Your browser is out-of-date and some of the website features may not work properly.

Update your browser to use this website in a safer, faster and easier way.

Update your browser

On siepomaga.pl we use cookies and similar technologies (own and from third parties) for the purpose of, among others, the website proper performance, traffic analysis, matching campaigns, or the Foundation website according to your preferences. Read more Detailed rules for the use of cookies and their types are described in our Privacy Policy .

You can define the preferences for storing and accessing cookies in your web browser settings at any time.

If you continue to use the siepomaga.pl portal (e.g. scroll the portal page, close messages, click on the elements located outside messages) without changing privacy-related browser settings, you automatically give us the consent to letting us and cooperating entities use cookies and similar technologies. You can withdraw your consent at any time by changing your browser settings.

By nie musiała patrzeć jak umieram

Krzysztof Kusz
167 531,68 zł ( 48.9% )
Donated by 6120 people
Campaign goal:

lek Nivolumab, ostatnia szansa by wygrać z rakiem

Campaign organiser: Fundacja Siepomaga
Krzysztof Kusz
Biała Podlaska , lubelskie
Nowotwór, Choroba Hodgkina- Stwardnienie guzkowe
Starts at: 11 April 2017
Ends at: 01 March 2018

Campaign result

Dzięki Waszej pomocy przyjąłem 16 dawek leku Nivolumab. Niestety, po tych dawkach nowotwór uodpornił się na lek, przestał on być skuteczny, a choroba postępuje. Wykorzystałem już wszystkie możliwości leczenia onkologicznego, szansą dla mnie jest jedynie przeszczepienie szpiku od dawcy. By było to możliwe trzeba zatrzymać rozwój choroby i w tym ma mi pomóc lek Revlimid. Zbiorkę rozpocznę już niedługo, ale już teraz proszę Was o wsparcie. 

Campaign description

Najgorsza jest świadomość, że mogę nie zdążyć. Moje dzieci przyjdą do szpitala w południe, a ja od rana mam chemię, jeśli przyjdą za wcześnie, będą widziały te czarne, wiszące worki substancji, która ratuje mi życie, ale wygląda groźnie, ma konsystencję smoły, gdy się spóźnią, będę zbyt zmęczony, by się uśmiechać, udawać, że wszystko mam pod kontrolą. Pod kontrolą nie mam już nic.

3 lata temu byłem szczęśliwym facetem, czwórka dzieci, praca, wspaniała żona, wszystko tak jak zawsze chciałem. Największe zmartwienie to urlop, zaległy mandat, zakupy. Teraz Moje życie dobiega końca na oczach moich dzieci, które patrzą, jak słabnę, jak siedzę wpatrzony przed siebie, urywam kontakt, tracę świadomość na moment, by za chwilę budzić się w przerażeniu. Wiktoria ma dopiero 6 lat! Kiedyś pytała mnie, czy nigdy jej nie zostawię. Powiedziałem że nigdy... Wtedy, gdy odpowiadałem, nie zastanawiałem się nad tym, co będzie, nie zakładałem, że będzie źle. Teraz kiedy dzieci do mnie przychodzą, uśmiecham się i choć to najtrudniejsza rola w moim życiu nigdy jej nie będę żałował, nie chcę by widziały cierpienie i mój strach. One mają być szczęśliwe, mają cieszyć się z dzieciństwa, a nie z przerażeniem patrzeć na to, co rak robi z ich ojcem.

Krzysztof Kusz

One przecież mnie kochają, są dla mnie wszystkim, dlatego mogę poddać się im ale nigdy jemu – nowotworowi, który trafił bardzo źle, bo na zdeterminowanego ojca, który zamierza żyć! Moje życie wyhamowało w lutym 2014 roku, kiedy zdiagnozowano u mnie chłoniaka Hodgkina, paskudztwo, którego nie mogłem długo namierzyć, choć czułem się coraz gorzej, swędziało mnie całe ciało, kaszlałem.

Nigdy nie odkładajcie swojego zdrowia na później, jeśli coś się dzieje, zawsze będziecie to czuli, pojawi się niepokój i słabość, które oznaczają jedno – kłopoty. Nigdy nie słuchałem swojego organizmu, uważałem, że zdrowie to nic nadzwyczajnego, teraz kiedy patrzę na ludzi przez okno szpitala onkologicznego, martwię się o nich wszystkich, mam ochotę krzyczeć, by zwolnili tempa, wsłuchali się we własny organizm, nauczyli się go rozumieć. Ja swój znam już na wylot, ale uczyłem się go w najgorszych możliwych okolicznościach, będąc pacjentem onkologii, chorym na raka człowiekiem, dla wielu przegranym jeszcze za życia...

Teraz gdy nadstawię ucha, słyszę wszystkie prośby i groźby mojego organizmu i powiem wam, że nie jest najlepiej, znów tracę siły, przegrywam, i czuje, że tym razem nie wstanę bez pomocy. Pierwszą chemię przeszedłem dość dobrze, sam dziwiłem się, o co tyle krzyku. Owszem, człowiek słabnie, przychodzą mdłości, ale pierwsza chemia i radioterapia to ciekawość, obserwacja i bardzo wielka nadzieja. Kiedy lekarz ściska rękę i mówi remisja, nie masz jeszcze w sobie dość pokory, by dziękować Bogu, myślisz, że dałeś radę, że jesteś silny. Zmieniasz zdanie na hasło wznowa, w moim wypadku to hasło usłyszałem po 4 miesiącach od euforii. To jak lewy sierpowy od życia, po którym nie możesz się przewrócić, bo na wszystko patrzą twoi najbliżsi, w tym ta najmłodsza córeczka, która cały czas wierzy, że tatuś jest najsilniejszy, ma najwięcej sił, ze wszystkim sobie poradzi.

Krzysztof Kusz

Na kolejną chemię się już czeka z utęsknieniem, bo świadomość tego, że rak panoszy się po Twoim ciele, jest gorsza, niż metaliczny smak w ustach po przyjęciu worka czarnej smoły do krwiobiegu. Do drugiej remisji podszedłem tak, jak trzeba, z wdzięcznością, ale i czujnością, bo wiedziałem już, że to nie gwarancja, to jedynie malutka bitwa na przedpolach ogromnego starcia o wszystko. W grudniu 2015 lekarze dokonali cudu, przyjąłem autoprzeszczep, magiczny zabieg, który miał być przełomowy. Nie był, koszmar powrócił po 4 miesiącach jak w zegarku. Znów wizja umierania, odchodzenia na oczach dzieci, strach o ich przyszłość, o to, że nie będę w stanie ich wychować tak jak marzyłem, że zostawiam ukochaną żonę z tym wszystkim samą. Mam 37 lat i życie jest już nie dla mnie? Nikomu nie życzę takich przemyśleń, takiego wewnętrznego cierpienia, przy którym zewnętrzne niedogodności są niczym przeziębienie.

Kolejna chemia, różne jej warianty, gdyż nowotwór okazał się bardzo wredny i chemiooporny. Kolejne próby walki z nim były skuteczne tylko na chwilę, gdyż po uzyskaniu częściowej remisji po raz kolejny pojawiła się progresja choroby. Lekarze rozkładają ręce, twierdząc, że tradycyjna chemia mnie nie wyleczy, że dostanę trochę czasu, ale kolejne uderzenie choroby będzie silniejsze, bardziej wyniszczające. Trochę czasu? Ja go potrzebuję bardzo dużo, bo mam dzieci, rodzinę, fantastyczną żonę, nie wyobrażam sobie, by ich teraz zostawić. Postawiłem sprawę jasno, zadałem w końcu pytanie na które bałem się odpowiedzi. Czy jest dla mnie jeszcze jakaś szansa? Zamknąłem oczy i wsłuchiwałem się w lekarza.

Krzysztof Kusz

Owszem jest, immunoterapia bardzo droga i nierefundowana w Polsce, taka która przygotuje mój organizm na ostatni już przeszczep od dawcy. Co z tego, że mam szansę, skoro jest ona poza zasięgiem. Nie mam pracy, bo choroba zabrała nawet to, mam 4 dzieci i żadnego pomysłu na to, skąd uzyskać taką sumę. Nie jest wstydem prosić, wstydem jest się poddać, kiedy liczą na Ciebie bliscy. Za każdą pomoc dziękuję, bo każda wyciągnięta do mnie ręka, to szansa na to, aby patrzeć dłużej na swoje dzieci. Każdy ojciec wie, ile to znaczy...

167 531,68 zł ( 48.9% )
Donated by 6120 people
You are reading the old version of the campaign.

The content may contain out-of-date information about the Person in need.

Follow important campaigns