Your browser is out-of-date and some of the website features may not work properly.

Update your browser to use this website in a safer, faster and easier way.

Update your browser

On siepomaga.pl we use cookies and similar technologies (own and from third parties) for the purpose of, among others, the website proper performance, traffic analysis, matching campaigns, or the Foundation website according to your preferences. Read more Detailed rules for the use of cookies and their types are described in our Privacy Policy .

You can define the preferences for storing and accessing cookies in your web browser settings at any time.

If you continue to use the siepomaga.pl portal (e.g. scroll the portal page, close messages, click on the elements located outside messages) without changing privacy-related browser settings, you automatically give us the consent to letting us and cooperating entities use cookies and similar technologies. You can withdraw your consent at any time by changing your browser settings.

Moje dzieci błagają, bym wygrała z rakiem. Pokonam dla nich śmierć?

Joanna Konkel
77 446,95 zł ( 101.4% )
Donated by 5933 people
Campaign goal:

Leczenie ostatniej szansy – badanie genowe nowotworu, specjalistyczny wózek

Campaign organiser: Fundacja Słoneczko
Joanna Konkel, 46 years
Głogów, dolnośląskie
Nowotwór wewnątrzrdzeniowy - Ependymoma II C5- Th10
Starts at: 03 September 2017
Ends at: 14 October 2017

Campaign result


Kochani, 
nie piszemy co u naszej mamy, bo bardzo ciężko znosi branie inhibitorów. Skutki gorsze niż przy tradycyjnej chemii, tyle tylko, że rozłożone na każdy dzień. Mama przeszła silne drgawki, które bardzo długo trwają. Obrzęk twarzy, kończyn. Pomimo brania środków przeciwwymiotnych mama ma ciągłe mdłości i wymioty. Najgorzej jest do południa, musi to przespać, bo później bardzo się męczy. Cały niemalże grudzień przeleżała w łóżku. Przez ten czas zaniedbaliśmy ćwiczenia. Ale mamy samopoczucie było ważniejsze. Spastyka bardzo się pogłębiła. 
Miesięczny koszt leczenia to prawie 31 tysięcy złotych. 

Joanna Konkel

Chcielibyśmy podziękować Wszystkim, którzy do tej pory nam pomagają w jakikolwiek sposób, bo dzięki takim ludziom, mama żyje i ma siły by walczyć. Jęsli udało nam się przez tyle miesięcy oszukiwać nowotwór, to wierzymy, że w końcu uda się go zlikwidować na zawsze. 

Dziękujemy, że nadal nam pomagacie, dziękujemy, że pozwalacie nam wierzyć i marzyć. Wciąż możecie wspierać naszą mamę: https://www.siepomaga.pl/joannakonkel

Dzieci

Campaign description

Gdy kilku lekarzy weszło do szpitala powiedzieć, jaka jest diagnoza, wiedziałam, że nie jest dobrze. Gdy usłyszałam, że to nowotwór wewnątrz rdzenia od odcinka szyjnego rozlewający się aż do odcinka piersiowego, to… zemdlałam.

Zanim postawili mi diagnozę, przez dwa lata bolały mnie nogi, zanikało czucie i oddech stawał się ciężki. Najpierw bolała mnie stopa, później noga i biodra. Lekarze zarzucali wszystko na przepuklinę w kręgosłupie. Rehabilitacja w postaci zabiegów fizykalnych pogorszyła bóle. Przestałam chodzić, zrobili rezonans kręgosłupa, który nic nie wykazał. Przez przypadek trafiłam na dobrego neurologa, który w trybie pilnym wysłał mnie na rezonans z kontrastem.

Joanna Konkel

Tłumaczyli, że to bardzo rzadki guz, że jest wielki, że potrzebna jest natychmiastowa operacja, ale oni w tym szpitalu nie mają odpowiedniego sprzętu. Wszystkie zabiegi, na które odsyłali mnie specjaliści, spowodowały, że dzisiaj jest o wiele gorzej, niż by mogło być. Przez nie rozlał się guz, który chciał mi odebrać życie. Dostałam dwa telefony do specjalistów, zajmujących się operacjami na rdzeniach. Tamtego dnia długo zbierałam się, żeby zadzwonić. Jeden profesor odmówił, nie podjął się operacji, gdyż po obejrzeniu wyników, nie widział żadnej szansy. Płakałam i modliłam się. Pamiętam, jak powiedział, że mam może dwa tygodnie, aby pozałatwiać sprawy, bo nowotwór tak rozlany, że - nawet gdyby zaczął operację - to ja nie przeżyję. A tak mam te dwa tygodnie na bycie z rodziną…

Do drugiego profesora w ogóle nie zadzwoniłam, zabrakło mi sił i odwagi. Tamtego dnia pierwszy raz się poddałam. Nie miałam już sił walczyć. Mam szczęście, że moja rodzina nie pogodziła się z moim umieraniem... Tak znalazłam się u kolejnego lekarza.

Profesorze, nie mam jeszcze czterdziestki, mam za to troje cudnych dzieci, męża, kocham życie, proszę mnie ratować – płakałam.
Z dnia na dzień zostałam przyjęta na oddział neurochirurgii.

Profesor nic nie obiecywał, ale jako jedyny zdecydował się mi pomóc. Szanse na przeżycie były na granicy 5-10%. Operacja bardzo trudna, ciężka. Wycięto prawie wszystko. Jednak część pozostała. Umknęłam śmierci. Po operacji czterokończynowe porażenie, przerażenie, smutek i płacz, kiedy przyszły dzieci, a ja nawet nie mogłam ich pogłaskać, dotknąć, przytulić… Profesor na każdym obchodzie pocieszał mnie, starał się zarazić mnie optymizmem i w końcu mu się udało. Pomyślałam sobie, że skoro on - lekarz - we mnie wierzy, to dlaczego ja mam wątpić? Gdy rana się zagoiła, przewieźli mnie do szpitala rehabilitacyjnego. To tam pierwszy raz usiadłam na wózek inwalidzki i tam uczyłam się nowej rzeczywistości. Zleconą radioterapię również ciężko przeszłam – poparzenia na klatce piersiowej, złe wyniki. Mimo to ciągle wierzyłam, że w końcu wyzdrowieję.

Joanna Konkel

Nie wróciłam do chodzenia na własnych nogach, poruszałam się na krótkie dystanse o kulach, ale większość czasu spędzałam na wózku. Co 2-3 miesiące robiłam rezonans, i wszystko było w porządku aż do czasu... W styczniu 2017 zaczęłam tracić siły, nogi zaczęły słabnąć, problemy neurologiczne powróciły.

Gdy usłyszałam, że w moim rdzeniu zagnieździł się drugi wielki guz, nie uwierzyłam. Jak? Kiedy? Przecież ciągle robiłam badania. Guz był duży, od odcinka piersiowego, aż do końca lędźwiowego. Konsultacja u mojego profesora. Złe diagnozy i znowu płacz. Dlaczego znowu ja? Profesor musiał zastanowić się, bo ta operacja była obciążona nie tylko ogromnym ryzykiem, ale powodzenie jej to niecałe 4%. Czekając na decyzję, napisałam do moich dzieci listy pożegnalne. Każdy dzień to jeden list. Chciałam im powiedzieć, że bardzo je kocham, pomimo że było nam dane krótko cieszyć się razem jako rodzina, to zawsze będę z nimi, na zawsze. Że są najdzielniejszymi moimi maluchami, bo zawsze były przy mnie i wspierały w chorobie. List był odpowiednią formą na tamten czas, bo wiedziałam, że nie dam rady im tego powiedzieć w oczy.

Joanna Konkel

Zadzwonił profesor, czułam, że chciał usłyszeć ode mnie, że decyduję się na tę trudną operację, a on zrobi co w jego mocy, żeby mi pomóc. Ten wspaniały człowiek drugi raz uratował mi życie. Od operacji mam sprawne tylko ręce. Wózek inwalidzki to już konieczność, bo rdzeń został przerwany. Zaakceptowałam już nawet to, że nigdy nie zdołam stanąć na własnych nogach. Chciałam wygrać coś znacznie cenniejszego niż chodzenie – życie wśród moich dzieci, które powinny mieć matkę. Teraz znów boję się, że mi się to nie uda. Guz odrósł, zrobił się większy niż przed operacją.

Nie ma już metod leczenia które by mi pomogły. Tylko radioterapia lub wycięcie może tutaj pomóc, ale wykorzystano już maksymalną dawkę promieniowania, jaką jestem w stanie przeżyć. Guzy są nieooperacyjne. Pierwszy raz stoję zupełnie pod ścianą.

Mój onkolog zaproponował badanie genowe w Oncompassie. Tylko takie badanie daje mi ostatnią szansę na życie. Cena jest duża, bo zbadać należy dwa guzy. Każdy z nich ma inną budowę. Tylko w ten sposób można znaleźć odpowiednie lekarstwo.

Bardzo ważną rolę odgrywa tutaj czas, gdyż komórki nowotworowe bardzo szybko się namnażają. Badanie rozpocznie się w momencie przelania pieniędzy. Nie mam takich pieniędzy, nikt z moich bliskich, znajomych też nie. Jeśli się teraz poddam, będzie to oznaczało tylko jedno – śmierć. Listy, które napisałam do moich dzieci, nadal trzymam w szufladzie. Proszę, pomóżcie mi sprawić, by moje dzieci przeczytały je jak najpóźniej.

77 446,95 zł ( 101.4% )
Donated by 5933 people
You are reading the old version of the campaign.

The content may contain out-of-date information about the Person in need.

Follow important campaigns