Twoja przeglądarka jest nieaktualna i niektóre funkcje strony mogą nie działać prawidłowo.

Zaktualizuj przeglądarkę, by korzystać z tej strony bezpieczniej, szybciej i sprawniej.

Aktualizuj przeglądarkę

W portalu siepomaga.pl wykorzystujemy pliki cookies oraz podobne technologie (własne oraz podmiotów trzecich) w celu, m.in. prawidłowego jego działania, analizy ruchu w portalu, dopasowania apeli o zbiórkach lub Fundacji do Twoich preferencji. Czytaj więcej Szczegółowe zasady wykorzystywania cookies i ich rodzaje opisaliśmy szczegółowo w naszej Polityce prywatności .

Możesz w każdej chwili określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w ustawieniach swojej przeglądarki internetowej.

Jeśli kontynuujesz korzystanie z portalu siepomaga.pl (np. przewijasz stronę portalu, zamykasz komunikat, klikasz na elementy na stronie znajdujące się poza komunikatem), bez zmiany ustawień swojej przeglądarki w zakresie prywatności, uznajemy to za Twoją zgodę na wykorzystywanie plików cookies i podobnych technologii przez nas i współpracujące z nami podmioty. Zgodę możesz cofnąć w dowolnym momencie poprzez zmianę ustawień swojej przeglądarki.

Wyrok, który można odroczyć

Lidia Kowalik
Zbiórka zakończona

Wyrok, który można odroczyć

17 376,00 zł ( 45,37% )
Wsparło 189 osób
Cel zbiórki:

Roczna rehabilitacja - jedyny sposób, by spowolnić chorobę

Lidia Kowalik, 68 lat
Kraków, małopolskie
Stwardnienie rozsiane
Rozpoczęcie: 4 Maja 2017
Zakończenie: 15 Stycznia 2018

Opis zbiórki

Gdy postawiono diagnozę, o stwardnieniu rozsianym nie wiedziałam nic. Dzisiaj, po 39 latach, wiem o tej chorobie wszystko poza jednym. Tym, jak ją pokonać.

Miałam wtedy 25 lat, w szufladzie pachnący jeszcze farbą drukarska dyplom ukończenia studiów, a na palcu obrączkę, do której dopiero zaczynałam się przyzwyczajać. Byłam szczęśliwa, a głowę pełną miałam marzeń i planów. Wydawało mi się, że mogę wszystko! Zaczęło się od podwójnego widzenia i natarczywego mrowienia w palcach. Niewinne z początku objawy zaczęły się nasilać. Zdarzało się nieraz, że chodziłam wężykiem — zupełnie tak, jakbym była pijana. Dużo wtedy pracowałam, byłam więc przekonana, że to tylko kwestia zmęczenia. Do głowy nie przyszło mi, że mogę być poważnie chora. Dolegliwości jednak nie ustępowały. Z każdym dniem czułam się coraz gorzej.

Lidia Kowalik

Tak zaczęła się moją tułaczka po gabinetach lekarskich. Dopiero po którejś wizycie z kolei wykonano punkcję. Teraz lekarze nie mieli już wątpliwość — to były początki stwardnienia rozsianego. Nie miałam pojęcia, co to za choroba. Kiedy lekarz w papierach zapisał SM, skrót oznaczający stwardnienie rozsiane, odczytałam to jako 5M. Być może dlatego, że głowę zaprzątał mi przydział mieszkania… To była końcówka lat siedemdziesiątych. Polską rządził Edward Gierek, a szczytem marzeń był Fiat 126p i wakacje z Orbisem w Jugosławii. O internecie nikt jeszcze nie słyszał. Żeby dowiedzieć się czym tak naprawdę jest moja choroba, napisałam list do Polskiego Towarzystwa Stwardnienia Rozsianego. W odpowiedzi dostałam broszurę. To po jej przeczytaniu zaczęłam się bać…

Zawroty głowy i problemy z utrzymaniem równowagi to miał być dopiero początek. Stwardnienie rozsiane nieuchronnie miało doprowadzić mnie do inwalidztwa, pozbawiając władzy w rękach i nogach, zaburzając mowę i wzrok. Z młodej, przedsiębiorczej kobiety przeistoczyć miałam się w wymagającą ciągłej opieki kalekę, a moje życie miało się odtąd toczyć od rzutu do rzutu choroby. Nie mogłam się z tym pogodzić.

Razem z mężem postanowiliśmy, że będziemy żyć normalnie, że pomimo tego, co zgotował nam los, postaramy się być zwyczajną rodziną. Choć odradzano mi tego, zdecydowałam się na dziecko. To ono dodało mi skrzydeł. To dzięki mojemu, dzisiaj 38-letniemu synowi, znalazłam siłę na to, by mierzyć się z chorobą. Pomimo diagnozy, pracowałam jeszcze przez 10 kolejnych lat. Potem przeszłam na skromną rentę.

Lidia Kowalik

Od samego początku postawiłam na intensywną rehabilitację. To dzięki niej i wsparciu, jakie otrzymałam od męża i syna, udawało mi się spowolnić chorobę. Spowolnić nie znaczy jednak zatrzymać, bo stwardnienia rozsianego zatrzymać się po prostu nie da. Pomimo postępu medycyny, nikomu nie udało się jeszcze znaleźć na to schorzenie lekarstwa. Ja, od 39 lat, żyję z wyrokiem skazującym mnie na postępującą niepełnosprawność, ubezwłasnowolnienie i śmierć. Przed tym wyrokiem nie jestem w stanie uciec, nie mogę się od niego odwołać. Jedyne co mogę zrobić, to grać na czas. Walczyć o odroczenie.

Gdyby łzy mogły mi w jakikolwiek pomóc, gdyby zatrzymały chorobę, płakałabym cały czas. Wiem jednak, że to na nic. Tego, co się stało, w żaden sposób już nie zmienię. Muszę walczyć o każdy dzień i cieszyć się nim, bo nie wiem, jak wiele zabierze mi kolejny rzut choroby. Nie chcę płakać nad swoim losem. Chcę ciężko pracować i być inspiracją dla innych, także młodych, ludzi.

Lidia Kowalik

W tej chwili już nie chodzę. Choroba przykuła mnie do wózka, a ja boję się, że wkrótce odbierze mi sprawność w rękach, a wtedy stracę te resztki samodzielności, które mi jeszcze zostały. Mój mąż cały czas pracuje, syn pomaga, ale ciągle brakuje nam środków na leczenie i rehabilitacje. Każda godzina pracy z rehabilitantami to ogromny wydatek…

Walczę cały czas. Dla siebie, dla męża, dla syna. Tak bardzo chciałabym jeszcze doczekać wnuków… Rehabilitacja to moja jedyna szansa na utrzymanie minimum sprawności. Bez niej choroba bardzo szybko zabierze mi wszystko. To Wy jesteście moją ostatnią nadzieją. Bez Waszej pomocy mogę tylko czekać na śmierć...

17 376,00 zł ( 45,37% )
Wsparło 189 osób

Obserwuj ważne zbiórki