Ostatnia runda w walce o życie!

Zbiórka na cel: zakup ratującego życie leku Cancidas
Zbiórka zakończona
Big 8b35d21a 111c 4036 bdd8 c4a81013a017
Wsparły 5 154 osoby
71 603,82 zł (106,94%)

Kornelia, 13 lat

grzybica płuc, ostra białaczka szpikowa

Rozpoczęcie: 21 Kwietnia 2017
Zakończenie: 23 Kwietnia 2017

Mamy bardzo mało czasu, by uratować Kornelię! Ostra białaczka szpikowa i grzybica płuc chcą zabrać jej to, co najcenniejsze. Nie możemy na to pozwolić! Pierwsza dawka leku ratującego życie musi być podana już 22 kwietnia. Tylko z Twoim wsparciem Kornelia ma szansę wygrać najważniejszą walkę. Prosimy o pomoc - czas ucieka!

Trzynaście lat - tylko tyle szczęśliwego życia dostała Kornelia od losu. Co zwykle robią trzynastolatki? Chodzą do szkoły, rozwijają swoje pasje, cieszą się z młodości, dorastają. Mogą też toczyć walkę na śmierć i życie z przeciwnikiem znacznie silniejszym od siebie. To właśnie robi Kornelia, w której codzienność wkroczyła straszna choroba. W krótkim czasie zabrała jej prawie wszystko - bezpieczny dom zamieniła na białe szpitalne sale, a spokojny sen na wyniszczającą chemioterapię. Zamiast trenować swoją ukochaną gimnastykę, Kornelia musi walczyć o sprawność. Tyle już przeszła w tak krótkim czasie, a gdy już było widać światełko w tunelu, pojawił się kolejny przeciwnik. Teraz pora na ostateczne starcie z wrogiem - musimy wygrać z białaczką i grzybicą płuc!

Moja córka jest wojowniczką od pierwszych chwil swojego życia. Przyszła na świat w zamartwicy. Moje pierwsze, tak wyczekane dziecko mogło nie dożyć kolejnego dnia… Bałam się wtedy tak, jak nigdy wcześniej. Wierzyłam jednak w moją córkę - kiedyś trenowałam sporty walki, więc nauczyłam się, że nie można się poddawać, aż do końca. Kornelia jakby to czuła. Walczyła dzielniej, niż ja kiedykolwiek. Udało się - oddychała, żyła, była z nami! Efektem zamartwicy był przykurcz na obręczy barkowej i miednicznej. Córeczka nie miała także napięcia mięśniowego w mięśniach szyi. Walczyliśmy 3 lata o sprawność Kornelii. Na szczęście okazało się, że jej mózg nie ucierpiał przez zamartwicę, a mała umiała już czytać w wieku 5 lat!

Kolejny raz swojej wielkiej wytrwałości Kornelia dowiodła w szkole. Mimo wielu lat rehabilitacji, nie była tak sprawna jak jej rówieśnicy. Najgorsza na w-fie, przewracała się, miała problem z koordynacją. Dzieci dokuczały jej z tego powodu. Córeczka często wracała do domu i ze łzami w oczach pytała, czy jest gorsza. Jak mogłam na to pozwolić? Moje dziecko, tak wyjątkowe, miało uważać się za gorsze? Kieruję się dewizą, że swoje wady należy zmienić w zalety. Zapisałam Kornelkę na gimnastykę. W niedługim czasie ćwiczenia stały się jej prawdziwą pasją - trenowała w każdej wolnej chwili. Nie minęło kilka miesięcy, a okazało się, że córka była najlepsza z w-fu w całej klasie. Nigdy nie zapomnę tej dumy, którą widziałam w jej oczach. I ja również byłam z niej dumna - choć jeszcze taka mała, miała więcej samozaparcia niż niejeden dorosły. Wiedziałam, że Kornelia da sobie w życiu radę z każdym przeciwnikiem. Jednak w najgorszych koszmarach nie przeczuwałam, że ten przeciwnik okaże się tak groźny. Przecież żadna matka nie sądzi, że jej dziecko zachoruje na raka…

Pamiętam, że wszystko zaczęło się w piątek. Był grudzień, wszyscy chorowali, dlatego gdy Kornelię zaczęło boleć gardło, pozwoliłam jej nie pójść do szkoły. W sobotę było jednak gorzej. Pojechaliśmy do szpitala, córeczka dostała leki i wróciliśmy do domu. Niedziela - wysoka gorączka, prawie 40 stopni. Martwiłam się, jednak dalej sądziłam, że to po prostu ciężka odmiana przeziębienia. W poniedziałek znowu szpital. Kornelia zaczęła wymiotować. Wyglądało to tak, jakby grypa połączyła się z zatruciem pokarmowym. Córeczka bardzo się męczyła, do domu wróciłyśmy z antybiotykiem. Do czwartku prawie wszystkie objawy ustąpiły, poza gorączką, która mnie najbardziej martwiła. Pojechałyśmy na badanie krwi. Gdy przyszedł wynik, nasze dawne życie przestało istnieć, a my przenieśliśmy się jakby do innej rzeczywistości…

Szok - 170 000 leukocytów, norma przekroczona wielokrotnie. Potem karetka na sygnale, a moja córeczka w środku. Podejrzenie chłoniaka. W międzyczasie lekarz wykrył problem neurologiczny, konieczny był tomograf. Diagnoza - wylew krwi do mózgu. Nikt niczego nie zauważył, byliśmy w szoku, dlatego dopiero po czasie przypominam sobie, że uśmiech tylko jedną połową ust mógł być już pierwszym objawem problemu. Wtedy jednak wszystko działo się tak szybko, jakby poza mną, bo nadal nie mogłam uwierzyć, że to wszystko prawda. Przecież to historia jak ze złego snu, koszmaru, z którego trzeba się obudzić. Jednak zimne ściany szpitala były prawdziwe, tak samo jak moja córka, która nagle musiała walczyć o życie.

W końcu przyszła diagnoza - coś czego się baliśmy, ale na co czekaliśmy. Żeby zacząć walkę, trzeba znać swojego wroga. Prawie jak na ringu - zawodnik musi poznać przeciwnika i przygotować się do walki. My nie mieliśmy na to czasu. W jednej chwili, z radosnej, pełnej życia dziewczynki Kornelia zmieniła się w jedną z tych osób, które walczą z rakiem. Rak, ostra białaczka szpikowa - te słowa zadawały rany jak nóż wielokrotnie wbijany prosto w serce.

W czasie badania Kornelia straciła przytomność. Została zabrana na OIOM, a nam lekarze kazali przygotować się na najgorsze. Jakie najgorsze? - pytałam. Święta i Nowy Rok w szpitalu? Jednak mina lekarza była jednoznaczna - mieliśmy przygotować się na to, że nie wrócimy do domu z córką. Że ona umrze, że to koniec…

Moja mała wojowniczka okazała się silniejsza niż śmierć - kolejny raz. Obudziła się, odzyskała przytomność. Chciała nawet uciec ze szpitala! Trzeba było przywiązać ją do łóżka… W oczach miała wolę walki, nie chciała się poddać. Moja krew, moja mała, dzielna córeczka! Kolejne miesiące płynęły jak w zwolnionym tempie. Kolejne cykle chemioterapii, huśtawka, na której nikt życzę się znaleźć najgorszemu wrogowi. Rehabilitacja, by odzyskać sprawność niewładnej części ciała. Naszym domem stał się szpital, a musieliśmy jeszcze myśleć o prawdziwym domu, w którym przecież były dwie młodsze siostry Kornelii. Najgorszy czas, jednak powoli wychodziliśmy na prostą. Kornelia walczyła, byliśmy z niej dumni - zadziwiła nawet lekarzy. Udało się uniknąć konieczności przeszczepu szpiku, raka miała wykończyć chemia.

Po ostatnim podaniu przyszły złe wieści - płuca Kornelii, wyniszczone chemioterapią, zaatakowała grzybica. W stanie obniżonej odporności zwykły katar może być zabójczy, a grzybica? Przecież to wyrok śmierci! Nie mieliśmy czasu zastanawiać się, ile jeszcze spadnie na nas nieszczęść. Jak wiele z nich będzie starało się złamać moją wojowniczkę, która przecież cały czas dzielnie walczy i trzyma się na ringu. Gdy już prawie wygrywa, przeciwnik zadaje cios poniżej pasa - gra nie fair, ale przecież w tej walce nie ma żadnych zasad. Musimy być sprytniejsi. Niestety, okazało się, że leki nie działają…

Lekarze zdecydowali się na podanie leku o nazwie Cancidas. I wtedy nastąpił przełom! Każda kolejna tomografia pokazywała poprawę. Dostaliśmy nadzieję, która była dla nas jak manna z nieba. Dała nam siły do dalszej walki - Kornelia dostała szansę, by żyć! Teraz córka musi kontynuować leczenie - przez cztery tygodnie, każdego dnia, będzie dostawała jedną dawkę leku. Jednak lek nie jest refundowany, musimy kupić go sami. Cena jest wysoka - jedna dawka to koszt ponad 2 tysięcy złotych! Ale przecież życie jest bezcenne... Córeczka musi wyjść zwycięsko z tego pojedynku. Musi znokautować przeciwnika i wygrać, bo stawką jest jej życie! Nie wyobrażamy sobie, że może się nie udać… Prosimy, pomóżcie nam pokonać chorobę i śmierć!

Pomogli

10 zł

Anonimowa Pomagaczka

Dziewczynko o pięknym imieniu bądź dzielna. Pozdrawiam Cię serdecznie.
100 zł

Anonimowy Pomagacz

Bóg czyni cuda :)
100 zł

Anonimowy Pomagacz

150 zł

Anonimowy Pomagacz

100 zł

aldona

50 zł

Anonimowy Pomagacz

Pokaż więcej

Wsparły 5 154 osoby
71 603,82 zł (106,94%)

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.

Ukryj tę wiadomość