Moją mamę zabija rak, a mnie strach, że ją stracę

Małgorzata Glanc
Cel zbiórki:

Zebranie środków na lek ratujący życie - Halaven

Zgłaszający zbiórkę: Fundacja Bread of Life
Małgorzata Glanc
Piła, wielkopolskie
Rak piersi ze wznową w skórze
Rozpoczęcie: 20 Lutego 2017
Zakończenie: 11 Maja 2017

Rezultat zbiórki

Tę smutną informację przekazała nam pani Justyna, córka Małgorzaty. Ta sama, która tak dzielenie walczyła o życie swoje ukochanej mamy. Małgorzata zmarła 11 maja 2017 roku, po długotrwałej walce z nowotworem. Małgorzata tak bardzo chciała żyć, tak bardzo chciała wyjechać na leczenie do Berlina - niestety, nie zdążyła...

Rodzinie i bliskim pani Małgorzaty pragniemy złożyć najszczersze wyrazy współczucia.

Opis zbiórki

Dawniej, kiedy ja chodziłam w glanach, ona zakładała szpilki. Tak bardzo różne, mimo to tak bardzo sobie bliskie. Matka i córka — najlepsze przyjaciółki. Dzisiaj, gdy ja układam moje długie włosy, ona zakrywa chustą swoją łysą głowę. Moją mamę próbuje zabić rak, a ja zrobię wszystko, żeby uratować ją przed śmiercią.

Ten koszmar zaczął się 2,5 roku temu. Mama znalazła na swojej piersi niewielkiego guzka. Był maleńki, ale nie zlekceważyła go, zawsze traktowała swoje zdrowie poważnie. Lekarz uspokoił ją, że to zwykła torbiel, nic groźnego, ale ten guzek nie dawał jej spokoju. Być może kobieca intuicja podpowiedziała jej, że coś może być nie tak... Zadecydowała, że powinien go zobaczyć jeszcze jeden lekarz. Drugie badanie potwierdziło najgorsze obawy.

Małgorzata Glanc

To był rak. Choroba, której nazwa przyprawia o dreszcz. Choroba, której istnienia jesteśmy świadomi, ale nigdy nie dopuszczamy do siebie myśli, że to my albo ktoś z naszych bliskich mógłby się stać jej ofiarą. Choroba, której największym sprzymierzeńcem jest strach.

Bardzo się baliśmy. Ja najbardziej bałam się wtedy, gdy widziałam jak mama płacze. Przez całe życie starała się ukrywać łzy. Jeżeli płakała, to w ukryciu. Teraz na tłumienie emocji nie miała już sił.

Guza wycięto, a mamę poddano chemio- i radioterapii. Rokowania były dobre. Wydawało się, że wszystko się teraz poukłada, że choroba, która niespodziewanie wdarła się w nasze życie, okaże się tylko krótkim epizodem bez konsekwencji. Mama czuła się coraz lepiej i myślała nawet o tym, by wrócić do pracy, ale było coś, czemu znacznie bardziej chciała poświęcić swój czas. Mój ślub. Mama tak bardzo się na niego cieszyła i tak bardzo chciała uczestniczyć w przygotowaniach. Pomóc mi, być przy mnie w tych najważniejszych dla mnie chwilach…

Mama zawsze była wyjątkowo elegancką kobietą. Umalowaną, dobrze ubraną. Ja słuchałam punk rocka i chodziłam w poszarpanych dżinsach, a ona w szpilkach i spódnicach. Byłyśmy osobliwie wyglądającym, ale zgranym duetem. Choroba zrujnowała jej wygląd. Straciła włosy, a po stosowanym po chemioterapii leczeniu hormonalnym znacznie przytyła. Bardzo zależało jej na tym, żeby na moim ślubie wyglądać możliwie jak najlepiej. Zaczęła intensywnie ćwiczyć. Gdy na piersi pojawiła się mała kropka, była przekonana, że to potówka, która pojawiła się wskutek wysiłku.

Małgorzata Glanc

Kropek było jednak coraz więcej i zaczynały się łączyć w jedną całość. Na dwa tygodnie przed moim ślubem, do którego mama tak się przygotowywała, badania wykazały, że rak, który wydawał się już pokonany, zaatakował ponownie. Tym razem na skórze.

Mama była taka szczęśliwa na moim ślubie, a ja tak bardzo cieszyłam się, że w tym szczególnym dniu jest obok mnie, że mogę dzielić się z nią moją radością. Była już po pierwszej chemioterapii, ale przedweselna zawierucha pozwoliła jej na chwilę zapomnieć o nowotworze. Mama, jak to ona, wydawała się być, bardziej niż chorobą, przejęta swoim wyglądem. Uśmiechnięta, elegancka i najukochańsza. Taka jak zawsze...

Z jej zdrowiem było jednak coraz gorzej. Kolejne cykle chemioterapii nie przynosiły efektu, a małe na początku kropki, zamieniły się w paskudny, strupowaty pancerz. Z palców zeszły jej wszystkie paznokcie. Każdy dzień wypełniał ból. Co gorsza, choć markery nowotworowe wykazywały, że nowotworu już nie ma, znamię na skórze wciąż się rozrastało. Lekarze rozkładali bezradnie ręce, a ja bałam się, że stracę mamę — mój największy autorytet i najlepszą przyjaciółkę.

Po jakimś czasie mamie przydzielono nowego lekarza prowadzącego. Młoda lekarka zaproponowała nam leczenie nowatorską metodą elektrochemioterapii. Efekty początkowo było obiecujące, ale z czasem te miejsca, z których usunięto guza, przestały się goić. Ustępujący, strupowaty pancerz odsłaniał surowe mięso. Musieliśmy stosować drogie, specjalistyczne opatrunki ze srebrem. Mama nie miała już nawet siły na to, by zastanawiać się czy dobrze wygląda. Marzyła jedynie o tym, żeby po prostu przestało ją boleć. Silne leki przeciwbólowe nie dawały ukojenia. Płacz stał się dla mamy codziennością. Stał się codziennością także dla mnie...

Małgorzata Glanc

Moją mamę zabijał nowotwór, a ja umierałam ze strachu w obawie, że ją stracę. Zaczęłam szukać ratunku dla na własną rękę. Dowiedziałam się, że bardziej szczegółowe, genetyczne badania można wykonać w Instytucie Charite w Berlinie — jednej z największych klinik w Europie. Od nas z Piły to bliżej niż do Warszawy. Spakowaliśmy się i pojechaliśmy, licząc na to, że tym razem uda się znaleźć metodę leczenia, która ocali moją mamę.

Znam dobrze niemiecki, więc to ja zajęłam się wszystkimi formalnościami i rozmowami z lekarzami. Berlińscy specjaliści odkryli coś, czego nie udało się zdiagnozować polskim lekarzom. Nowotwór zmutował się i dlatego nie reagował na dotychczasowe leczenie. Stosowane do tej pory leki, zamiast niszczyć raka, rujnowały organizm mamy.

Okazało się, że jedynym lekiem, który jest w stanie zadziałać na tego typu mutację jest Erybulina. W Niemczech dostępna dla wszystkich ubezpieczonych, w Polsce nierefundowana. Kilka pierwszych dawek sfinansowaliśmy sami. Leczenie przynosi rewelacyjne skutki. Choroba się cofa, mama czuje się lepiej, ale to dopiero półmetek, a my nie mamy już pieniędzy. Choroba pochłonełą wszystkie nasze oszczędności... Cały czas piszę apele do NFZ-u o sfinansowanie leczenia, załączam dokumentację potwierdzająca skuteczności leku, ale tylko uderzam głową w mur, a każda odpowiedź na wysyłane pisma brzmi jak wyrok śmierci dla mojej ukochanej mamy.

Kiedy byłam mała, mama powtarzała mi, że życie to bezcenny dar. Jej życie wyceniono jednak bardzo dokładnie. Można dostać na nie fakturę. Mama jest bardzo słaba, całymi dniami płacze. Znikł gdzieś jej uśmiech... To ona była przez całe życie dla wszystkich wsparciem. Zawsze potrafiła pomóc, doradzić. Wydawała się skałą, a ja myślałam, że jest niezniszczalna. Dzisiaj sama potrzebuje pomocy, ale nie ma już nawet siły, by o nią prosić. Dlatego gdy ona cicho łka, to ja zwracam się do Was. Pomóżcie! Nie pozwólcie odejść mojej mamie...

Ta zbiórka jest już zakończona. Wesprzyj innych Potrzebujących.

Obserwuj ważne zbiórki