Twoja przeglądarka jest nieaktualna i niektóre funkcje strony mogą nie działać prawidłowo.

Zalecamy aktualizację przeglądarki do najnowszej wersji.

W portalu siepomaga.pl wykorzystujemy pliki cookies oraz podobne technologie (własne oraz podmiotów trzecich) w celu, m.in. prawidłowego jego działania, analizy ruchu w portalu, dopasowania apeli o zbiórkach lub Fundacji do Twoich preferencji. Czytaj więcej Szczegółowe zasady wykorzystywania cookies i ich rodzaje opisaliśmy szczegółowo w naszej Polityce prywatności .

Możesz w każdej chwili określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w ustawieniach swojej przeglądarki internetowej.

Jeśli kontynuujesz korzystanie z portalu siepomaga.pl (np. przewijasz stronę portalu, zamykasz komunikat, klikasz na elementy na stronie znajdujące się poza komunikatem), bez zmiany ustawień swojej przeglądarki w zakresie prywatności, uznajemy to za Twoją zgodę na wykorzystywanie plików cookies i podobnych technologii przez nas i współpracujące z nami podmioty. Zgodę możesz cofnąć w dowolnym momencie poprzez zmianę ustawień swojej przeglądarki.

Pokonać raka w doliczonym czasie gry

Mariusz Judycki
Zbiórka zakończona
Cel zbiórki:

Półroczne leczenie onkologiczne

Zgłaszający zbiórkę: FUNDACJA UWIERZ W POMOC
Mariusz Judycki, 46 lat
Gdynia, pomorskie
Guz centralny układu nerwowego
Rozpoczęcie: 15 Marca 2017
Zakończenie: 20 Września 2017

Opis zbiórki

Praca, rodzina, znajomi i mecze ukochanej Arki Gdynia. Wokół tego kręciło się moje życie. Pełne śmiechu, radości i niezapomnianych wyjazdów. Dzisiaj zamiast żółto niebieskich barw ukochanego klubu, otacza mnie biel lekarskich kitli i szpitalnych ścian, a ja sam mierzę się z chorobą, której imię budzi lęk...

Zaczęło się niewinnie, to była końcówka 2015 roku, a mnie coraz częściej bolała głowa. Tłumaczyłem to sobie paskudną jesienną pogodą. Tabletka, szklanka wody i zapomniałem o sprawie. Z czasem zamiast jednej tabletki brałem dwie, potem trzy... Po jakimś czasie leki przeciwbólowe przestały działać, ale pomyślałem, że to dlatego, że po prostu przesadzam z proszkami, że organizm się do nich przyzwyczaił. Nie dopuszczałem do siebie myśli, że coś może być nie tak. Przecież jestem twardym gościem. W tym fałszywym przeświadczeniu żyłem do grudnia...

Mariusz Judycki

Samego ataku padaczki w zasadzie nie pamiętam. To było tak, jakby ktoś odłączył mój mózg od reszty organizmu, jakby zabrakło prądu... Doskonale pamiętam za to moment, kiedy się ocknąłem. Leżałem zalany potem na podłodze. Serce waliło mi jak młotem, a ja nerwowo rozglądałem się po pokoju, jak gdybym chciał się upewnić, że wciąż jestem w tym samym miejscu, w którym urwał mi się film. Bałem się. Ja twardy, silny facet bałem się jak dziecko.

Trafiłem do szpitala, ale nie przebywałem w nim długo. Nikt nie potraktował moich dolegliwości poważnie, a i ja czułem ulgę. Niewiedza dawała złudne poczucie bezpieczeństwa.

Przez kolejny miesiąc bóle głowy się nasilały. Z każdym dniem stawały się coraz silniejsze. O szukaniu ratunku w tabletkach przeciwbólowych nie było już mowy. Do tego zaczęły dokuczać mi nudności, aż w końcu dostałem kolejnego ataku padaczki, a potem jeszcze jednego i jeszcze jednego... Kolejna wizyta w szpitalu skończyła się równie szybko, jak poprzednia, ale ja nie chciałem już dłużej oszukiwać sam siebie.

Padaczka stała się dla mnie codziennością. Bywało, że w ciągu dnia atakowała mnie 9 razy. Moje życie stało się dla mnie niczym więcej jak bezradnym wyczekiwaniem na kolejny napad. Bezsilny i zmartwiony udałem się na prywatne badania. Lekarze stwierdzili, że nie ma na co czekać i trzeba mnie poddać rezonansowi magnetycznemu. Położyłem się na stole i powoli zacząłem się wsuwać w bęben magnesu, powtarzając w głowie jak mantrę, że wszystko będzie dobrze… Potem przyszedł lekarz i poprosił, żebym usiadł. Zawiesił głos i przeczytał wyrok — nowotwór złośliwy mózgu.

Mariusz Judycki

Ze skierowaniem do szpitala w ręku wyszedłem na ulicę. Dookoła kłębiły się tłumy ludzi, w korku stał sznurek samochodów. Każdy gdzieś pędził, a ja nie wiedziałem co dalej. Zadawałem sobie dziesiątki tych samych retorycznych pytań, które zadaje sobie chyba każdy człowiek w podobnej sytuacji. Na żadne nie znałem jednak odpowiedzi. No bo jak odpowiedzieć sobie na pytanie: dlaczego ja? Czy to jakaś forma kary? Przecież nie byłem święty, ale czy zasłużyłem na wyrok śmierci?

Nie tak wyobrażałem sobie moje życie. Miałem zaledwie 39 lat. Myślałem sobie, że przecież zaraz rusza liga. Kolejny mecze, oprawy, wyjazdy… O tym wszystkim musiałem zapomnieć. Nowy, 2016 rok, zacząłem od półrocznego pobytu w szpitalu. Lekarze podjęli się usunięcia guza. Zacząłem przechodzić chemio- i radioterapię. Wierzyłem, że dam radę pokonać to paskudne raczysko, że tak jak w życiu radziłem sobie z przeciwnościami, tak i teraz uda mi się wygrać z chorobą. Niestety, żadna z zastosowanych przez lekarzy form leczenia nie przynosiła rezultatów. Byłem załamany. Czułem jak z dnia na dzień słabnę, jak nowotwór powoli stara się mnie zabić. Wtedy przekonałem się, jak wiele w życiu znaczy przyjaźń.

To koledzy z trybun mobilizowali mnie do walki. Kiedy szedłem na stadion, oczekiwałem, że piłkarze będą gryźć trawę, teraz tego samego oczekiwali ode mnie kumple ze stadionu. Liczyli, że się nie poddam i robili wszystko, żebym czuł ich wsparcie. Żebym uwierzył, że dam radę. Organizowali zbiórki, kwestowali na stadionie. Nie pozwolili, by o mnie zapomniano. Z wyrazami wsparcia odzywali się nawet kibice z innych miast...

To jeden z kolegów skontaktował mnie z kliniką w Niemczech, w której przeprowadziłem specjalistyczną diagnostykę. Jej rezultaty dawały nadzieję na to, że jeszcze nie wszystko stracone, że moja walka ma sens. Z wynikami trafiłem do Centrum Medycznego Świętego Łukasza — tak zaczęła się kolejna połowa najważniejszego meczu w życiu. Wdrożono specjalistyczną dietę keogeniczną i suplementację. Otrzymałem wlewy kroplówkowe, zastosowano chemioterapię oraz metodę hipertermii. Wracałem do świata żywych!

Jeszcze kilka miesięcy temu nie wierzyłem w to, że wyzdrowieję. Pogrążony w apatii żegnałem się ze światem. Miałem dosyć ciągłego bólu i atakujących raz za razem padaczek. Teraz jest inaczej. Czuję, że dostałem kolejną szansę. Kilka doliczonych minut na to, by pokonać przeciwnika. Wróciła we mnie wiara, że rak to jeszcze nie wyrok, że z chorobą można wygrać. Jednak wiara to za mało. Pomimo wsparcia przyjaciół nie jestem w stanie dalej finansować leczenia, a walka z glejakiem jest długa i kosztowna. Dlatego proszę Cię o pomoc. Nie pozwól bym musiał rezygnować z leczenia teraz, kiedy na horyzoncie płonie raca nadziei...

Ta zbiórka jest już zakończona. Wesprzyj innych Potrzebujących.

Obserwuj ważne zbiórki