Moje dzieci wciąż mnie potrzebują... Proszę, daj mi szansę na życie!

Zbiórka na cel: roczne leczenie nierefundowanym lekiem Afinitor
PILNE!
Zbiórka zweryfikowana przez Fundację Siepomaga
Wsparło 3 801 osób
91 748,90 zł (61,96%)
Brakuje jeszcze 56 336,10 zł
Wesprzyj

Anna Wojciechowska, 46 lat

Racibórz, śląskie

Złośliwy rak piersi z przerzutami do wątroby, kości, węzłów chłonnych

Rozpoczęcie: 15 Października 2018
Zakończenie: 31 Grudnia 2018

Wiem, że już nic mnie nie wyleczy, chyba że zdarzy się cud… Mam raka z przerzutami, przed sobą wizję śmierci. Mam też czwórkę wspaniałych dzieci, a tydzień temu zostałam babcią! Właśnie dlatego muszę walczyć, ze wszystkich sił, bo dostałam szansę! Jest lek, który pozwoli kupić mi kilka dodatkowych lat, powstrzyma nowotwór, pozwoli mi patrzeć, jak dorastają moje dzieci! Moja szansa na życie ma swoją cenę. Wysoką… Bardzo proszę, pomóżcie mi za nią zapłacić, pomóżcie kupić więcej czasu na tym świecie…

Zaczęło się tak, jak setki podobnych historii - pewnego dnia poczułam guzek w piersi. Nie wystraszyłam się, nie podejrzewałam niczego złego - niedawno skończyłam karmić córeczkę piersią, pomyślałam, że to pewnie jakieś niegroźne następstwo. Nigdy nie sądziłam, że mogę mieć raka…

Poszłam do przychodni, zrobili biopsję. Wynik wskazał jednoznacznie - złośliwy nowotwór. Wyszłam ze skierowaniem do szpitala, żeby mi to wycięli. Nadal nie wierzyłam, że to rak. Myślała, że to pomyłka, że pewnie niedługo wszystko się wyjaśni! Potem było kolejne badanie - biopsja otwarta. Diagnoza bezlitosna, już nie mogłam mieć żadnej wątpliwości… Guz naciekał już na węzły chłonne. Trafiłam na salę operacyjną.

Anna Wojciechowska

Lekarze zrobili mi operację oszczędzającą, bym mogła zachować pierś. Potem okazało się, że rak jest przewodowy, był też w dalszej części. Czekała mnie operacja usunięcia całej piersi i węzłów chłonnych. W sumie w trzy tygodnie szłam pod chirurgiczny nóż aż 3 razy… Cały czas tylko myślałam o moich dzieciach. Karolinka i Bartek byli już dorośli, ale przecież Łukasz i Emilka są tacy malutcy, potrzebowali mamy tym bardziej…

Przyszedł do mnie lekarz i powiedział, że teraz czeka mnie chemia. Uspokoił, że mam ogromną szansę pokonać raka, bo rokuje dobrze! Bardzo chciałam w to wierzyć, przecież ten koszmar musi się skończyć dobrze! Przez kolejne dziesięć miesięcy wszystko szło w dobrym kierunku, robiłam regularne wyniki, markery nowotworowe były w normie. Cieszyłam się, dostałam przecież drugą szansę na życie! Rak nie dawał o sobie znać. Aż do stycznia tego roku…

Nadal czułam się świetnie, mimo wszystko lekarz zdecydował o kontrolnym USG. Informacja, że w mojej wątrobie są guzy była największym szokiem… Nikt się tego nie spodziewał, rak miał zostać pokonany! To nie była najgorsza informacja. Zrobili badanie PET. Okazało się, że przerzutów jest znacznie więcej…

Lekarze powiedzieli, że mam pecha. Po prostu, inaczej tego wytłumaczyć nie można. Nowotwór był już w kościach: żebrach, w biodrze, ostatnim kręgu szyjnym C7. Ten jest najbardziej niebezpieczny. Jeśli urośnie jeszcze bardziej, złamie kręg, przerwie rdzeń. W najlepszym wypadku będę sparaliżowana od szyi w dół. W najgorszym od razu umrę…

Mój nowotwór jest nieoperacyjny. Od stycznia do maja znowu brałam chemię. Wspominam to jako jeden z najgorszych okresów w moim życiu… Straciłam włosy, cały czas leżałam, bolały mnie nerki, nieustannie wymiotowałam. W czerwcu była tomografia, która pokazała, że całe moje cierpienie poszło na marne. Leczenie nic nie dało, rak cały czas się rozwija.

Anna Wojciechowska

Lekarze po gruboigłowej biopsji stwierdzili, że nowotwór jest lekooporny. Zmutował, rokuje coraz gorzej. Moje życie jest zagrożone, ale w Polsce niewiele można zrobić. Zaproponowali mi kolejną chemioterapię, a ja byłam przerażona. Mój organizm nie doszedł jeszcze do siebie po poprzedniej…

Pojechałam na konsultację do profesorów z Niemiec. Powiedzieli, że absolutnie nie mogę zgodzić się na chemię - moje uszkodzone już nerki tego nie wytrzymają, staną się niewydolne, tak samo jak płuca. Potem będzie sepsa i śmierć. Co z tego, że rak dostanie lekki cios, skoro umrę na coś innego?

Jest tylko jeden lek, który może mi pomóc, może mi dać więcej czasu, nawet kilka lat normalnego życia! To Afinitor. Lekarz w Polsce wypisał mi receptę, ale co z tego? Lek jest nierefundowany, a miesięczny koszt terapii to ok. 12 tysięcy złotych! By zadziałał, leczenie musi trwać minimum dwa lata, a to daje niewyobrażalne koszty…

21 października mamy wizytę u lekarza, który być może będzie prowadził moje leczenie. Ma doświadczenie w podawaniu Afinitoru. Jeśli się zgodzi, terapia będzie musiała rozpocząć się jak najszybciej, póki  moja wątroba jeszcze funkcjonuje. W przeciwnym razie będzie już za późno na jakikolwiek ratunek, zostaną mi tygodnie…

Mam nadzieję, że będę mogła leczyć się w kraju, bo terapia za granicą będzie kosztowała znacznie więcej… Dzisiaj jestem na rencie, choroba zrobiła ze mnie niepełnosprawną osobę. Dostałam grupę inwalidzką, nie jestem zdolna do pracy… Przez 15 lat byłam instruktorką prawa jazdy, poznałam mnóstwo osób. Dzisiaj niewiele z nich mnie poznaje… Choroba i leczenie zmieniła mój wygląd. Staram się o tym nie myśleć, bo nie to jest najważniejsze. Mam tylko jeden cel - wyrwać śmierci jak najwięcej lat, które będę mogła spędzić z bliskimi.

Proszę o pomoc, o szansę na życie. Mam cudowną rodzinę, dzieci i tygodniowego wnusia Frania. Marzę o tym, żeby mnie pamiętał…

Ania

Zbiórka zweryfikowana przez Fundację Siepomaga
Wsparło 3 801 osób
91 748,90 zł (61,96%)
Brakuje jeszcze 56 336,10 zł
Wesprzyj

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.

Ukryj tę wiadomość