Rak zabija mi męża, a naszym dzieciom ojca

Zbiórka na cel: Roczne leczenie lekiem Opdivo - ostatnia szansa na pokonanie nowotworu
Verified Zbiórka zweryfikowana przez Fundację Siepomaga
Wsparło 16 056 osób
213 885,97 zł (59,99%)
Brakuje jeszcze 142 646,03 zł
Wesprzyj

Ireneusz Palinker, 49 lat

Nowotwór nerki z przerzutami do płuc po chemioterapii

Pierściec, śląskie

Rozpoczęcie: 08 Czerwca 2017
Zakończenie: 08 Lipca 2018

04 Grudnia 2017, 10:01
Aktualizacja

Dziś odebraliśmy wynik i okazuje się, że leczenie działa, nastąpiła stabilizacja, jeden wielki guz zniknął, drugi zmniejszył, a reszta zatrzymała się. Nareszcie dzięki Wam i rzeszy wspaniałych ludzi możemy na moment odetchnąć i zebrać siły do dalszej walki. Jednak, żeby walczyć, potrzebne są pieniądze. Znów zaczyna nam ich brakować na kolejne dawki.

Do tej pory mąż otrzymał 10 dawek (co dwa tygodnie jedna). Leczenie musi trwać. Inaczej wrócimy do punktu wyjścia. Porszę o pomoc, teraz nie mogę się poddać. 

–Joanna, żona Irka

Kiedy dowiedziałam się, że mój mąż ma raka, byłam na początku ciąży. Nie byłam w stanie cieszyć się z tego, że zostanę matką. Wkoło widziałam tylko śmierć. Myślałam jedynie o tym, że oto jedno życie się zaczyna, a drugie kończy. To dlatego nasz synek nosi to samo imię co jego tata...

Czym mam ukoić ból i jak być silną, gdy tych sił już po prostu brakuje? To takie trudne nie móc zapłakać w czyichś ramionach. Bo ten, który dawał wsparcie, dziś sam tego wsparcia potrzebuje, a ja nie mogę pokazać mu, że się boję. Nie mogę się załamać, by on sam się nie załamał. To takie trudne chować się z emocjami, kiedy w środku tyle we mnie smutku, goryczy i bezsilności. Wiem, życie nie jest proste i nikt nie mówił, że będzie łatwo, ale nikt też nie mówił, że będzie aż tak trudno. Dlaczego? Dlaczego dobrych ludzi spotyka to, co najgorsze? Może lepiej byłoby nigdy nie kochać, by nie cierpieć wtedy, gdy się traci…

Nasz koszmar zaczął się 6 lat temu. Choć Irka już wcześniej bolały plecy, to nikt nie przypuszczał, że to może być rak. Dopiero gdy pojawił się krwiomocz, lekarze zdecydowali się wykonać USG. Widok przeraził nawet ich - potworny guz zajął całą nerkę. Pierwszą myślą, jaka przyszła mi wtedy do głowy, była śmierć. Przecież mieliśmy dzieci, dwie dorastające córki. Jak mają wychowywać się bez ojca? Od diagnozy minęło zaledwie kilka dni, kiedy okazało się, że jestem w ciąży i wkrótce znów zostaniemy rodzicami. Co wtedy czułam? Chyba tylko strach. Tak bardzo bałam się, że Irkowi nigdy nie będzie dane zobaczyć swojego kolejnego dziecka.

Guz był tak duży, że trzeba było usunąć całą nerkę. Pierwsze rokowania były fatalne, ale Irek doczekał narodzin syna. Wydawało się, że jesteśmy na dobrej drodze, że chorobę udaje się okiełznać, ale kiedy zdawało się, że wygrywamy, nowotwór uderzał ze zdwojoną siłą, pokazując nam, jak naiwne są wszystkie nasze plany i marzenia. Starałam się być silna, ale to była tylko maska. Chowałam się w łazience, by nikt mnie nie widział i płakałam. Potem wycierałam łzy, nakładałam na twarz ten sam co zawsze uśmiech i wracałam do męża i dzieci. Nie wytrzymałam tylko raz. Wtedy, kiedy męża zabierali na operację zmian na płucach. Poprosiłam wtedy lekarzy, żeby termin wyznaczyli po pierwszych urodzinach naszego synka - tak bardzo chciałam, by Irek mógł na nich być. Kiedy złapałam go wtedy na szpitalnym korytarzu męża za rękę, coś we mnie pękło. Bałam się, że widzę go żywego ostatni raz. Płynących z oczu łez nie mogłam już zatrzymać…

Rytm naszego życia wyznaczały teraz kolejne chemioterapie. Raz było lepiej, innym razem gorzej, ale nowotwór nie dawał za wygraną. Przerzutów zaczęło pojawiać się coraz więcej. W pewnym momencie zrobiło się ich tak dużo, że lekarze przestali je oznaczać na prześwietleniach. W końcu się poddali. Powiedzieli mojemu mężowi, że medycyna wyczerpała już swoje możliwości...

Nie chciałam czekać na cud. Irkowi zostałam tylko ja, a mnie został tylko on. Nie mogłam pozwolić, by odszedł. Wiedziałam, że przecież musi istnieć jakiś sposób, jakaś metoda, by pomóc mojemu mężowi. Zaczęłam czytać o naturalnych metodach leczenia. Poznałam ludzi, którzy dzięki nim żyją. Chwytaliśmy się wszystkiego, bo co innego nam zostało? Na wlewy z witaminy C wydaliśmy wszystkie oszczędności. Udało się zahamować chorobę, ale na to, by zupełnie ją pokonać, było już za późno. Choroba zwolniła, ale nie zatrzymała się - na największe guzy nie było siły...

Niemal straciliśmy już resztki nadziei, kiedy trafiliśmy pod opiekę czeskiego profesora Stanisław Czudka. Wybitnego specjalisty, znanego w świecie z leczenia nowotworów. To on zaproponował nam leczenie lekiem Opdivo - nowoczesnym i sprawdzonym medykamentem, który pomógł już wielu chorym. W Czechach ten lek jest w pełni refundowany dla wszystkich chorych, w Polsce tylko dla tych, którzy chorują na czerniaka. Nie ważne, że za granicą osoby chore na raka nerki też leczone są tym lekiem - w Polsce na refundacje nie ma szans. Osobom takim jak mój mąż lekarze w kraju są gotowi wypisać receptę na ten cudowny lek, ale zapłacić za niego musimy sobie sami…

Tak bardzo kocham Irka i tak bardzo boję się, że go stracę. Żeby zdobyć pieniądze na jego leczenie staję na głowie. Czasami przesypiam zaledwie godzinę w ciągu doby. Myślałam już nawet o przeprowadzce do Czech. Zaczęlibyśmy tam żyć, płacić podatki, Irek mógłby się leczyć. Nie mogę jednak zostawić mojego autystycznego brata i ojca po udarze. Kto się nimi zajmie, kiedy ja wyjadę?

Na początku o chorobie mojego męża wiedzieli tylko najbliżsi. Teraz nie mamy wyjścia - musimy się otworzyć. Bez tego nie mamy szans na ratunek. Opdivo to dla nas lek ostatniej szansy. Kolejnej już nie będzie. Czasu mam coraz mniej, bo nowotwór jest jak bomba zegarowa, która może zabić w każdej chwili. Ktoś kiedyś powiedział, że zdrowie jest ważniejsze od pieniędzy, ale ja coraz bardziej przekonuję się, że to dzięki pieniądzom ma się zdrowie.

Kilka dni temu dostałam receptę na pierwszą dawkę leku. Nie jesteśmy jednak w stanie jej wykupić. Boję się teraz jeszcze bardziej, że będę musiała odebrać mężowi nadzieję, kiedy ta na nowo się pojawiła. To dla mnie strasznie trudne prosić o pieniądze obcych ludzi, ale inaczej nie dam rady sprawić, że mąż, który jest sensem mojego życia i ojcem naszej trójki dzieci nie umrze. Dlatego błagam, pomóżcie nam! Dajcie mojemu mężowi życie, a naszym dzieciom ojca…

Verified Zbiórka zweryfikowana przez Fundację Siepomaga
Wsparło 16 056 osób
213 885,97 zł (59,99%)
Brakuje jeszcze 142 646,03 zł
Wesprzyj

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.

Ukryj tę wiadomość