Tętniak miał go zabić. Dziś walczy, by wrócić

Kamil Bauerlando
organizator skarbonki

Pomóżmy w walce o lepsze jutro!!

Zaczynamy wszystko od nowa, poza miłością! Jej nie musimy się uczyć, bo jej nie mogła zdusić żadna choroba. Mieliśmy to, czego każde z nas pragnęło, a teraz uczymy Łukasza wszystkiego od początku. Nie mówił, dzisiaj umie powiedzieć, że mnie kocha, nie chodził, a dzisiaj stawia pierwsze kroki. Łukasz miał nie żyć, a pokonał śmierć i jest z nami. Wiem, że teraz, okaleczony, zniszczony, z głębokim porażeniem, właśnie teraz robi dla nas więcej niż kiedykolwiek.

Codziennie łapię się kilka razy na tym, że szklą mi się oczy, kiedy patrzę na to, jak on się stara, jak heroicznie walczy o to, by z nami być, by stać się częścią naszego życia zamiast jego tłem. Nasz synek miał wtedy osiem miesięcy, pierwszy raz powiedział słowo tata. Rok temu Łukasz ostatni raz był z naszą córeczką Justynką na placu zabaw. Wrócił z bólem głowy – silnym, przerażająco silnym. Po chwili nie mógł już złożyć zdania, nie potrafił logicznie myśleć. Wezwałam pogotowie, ale nie mogliśmy jechać razem. Dzieci były przerażone, a ja musiałam udawać spokój, mimo że w środku wszystko się gotowało.

Pamiętam, jak trzęsły mi się ręce, kiedy 40 minut później dzwoniłam do szpitala, w tym samym czasie uspokajając naszą Justynkę. – Kochanie, musimy zadzwonić i dowiedzieć się, kiedy możemy odebrać tatusia… – Mamusiu, kiedy po niego pojedziemy dzisiaj czy jutro?
Wszystko ułożyło się inaczej. Ani dzisiaj, ani jutro, bo na to, by zobaczyć Łukasza w domu, czekaliśmy 9 miesięcy. Pęknięty tętniak zwykle oznacza śmierć, a w lepszym wypadku stan wegetatywny. Tak bardzo bałam się, że go stracę, że nigdy nie zdołam go już przytulić, powiedzieć mu ile dla mnie znaczy.

Lekarze nie dawali mu szansy, w krótkich zdaniach na korytarzu w szpitalu mówili o całym naszym życiu, które miało nie doczekać do rana. Następnego dnia mogliśmy już nie być rodziną... Wezwałam księdza, który miał przygotować Łukasza na najgorsze. Jednego dnia budziliśmy się rano i dawaliśmy dzieciom śniadanie, a następnego modliłam się, by nie cierpiał, jak będzie odchodził. Nie odszedł, chyba wiedział, że nie może nas zostawić, zbyt wiele etapów otworzyliśmy w naszym wspólnym życiu i czuł, że nie może zostawić mnie samej.

Przeżył, podobnie jak kolejną siedmiogodzinną operację w MSWiA, w trakcie której usunięto ogromnego krwiaka. Ile było potem chwil, w których my jako najbliższa rodzina słyszeliśmy, że trzeba się przygotować na najgorsze, ile ostrożnego przygotowywania do życia z człowiekiem na pograniczu życia i śmierci – nie chcę pamiętać…

Stanęliśmy przed sprawdzianem ze wszystkiego, z miłości, wzajemnego oddania, wytrzymałości, siły fizycznej i tej duchowej. Nie mogło się nie udać, bo Łukasz jest człowiekiem, którego kocha się niezwykle łatwo. Wspaniały ojciec, mąż, taki jakiego zawsze chciałam mieć przy sobie, jakiego zawsze widziałam z naszymi dziećmi na rękach. Na początku tej walki dowiedziałam się też, że pacjenci "niewspółpracujący" nie mogą być przyjęci do oddziałów rehabilitacyjnych. Mimo to w końcu ktoś uwierzył mi, że Łukasz w minimalnym stopniu, ale jednak odpowiada na pewne polecenia, a sam wkrótce, powolutku zaczął pokazywać na co go stać. I to jak…

Dostaliśmy szansę na walkę o nowe życie, bo tamto, które mieliśmy właśnie się skończyło, tamto życie z codziennymi małymi zmartwieniami o zdrowie dzieci, pracę, kredyt i radościami z maluchów, z małymi sukcesami, odrobiną czasu na wspólny wypoczynek zapewne nie powróci już w takiej formie. Ale nowe życie zaczęło się budować i nie pozostaje nic innego niż uczynić go najlepszym z możliwych, bo nie tylko o nas tu chodzi, nasze dzieci miały być przede wszystkim szczęśliwe, bez względu na warunki, w których przyjdzie nam żyć.

Łukasz wziął się do roboty, a to, co się działo wywoływało u mnie tym razem wzruszenie, ale już z domieszką dumy. Zaczął reagować, najpierw patrzeć bezradnie, później wracała świadomość, z dnia na dzień coraz bardziej. Pamiętam dzień, w którym pokazałam mu film, na którym nasz synek stawiał pierwsze kroki. Mam wrażenie, że właśnie wtedy pomyślał sobie – dość, chcę przy tym wszystkim być. W ośrodku, leżąc w łóżku, Łukasz przeżył chrzest synka i jego pierwsze urodziny. To były najsilniejsze bodźce, po których stał się prawdziwym wojownikiem.

Po miesiącu od tego wydarzenia siedział już na wózku inwalidzkim, bez podpierania głowy, po kolejnych tygodniach odpychał się już jedną nogą, a w grudniu, 7 miesięcy po operacji pozbyliśmy się rurki tracheotomijnej. To był szczęśliwy dzień, bo ta rurka przypominała chyba najbardziej to, co najgorsze. Łukasz zaczął mówić, najpierw szepcząc, później stopniowo wymawiając słowa na głos. Po tylu miesiącach powiedział mi, jak bardzo mnie kocha. Afazja, głównie ruchowa - ustępuje bardzo powoli. Kolejne tygodnie terapii logopedycznej przynoszą poprawę, ale to czy kiedyś porozmawiamy zależy od tysięcy kolejnych powtórzeń i wielu godzin pracy które jeszcze przed nami. Specjalisci jednak twierdzą, że dalsza poprawa jest możliwa i będzie następować, bo rozumienie wypowiedzi jest u Łukasza dobre. To tak jakby Łukasz ciągle żył ze słowami na końcu języka.

Tętniak to zabójca, któremu się nie udało tym razem, ale okaleczył mojego męża i teraz musimy walczyć o dosłownie wszystko. Karmimy go przez PEGa, bo ciągle występuje dysfagia, czyli trudności z połykaniem. Do tej pory osiągnęliśmy już o wiele więcej, niż prognozowali lekarze, więcej od tego, do czego przygotowywano nas na początku.

Łukasz z wyjątkowym uporem i determinacją ćwiczy codziennie niemal każdą umiejętność, od poszczególnych ruchów, wstawania, chodzenia, doskonalenia mowy, poprzez naukę pisania i czytania, połykania, czucia, itp...
To, że dzisiaj Łukasz osiągnął tak wiele, to najlepszy dowód na to, jak bardzo trzeba mu pomóc. W jego przypadku postęp to nie mrzonki i płonne nadzieje, ale rzeczywistość, która dzieje się każdego dnia i zaskakuje zarówno lekarzy jak i specjalistów z nim pracujących. To cud ciężkiej pracy, który może trwać dalej i zaprowadzić naszą rodzinę do jako takiej normalności. Zostałam z dwójką dzieci i niepełnosprawnym mężem, którego próbuję odzyskać. Nie stać mnie na intensywną rehabilitację, której Łukasz tak bardzo potrzebuje. Nawet z pomocą rodziny nie stać mnie na to by pomóc komuś, kogo kocham...

Miał nie żyć, a jest z nami, uśmiecha się, bawi z dziećmi, przytula je. Czasem to ja czuję się słaba, kiedy patrzę na ten heroiczny wysiłek. Proszę o pomoc, bo tylko tak mogę coś dla niego zrobić. Intensywna i wieloaspektowa praca musi jeszcze potrwać przez dłuższy czas, by w pełni wykorzystać plastyczność mózgu oraz ogromną motywację Łukasza do pracy. Jest też szalenie kosztowna, bo rehabilitacja nie dotyczy tylko jednej sfery, ale niemal wszystkich życiowych umiejętności. Łukasz zrobi bardzo wiele i jestem pewna, że jego plany jak zwykle sięgają o wiele dalej. Proszę, pomóżcie i dajcie mu szansę, na którą tak bardzo pracuje każdego dnia.

Darowizny trafiają bezpośrednio na zbiórkę charytatywną:
0%
0 zł Wsparło 0 osób CEL: 90 000 ZŁ