza – jedenaście. Rak ma lat pięć, tyle już trwa koszmar walki z nim, tyle trwa moje piekło. Pięć lat cierpienia, które jest tak potworne, że czasami mam ochotę mdleć, byle by już nic nie czuć. Rak daje mi tylko ból, siłę dają dziewczynki - córeczki są dla mnie wszystkim, tylko dzięki nim się jeszcze uśmiecham, przełykam łzy, dzięki nim mam siłę, żeby walczyć… One się tak strasznie boją, że przegram! W umieraniu nie ma nic pięknego, nic heroicznego. Przez większość czasu jestem przykuta do łóżka, czasami leżę bezwładna jak kłoda, podłączona do cewnika… W klatce piersiowej mam guza wielkości pięści. Powiedzieć, że jest mi ciężko, to mało… Ale ja się nie poddam. Dam radę. Wygram. Muszę! Nic nie jest silniejsze od woli życia matki. Od miłości do dzieci… Nie pokona mnie nic i nikt, nawet śmierć…

O tym, że spodziewam się najmłodszej córeczki, dowiedziałam się w maju 2016 roku. Jednej z najszczęśliwszej, najmniej spodziewanych wieści w moim życiu towarzyszyła też jedna z najstraszniejszych… Dwa miesiące później na kręgosłupie uwypuklił się guz. Wkrótce później guzy pokryły całą szyję. Wznowa. Chciano mnie natychmiast operować. Miałabym zakończyć życie swojej córeczki, żeby walczyć o swoje? Nie brałam nawet pod uwagę takiej opcji. Nie walczyłam już o jedno życie, walczyłam o dwa. Leżałam przez wiele tygodni, zmagając się z bólem żeber i kręgosłupa, tak silnym, że nie mogłam się podnieść, że odchodziłam od zmysłów, nie wiedząc, co się wokół mnie dzieje. Wygrałam jednak walkę o życie córeczki. 7 października 2016 stał się cud. Na świat przyszła mała dwukilogramowa Gabrysia. Ten cud dał mi siłę do dalszej walki, tym razem o siebie… Teraz liczą już na mnie trzy małe istotki, które potrzebują mamy.

Wszystko zaczęło się bardzo niewinnie – ból w okolicach barków, nogi, które odmawiały posłuszeństwa. Aż w końcu któregoś dnia ja, młoda kobieta, młoda mama, nie miałam siły wstać z łóżka. Guz kanału kręgowego na wysokości th3 z uciskiem na rdzeń kręgowy… Miałam 28 lat. Życie, które prowadziłam wcześniej – beztroskie, w swojej zwyczajności niezwyczajne – skończyło się bezpowrotnie wraz z diagnozą. Nagle wszystko to, co miałam za pewnik – to, że mogę chodzić, nosić dzieci na rękach, budzić się z uśmiechem na ustach, bez bólu – okazało się ułudą. Zapadła decyzja o natychmiastowej operacji. Mam ich za sobą 7, bo rak wciąż wraca, jak bumerang. Za każdym razem jest silniejszy, bardziej przygotowany, bardziej podstępny. Nie zliczę tego, ile razy padałam jak kłoda, nie mogąc ruszyć ani ręką, ani nogą, podłączona do cewnika, pompy z morfiną, komputera… Ile razy prześwietlano mnie RTG, USG, badano tomografem, rezonansem, z niedowierzaniem patrząc na obraz olbrzymich guzów, rosnących wewnątrz mojej klatki piersiowej, na plecach i szyi. Z każdą operacją wiązał się ból, cierpienie, stres, strach i tęsknota. Pobyt w szpitalu za każdym razem był właściwie przeprowadzką. Cierpiałam ja, cierpiał mąż, cierpiały dziewczynki… Za każdym razem była też nadzieja – że tym razem się udało, że to będzie koniec, że będzie dobrze, że porozrywane nerwy kończyn zrehabilitują się i jeszcze uda się ruszyć ręką czy nogą. Wziąć Nataszkę na ręce, zapleść Jenny włosy…

Choroba nauczyła mnie wielu rzeczy, ale najważniejszą z nich jest to, że nie można się poddawać, nigdy. Po piątej operacji miał być już koniec. Nie koniec koszmaru, ale koniec mojego życia… Pamiętam ten moment – leżałam w szpitalnej sali, gdy przyszedł do mnie mąż. Pamiętam ciszę, uścisk jego ręki i łzy w jego oczach. Nie wiedziałam wtedy, że przed chwilą wezwał go lekarz, że powiedział, że guz jest na tyle duży i rozrośnięty, że nie da się operować. Że to by było na tyle, że już nic więcej nie da się zrobić. Gdyby mój mąż się poddał, nie byłoby mnie teraz. Nie byłoby też Gabrysi… On jednak walczył, szukał dla mnie ratunku wszędzie, gdzie tylko mógł. Odwiedził dziesiątki specjalistów. Nie odpuścił, dopóki nie znalazł śmiałka, który podjął się operacji. Dr Rafał Górski operował mnie 18 godzin, z klatki piersiowej i pleców usunął guz wielkości pięści wraz z trzema kręgami kręgosłup. Wstawiono protezę kręgosłupa, multum prętów i śrub. Miałam szykować się do grobu, tymczasem wróciłam do normalnego życia. To był cud. Niestety, szczęście nie trwało wiecznie. Wznowa. Narodziny Gabrysi.

Zaraz po porodzie udało mi się zakwalifikować do eksperymentalnego leczenia immunologicznego na oddziale Onkologii w Warszawie. Jednak i tym razem medycyna okazała się być nieskuteczna wobec mojej choroby. Po 4 podaniach leku moje ciało odmówiło współpracy. Znów z pomocą przyszedł dr Górski, który przeprowadził siódmą operację. Usunął znaczną część guzów, wciąż jednak jest jeden, w mojej klatce piersiowej… Ma wielkość pięści. Są też guzy w opłucnej. Medycyna jest już bezradna, nikt nie może dla mnie nic więcej zrobić… Żadne leczenie onkologiczne ani chirurgiczne nie sprawdzi się już w moim przypadku, nikt nie podejmie się już następnej operacji, zbyt duże ryzyko. Zaczęłam szukać więc gdzie indziej. Kolejne dni życia wyszarpuję rakowi dzięki medycynie naturalnej. Stosuję specjalną dietę, kupuję suplementy, których zadaniem jest obkurczyć guz. Zdarzały się przypadki, że to, czego nie wyciął chirurg, zmniejszało się dzięki metodom naturalnym. To moja jedyna szansa, jedyna nadzieja. Od prawie sześciu miesięcy wzmacniam swój organizm i widzę efekty! Miałam umrzeć, tymczasem wciąż żyję. Miałam być unieruchomiona, tymczasem zaczęłam stawiać pierwsze kroki przy balkoniku. Obie z Gabrysią uczymy się chodzić, ona w swoim chodziku, ja w swoim…

Proszę o pomoc, bo mam 2 wyjścia. Mogę kontynuować terapię naturalną, ale koszt leczenia i suplementów to koszt kilku tysięcy złotych miesięcznie… Być może niektórzy są sceptyczni, ale ja wierzę, że to działa. To moja szansa i nadzieja – jedyna, jaką mam… Co innego mogę zrobić?! Muszę spróbować wszystkiego, co pozwoli mi  dłużej żyć, być mamą dla moich córeczek, muszę wyszarpać rakowi kolejne dni życia. Drugim wyjściem, którego nie biorę pod uwagę, jest to, żeby się poddać, być przykutą do łóżka pod opieką, oddać się pod opiekę hospicjum i czekać na koniec. Mam raka, trzy małe córeczki i niewiele czasu. Proszę o pomoc. Moje dzieci nie dopuszczają do siebie myśli, że może mnie nie być. Muszę walczyć i wygrać. Wciąż mam nadzieję na życie, nie na śmierć…

Pomogli

Ładuję

Verified Zbiórka zweryfikowana przez Fundację Siepomaga
5 dni do końca
Wsparło 827 osób
20 226 zł (42,25%)
Brakuje jeszcze 27 649 zł
Wesprzyj

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.

Ukryj tę wiadomość