Obie chcą mnie zabić. Pomocy!

Zbiórka na cel: Turnus terapeutyczny dla osób chorujących na zaburzenia odżywiania
Big 3571efcd d70e 4da9 9633 1ef09d10dac4
Wsparło 66 osób
1 302 zł (7,7%)
Brakuje jeszcze 15 613 zł
Wesprzyj

Julita, 20 lat

bulimia nervosa, anoreksja nervosa

Jurowce, podlaskie

Rozpoczęcie: 10 Maja 2017
Zakończenie: 10 Sierpnia 2017

31 Maja 2017, 15:59
Konieczność powiększenia kwoty zbiórki

To nie jest dobra informacja - właśnie dostałam wiadomość, że turnus terapeutyczny, który ma mnie uratować, podrożał. Oznacza to, że muszę zebrać jeszcze więcej pieniędzy... Czas ucieka, ale ja ciągle nie tracę nadziei. Czy się uda? Czy pokonam anoreksję i bulimię? 

Jesz po to, żeby żyć, czy żyjesz po to, żeby jeść? Do mnie nie pasuje żadna z odpowiedzi. Czasami nie jem wcale, czasami jem wszystko, co wpadnie mi w ręce. Nie ma stanów pośrednich: to, co robię zależy od tego, która z moich zmor dojdzie do głosu. Czasami władzę przejmuje anoreksja, innym razem bulimia. Nienawidzę ich, chcę się ich pozbyć z mojego życia właśnie po to, by żyć. Z nimi nie mogę. Sprawa jest prosta - wygrają albo one, albo ja. Stawką jest życie…

Każdego dnia kłócą się we dwie o to, która przejmie władzę nad moim ciałem i umysłem. Gdy wygrywa jedna, zmusza mnie do ograniczeń. Mówi, że to już ostatnie dni męki, ostatnie kilogramy do stracenia. Krzyczy, że wszystko, co zjem, wtapia się we mnie i sprawia, że jestem gruba, brzydka, odrażająca. Krzyczy i krzyczy, a ja robię się coraz mniejsza, znikam, chociaż paradoksalnie czuję rosnące uda i tłuszcz, którego przecież wcale nie ma.

Gdy wygrywa ta druga, wcale nie jest lepiej. Tamta ciągle jest głodna, nieustannie. Wmawia mi, że to mój głód, że muszę jeść i jeść. Nie interesuje jej, czy miałam dobry dzień, czy zły. Muszę jeść za to, że jestem smutna, że jestem szczęśliwa, zła, zmęczona, ciągle nie taka - bez różnicy. Muszę jeść, dopóki mój żołądek nie zacznie pękać, a i wtedy nie ma dosyć. Gdy ona dochodzi do głosu, jestem jak w transie. Nie panuję nad sobą, nie wiem, co robię. Jestem wtedy w stanie pobić każdego, kto stanie na mojej drodze, byleby tylko mieć jak najwięcej jedzenia. Gdy już nie mogę, płaczę. Płaczę, bo czuję się winna - przecież sama tego chciałam, sama ją stworzyłam. Wtedy, w poczuciu winy, staję nad toaletą i podrażniam gardło różnymi przedmiotami - wszystko po to, by zwrócić jedzenie. Nie mogę na siebie patrzeć.

Z dnia na dzień nienawiść do samej siebie wzrasta, a ja nie umiem sobie z tym poradzić. Jestem swoim największym wrogiem i wiem to, chociaż nie mam siły, by samej wyzdrowieć. To jest za silne, za głęboko we mnie siedzi. Mam przecież dopiero 20 lat i wydaje mi się, że z depresją się urodziłam. Jak to jest czuć szczęście? Chciałabym się kiedyś przekonać. Mam mało zdjęć - nie lubię ich, bo nie lubię na siebie patrzeć...

Skąd się biorą takie zmory? Dokładnie nie wiem. Nigdy nie byłam otyła, nie byłam nawet tochę gruba. Pamiętam, kiedy jakaś dziewczyna w szkole chciała mnie pobić - nie pamiętam już za co. Ale czułam, że jestem gorsza od innych. W domu nie miałam wsparcia - ciągle kłótnie, smutne młodsze siostry i bunt, który tkwi w głowie dorastającej dziewczyny. Teraz wiem, że nie można go lekceważyć. Niektórzy z niego wyrastają, innym - w tym mi - niszczy życie. Chyba wtedy przestałam się akceptować. Nastąpił kolejny etap w moim życiu pod tytułem odizolowanie. Było jeszcze gorzej, gdy moje dwie najlepsze przyjaciółki pojechały razem na wakacje. Ja spędziłam samotnie dwa miesiące na zastanawianiu się, co ze mną jest nie tak?

Wtedy zaczęłam wymiotować. Na początek tylko po tym, co uznałam za niezdrowe. Przeszłam na “zdrową” dietę, która zdrowa była tylko przez pierwsze tygodnie. Nie jadłam słodyczy, a zwykłe pieczywo zamieniłam na chrupkie. Zamiast maminego obiadu - kurczak z ryżem. W tym samym czasie w szkole nie rozmawiałam prawie z nikim. Miałam jedną koleżankę, która też się odchudzała. Jedna drugą namawiała do jedzenia, chyba chcąc być tą chudszą. Motywowało mnie to do większych ograniczeń.

W marcu 2013 roku trafiłam do szpitala z powodu wychudzenia. Kazałam mamie przywozić mi reklamówki słodyczy. Codziennie. Po miesiącu tuczenia wyszłam, jednak nie byłam ani trochę zdrowsza. Do mojej towarzyszki anoreksji dołączyła bulimia. Wtedy przestałam wymiotować. Jadłam dużo i tyłam. Z każdym dodatkowym kilogramem psychicznie czułam się coraz gorzej, mimo że wyglądałam jak okaz zdrowia. Żyłam sobie dalej, z głodówkami i napadami głodu na zmianę. 

W 2014 wpadłam pod samochód dostawczy. Jakoś, chyba cudem przeżyłam, chociaż czasami wydaje mi się, że byłoby lepiej, gdybym umarła. Wtedy straciłam kontrolę całkowicie. Nie pamiętam roku po wypadku. Pamiętam uderzenia głową w podłogę, w ściany. Pamiętam podniesione ręce na mamę. Pamiętam strach codziennie rano przed pójściem do szkoły. Pamiętam śmiech znajomych, bo niesamowicie się roztyłam. Zostały blizny na ciele i dziury w ścianach po uderzeniach głowy. I samotność - jest ze mną do dzisiaj. Teraz funkcjonuję, marzę, dużo czuję. Chciałabym wyzdrowieć, być normalna. Jednak chcieć w moim przypadku to za mało.

Żyję w strachu, który nie opuszcza mnie nigdy, nawet gdy śpię - wtedy przynosi koszmary, z których budzę się z ulgą, by zacząć żyć koszmarem na jawie. Jem tyle, żeby „funkcjonować”, albo pochłaniam ogromne ilości jedzenia i wymiotuję. Z dnia na dzień jestem coraz słabsza. Nie jestem w stanie żyć jak dziewczyny w moim wieku, nie potrafię nigdzie być na stałe, czuję, że rozczarowuję ludzi wokół mnie. Wtedy rosną mi uda - tak krzyczy jedna z moich “towarzyszek”. Boli mnie mózg od natłoku myśli, nie potrafię odróżnić swojego głosu od głosów moich chorób. Nie potrafię skupić się na pracy, na nauce, bo stale toczę walki w głowie. Myśli samobójcze też nie są mi obce, walczę z nimi regularnie. Czasami myślę, że to się nigdy nie skończy. Że desperacko będę skakała z punktu do punktu, żeby jakoś przetrwać - byle do kolejnego dnia, do kolejnej nocy.

Marzę, by napisać książkę, by pracować w kawiarni, o pracy psychologa, o rodzinie, o dzieciach i mężu. W zamian za to mam tylko dwa demony w mojej głowie, które niszczą mi życie. Rozpadam się. Czuję ból przeszywający każdą moją tkankę. Moi rodzice są już bezradni, nie potrafią mi pomóc. Jedyne, co może mnie uratować, to specjalistyczny turnus rehabilitacyjny. W nim pokładam ostatnie nadzieje. Jeśli sama już sobie nie pomogę, chcę powierzyć moje życie w ręce specjalistów. Ma to jednak swoją cenę - dla mnie za wysoką. Jestem słaba - wiem. Jednak znalazłam siłę, by prosić o pomoc. Marzę o normalnym życiu. Czy pomożesz mi spełnić to marzenie?

Pomogli

Thumb beauty   kopia
5 zł

Masima

50 zł

Anonimowy Pomagacz

mam podobne stany choc w mniejszej skali. od 3 lat ratuje mnie vipassana rodzaj medytacji, ktorej 10dniowe kursy sa calkowicie darmowe tez w Polsce.
2 zł

Anonimowy Pomagacz

200 zł

Anonimowy Pomagacz

20 zł

Anonimowy Pomagacz

10 zł

Anonimowy Pomagacz

Pokaż więcej

Wsparło 66 osób
1 302 zł (7,7%)
Brakuje jeszcze 15 613 zł
Wesprzyj

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.

Ukryj tę wiadomość