Twoja przeglądarka jest nieaktualna i niektóre funkcje strony mogą nie działać prawidłowo.

Zaktualizuj przeglądarkę, by korzystać z tej strony bezpieczniej, szybciej i sprawniej.

Aktualizuj przeglądarkę

W portalu siepomaga.pl wykorzystujemy pliki cookies oraz podobne technologie (własne oraz podmiotów trzecich) w celu, m.in. prawidłowego jego działania, analizy ruchu w portalu, dopasowania apeli o zbiórkach lub Fundacji do Twoich preferencji. Czytaj więcej Szczegółowe zasady wykorzystywania cookies i ich rodzaje opisaliśmy szczegółowo w naszej Polityce prywatności .

Możesz w każdej chwili określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w ustawieniach swojej przeglądarki internetowej.

Jeśli kontynuujesz korzystanie z portalu siepomaga.pl (np. przewijasz stronę portalu, zamykasz komunikat, klikasz na elementy na stronie znajdujące się poza komunikatem), bez zmiany ustawień swojej przeglądarki w zakresie prywatności, uznajemy to za Twoją zgodę na wykorzystywanie plików cookies i podobnych technologii przez nas i współpracujące z nami podmioty. Zgodę możesz cofnąć w dowolnym momencie poprzez zmianę ustawień swojej przeglądarki.

By moje córeczki pamiętały mamę...

Marta Juszczak

By moje córeczki pamiętały mamę...

209 013,56 zł ( 107,01% )
Wsparły 5322 osoby
Cel zbiórki:

Leczenie chemioterapetuczne eribuliną, by ratować życie Marty

Organizator zbiórki: Fundacja Siepomaga
Marta Juszczak, 36 lat
Poznań, wielkopolskie
nowotwór złośliwy piersi z przerzutami do wątroby i otrzewnej
Rozpoczęcie: 2 Maja 2019
Zakończenie: 2 Sierpnia 2019

Poprzednie zbiórki:

Marta Juszczak
339 495,00 zł ( 113,2% )
Wsparło 13913 osób
28.03.2017 - 03.04.2017

leki onkologiczne - herceptyna i pertuzumab, mające uratować życie Marty

339 495,00 zł ( 113,2% )

leki onkologiczne - herceptyna i pertuzumab, mające uratować życie Marty

Rezultat zbiórki

Po wieloletniej walce z rakiem odeszła najdzielniejsza wojowniczka. Marta -mama, córka, przyjaciółka, ukochana… 

Nie będziemy pisać, że przegrała walkę z chorobą, bo przez ostatnie 5 lat Marta wygrywała, walczyła o każdy dzień, o każdy oddech, o każdą chwilę ze swoimi dziećmi.

Marta odeszła 20 października. Wierzymy, że jest teraz tam, gdzie nie ma chorób, bólu i cierpienia. Żyła na 200%, wiedząc, że ma tak mało czasu. Niektórzy są na tym świecie na chwilę, ale pamięć o nich będzie trwać wiecznie…  Pamięć po Marcie będzie żyć w jej córeczkach. Żałujemy, że czeka je życie bez mamy…

Rodzinie i bliskim Martusi składamy najszczersze wyrazy współczucia.

Aktualizacje

Aktualizacja

Dramatyczna wiadomość od mamy Marty:

Dzięki Waszej pomocy udało się zebrać całą kwotę, potrzebna na leczenie ratujące życie mojej córki przy pomocy leku ERIBULINA / HALAVEN.

Niestety – stan Marty się pogorszył… Przyjęła tylko kilka dawek leku. Potem znalazła się w Szpitalu Onkologicznym w Poznaniu na Oddziale Intensywnej Opieki Medycznej w stanie krytycznym, z bezpośrednim zagrożeniem życia - niewydolnością wieloorganową, zapaleniem płuc i sepsą.

Z powodu zaistniałej sytuacji córka nie może już przyjmować powyższego leku. Pojawiła się jednak nadzieja w postaci immunoterapii w warszawskim szpitalu MAGODENT. Niestety, leczenie jest odpłatne. W porozumieniu z Fundacją Siepomaga zebrane środki przeznaczamy na leczenie Marty w tym szpitalu. Innych opcji na dzień dzisiejszy nie ma.

---

Prosimy o trzymanie kciuków i pamięć o Marcie w modlitwie.Gdy tylko będziemy mieć jakieś wieści o Marcie, od razu poinformujemy. 

Opis zbiórki

Mam na imię Marta, mam 34 lata i umieram. Rozpaczliwie walczę o życie, bo mam misję do spełnienia, jestem i nadal chcę być mamą! Mam dwie małe córeczki – Oleńkę i Natalkę… Mam też raka z przerzutami, który chce zakończyć moje życie. Słabnę z każdym dniem i błagam o pomoc – nie mam już czasu, niedługo może być za późno!

Marta Juszczak

Być może niektórzy z Was pamiętają mnie i moją historię… Rak zaatakował mnie, gdy byłam w ciąży. Byłam tak szczęśliwa, że spodziewam się mojego ukochanego dziecka - nie miałam pojęcia, że rozwija się we mnie też złośliwy nowotwór… Pamiętam, jak siedziałam w dziecięcym pokoiku, patrząc na czekające na Natalcię łóżeczko. Nie sądziłam, że za kilka miesięcy zamiast patrzeć na kolorowe ściany pokoju moich dzieci będę widzieć sterylnie białe ściany oddziału onkologii. Olcia miała wtedy 3 latka i czekała na narodziny siostry, tak samo jak mój ukochany mąż. Byliśmy tacy szczęśliwi, nie wiedząc wtedy, że w to szczęście jak cień wedrze się nowotwór, który rozdzieli naszą rodzinę, zabierze radość, a wprowadzi w jej miejsce strach i rozpacz.

Najpierw podczas kąpieli wyczułam w piersi guz. Uznałam, że moje ciało po prostu przygotowuje się do laktacji. 1 lipca 2015 roku urodziła się Natalka. 3 tygodnie – tyle trwało niezwykłe w swojej zwyczajności życie moje życie jako mamy dwóch córeczek. Ból w piersi stawał się nie do zniesienia. Poszłam do ginekologa, z nadzieją, że rozwieje ten strach. W gabinecie usłyszałam jednak słowa, które mnie zmroziły – że mam rację, że coś tam jest. Guz, umiejscowiony w mojej lewej piersi, był już wtedy wielkości pomarańczy.

Marta Juszczak

Dalej wszystko potoczyło się jak we śnie, a raczej jak w koszmarze, onkologicznym koszmarze, w który zamieniło się moje życie. Rak - to jedno słowo rozdzieliło moją rodzinę, bo jedno oblicze chorowania to strach, drugim jest samotność. Moimi córeczkami zajęły się babcie, a ja – żona i matka - stałam się pacjentką oddziału onkologicznego. Czasami budziłam się w środku nocy i nie pamiętałam, gdzie jestem, myśląc, że zaraz usłyszę płacz moich córeczek, ale jedynymi dźwiękami były tylko oddechy innych chorych, kroki pielęgniarek i alarm aparatury, gdy ktoś odchodził. Moje szczęście okazało się kruche jak porcelana, zniknęło bezpieczeństwo, od tej pory otaczała mnie śmierć. 

Przeszłam podwójną mastektomię, usunięto mi część węzłów chłonnych, rozpoczęłam chemioterapię.  Nie byłam w stanie sama zająć się dziećmi, ogarnąć siebie, domu, niczego. Olką i Natalką znów zajęli się moi najbliżsi. To było najgorsze – nie  rak, ale rozłąka z nimi, świadomość tego, jak słaba jestem w obliczu śmierci. W chorobie nie ma nic pięknego, nic heroicznego. To tylko ból, jadłowstręt, czekanie, niepewność i strach. Walczyłam jednak o życie, o życie z moją rodziną, bo tylko ich uśmiechy dawały mi wtedy siłę.

Marta Juszczak

Opłaciło się - zaczęłam wygrywać. Miałam dobre wyniki, siłę i nadzieję. Wróciłam – ja, Marta, mama, żona, kobieta. Znów byłam ze swoimi córeczkami, będąc dla nich matką – silną i zdrową, taką, jaką zawsze powinnam być. Pod koniec zeszłego roku powrócił ból. Myślałam, że to zakwasy… To były przerzuty. Setki nieoperacyjnych, zmian nowotworowych, umiejscowionych na wątrobie. Nowotwór tak zniszczył moją wątrobę, że nie dawała rady neutralizować toksyn metabolicznych, które dostały się do krwi i zatruły cały organizm. Byłam w śpiączce 10 dni. Umierałam. Lekarze byli pewni, że to koniec, mówili, że jeśli z tego wyjdę, będzie to cud. Podano mi chemioterapię, która w moim stanie mogła mnie zabić lub uratować. Myślę, że to twarze moich córeczek, jedyne przebłyski, które pojawiały się wtedy w mroku, który mnie otaczał, sprawiły, że nadal żyję.

Pomóc mogło mi jedynie nierefundowane leczenie… Poprosiłam wtedy o pomoc tutaj, na Siepomaga. Otrzymałam ją… Daliście mi szansę na życie. Tak bardzo chciałabym opowiedzieć o tym, żeby moja historia miała szczęśliwe zakończenie. Niestety… Pamiętam, to była majówka, mieliśmy jechać całą rodziną nad jezioro. Chcieliśmy cieszyć się sobą i tym, że udało nam się wygrać z chorobą. Dziewczynki były takie szczęśliwe, nie trwało to jednak długo. Majówka, na którą tak czekaliśmy, stała się koszmarem. Już pierwszej nocy źle się poczułam… 40 stopni gorączki, wstrząsające ciałem dreszcze… Zrozpaczone dzieci wróciły do domu, a ja do szpitala. Sepsa… Zamiast majówki z rodziną czekała mnie walka o życie. Przeszłam 2 ratujące życie operacje… Najgorsze miało jednak dopiero nadejść. Rezonans wykazał, że wróciły przerzuty w mózgu. Kilkadziesiąt ognisk, tak samo dużych jak poprzednio.

Znów chemia. Znów rozpacz… Mózgu nie można tak często naświetlać, lekarze podjęli więc decyzję o obserwacji… A ja o ślubie. Wiedziałam już, że damy radę i w zdrowiu, i chorobie… I że chcemy być razem do końca życia. Nieważne, ile będzie ono trwało…

Marta Juszczak

Wzięliśmy ślub, Oleńka poszła do szkoły, Natalka do przedszkola… a ja na oddział onkologii. Tam czekały mnie kolejne złe wieści… Leczenie nie zadziałało, przerzuty w mózgu, móżdżku i szyszynce podwoiły swoją wielkość… Coraz częściej bolała mnie głowa. Doszło do obrzęku mózgu… Próbowaliśmy wszystkiego. Ponowna radioterapia, DL-Methadon – nowy lek, sprowadzany z Berlina, leczenie naturalne – wlewy witaminowe, oleje CBD, które kosztuje naszą rodzinę kilka tysięcy miesięcznie… Niestety, nic nie pomaga. Moje małe córeczki widzą zdołowaną, obolałą i znerwicowaną mamę, która nawet nie ma siły Ich przytulić…Coraz gorzej widzę, niekiedy rozmywa mi się obraz, ciężko mi mówić, najgorsze są jednak bóle głowy – ciągłe, uporczywe, migrenowe, przez które ledwo żyję… Czasami cierpię tak, że chciałabym, żeby ktoś skrócił moje męki, ale wiem, że nie mogę się poddać! Moje dzieci mnie potrzebują…

Jeszcze w październiku, gdy było już wiadomo, że trzeba zmienić leczenie, poprosiliśmy o sprowadzenie z zagranicy leku, który daje nadzieję na opanowanie przerzutów i obrzęków w głowie. Pół roku czekaliśmy, aż Ministerstwo Zdrowia zdecyduje się sprowadzić dla mnie lek o nazwie Eribulin... Niestety, lek nie jest w Polsce refundowany, a roczny koszt leczenia przekracza 180 tys.złotych. Znów muszę prosić o pomoc, by ratować moje życie!

Marta Juszczak

Czasami są lepsze dni. Wtedy mam tylko jedną myśl w głowie. Dziewczynki. Szykuję je do przedszkola, szkoły, gotuję obiad, przytulam, pytam, jak minął dzień, kołyszę do snu, bawię się, pomagam odrobić lekcje. Zwykłe rzeczy, dla mnie niezwykłe… Chciałabym, żeby takich dni było jak najwięcej. Wiem, że bez leku, bez Waszej pomocy, nie mam na to szansy. Dlatego proszę o pomoc, uratuj mnie. Potrzebuję żyć jeszcze kilka lat – tylko o to proszę. Można zastąpić mnie we wszystkim, ale w kochaniu dziewczynek nie zastąpi mnie nikt. Chcę zobaczyć, jak Olunia i Natalka dorastają. Chcę tylko, by mnie pamiętały…

209 013,56 zł ( 107,01% )
Wsparły 5322 osoby

Obserwuj ważne zbiórki