Rak zabija nasze dziecko. Czy zdążymy wyprzedzić śmierć?

Zbiórka na cel: Operacja mózgu w klinice w Wiedniu – ostatnia szansa, by pokonać raka
Zbiórka zakończona
Zbiórka zweryfikowana przez Fundację Siepomaga
Wsparło 6 408 osób
166 288 zł (100,07%)

Mateusz Gieda, 5 lat

Racibórz, śląskie

Guz mózgu - wyściółczak anaplastyczny

Rozpoczęcie: 19 Czerwca 2017
Zakończenie: 4 Lipca 2017

26 Lipca 2017, 16:26
Operacja

Kochani, dzięki Wam 1 sierpnia Mateusz pojedzie na operację do Wiednia. Z całego serca pragniemy podziękować wszystkim, którzy w jakikolwiek sposób pomogli nam w uzbieraniu środków potrzebnych na operację naszego synka. Jesteśmy bardzo mile zaskoczeni tempem zbiórki i ilością osób, które nam pomogły. Cieszymy się, że jest tyle ludzi o dobrych sercach, które chcą się podzielić tym, co posiadają z innymi. Udało nam się zakończyć zbiórkę w ciągu 6 dni, a przyczyniło się do tego ponad 6 tysięcy osób, które przekazały środki na nasz cel. Dziękujemy za każdą, nawet najmniejszą kwotę, przesłane SMS-y i udostępnienia naszego apelu. Bez Was wszystkich nie bylibyśmy w stanie uzbierać takiej kwoty. Teraz pozostaje się modlić za naszego Aniołka i trzymać kciuki, aby wszystko się udało.

rodzice Mateusza

Mateusz połowę swojego krótkiego życia spędził na onkologii. Ma 3 lata – choruje od 1,5 roku. Na oddziale, gdzieś pośród płaczu innych dzieci, jego życie powoli gaśnie. Rak zabiera uśmiech z jego dziecięcej twarzy, skazuje na ból. W końcu rzuca na szpitalne łóżko i nie pozwala z niego wstać. W żyły wlewa kolejne chemie. Na to wszystko każe patrzeć rodzicom, którzy rozpaczliwie próbują szukać ratunku - tego ostatniego światełka w tunelu, które pozwala wierzyć, że ich dziecko będzie żyło. Ostatnia szansa na życie dla Mateusza czeka w Wiedniu. Guz w jego głowie to bomba zegarowa, która odlicza czas. Jeśli nie zdążymy z operacją w porę, Mateusz umrze.


Lipiec 2015. Mateusz ma 1,5 roku. Kilka miesięcy wcześniej rodzice usłyszeli jego pierwsze słowa, zobaczyli, jak stawia swoje pierwsze małe kroczki. Tak bardzo się wtedy cieszyli. Teraz stoją na korytarzu szpitala z wynikiem rezonansu w rękach i nie potrafią powstrzymać łez. Diagnoza – złośliwy guz mózgu. W rogu imię i nazwisko ich dziecka. Od lekarza słyszą, że nadzieje na to, że Mateusz przeżyje są małe, że kilkucentymetrowy guz w jego małej główce to śmierć, którą, ciężko będzie powstrzymać. Nie ma słów, które mogłyby opisać ból, jaki czuje rodzic, kiedy ktoś mówi mu, że jego dziecko umiera. Nie skończyło nawet jeszcze dwóch latek, a ktoś próbuje powiedzieć, że ma żegnać się ze światem. Rak jest przecież najokrutniejszym tyranem. Potrafi życie tych najsłabszych, którzy dopiero co przyszli na świat powoli zamieniać w piekło. 

U Mateusza wszystko zaczyna się od wymiotów. Gdzieś na początku lipca rodzice jadą z nim do lekarza. Pediatra uspokaja, przypuszcza, że to wina rotawirusa. Wręcza receptę, na której wypisane jest kilka nazw leków i parę zaleceń i każe jechać do domu. Stan Mateusza poprawia się, noce wreszcie są spokojniejsze. Za kilka dni biega już ze swoim bratem po podwórku. To cisza przed burzą. Tak naprawdę Mateusz łapie ostatnie promienie słońca w tym roku. Resztę lata spędzi już zamknięty na oddziale onkologii. Tak samo, jak jesień i zimę. Po krótkiej poprawie pojawiają się problemy z równowagą. Mateusz co jakiś czas upada. Raz, drugi, trzeci - wszystko to na prostej drodze. Znowu wracają wymioty - jeszcze silniejsze niż poprzednio. Trudno już tłumaczyć to wirusem. 31 lipca lekarz stawiają diagnozę. Rak - najgorsze, co można usłyszeć. Teraz życie dzieli się na dwie części - “przed” i “po diagnozie”. Teraz czas na zabawę znajduje się gdzieś pomiędzy jedną chemią, a drugą. Rozrzucone na szpitalnym łóżku zabawki są jedyną oznaką dzieciństwa, jedynym kolorowym akcentem w szpitalnej rzeczywistości.

W sierpniu Mateusz przechodzi pierwszą operację w swoim życiu. Kiedy staliśmy pod salą operacyjną, fale bólu i strachu ścinały nas z nóg. Baliśmy się, że stracimy nasze dziecko. Było takie malutkie, a guz w jego głowie miał przecież kilka centymetrów. Cały świat przestał istnieć. Byliśmy tylko my, przeszywający strach i nasz synek leżący na sali operacyjnej. Na każdy szmer przy drzwiach zrywaliśmy się na równe nogi. W końcu wyszedł lekarz. Zamarliśmy. Przerażeni czekaliśmy na moment, w którym jego mina powie nam cokolwiek – da nadzieję albo ostatecznie ją odbierze – wspominają rodzice Mateusza.

Lekarzom udaje się wyciąć guza w całości. Wraca nadzieja – tak, jakby po najciemniejszych dniach wreszcie wzeszło słońce. To jeszcze nie wygrana, ale już wiara w wygraną. Na rezonansie widać zmiany resztkowe – konieczna jest chemioterapia, żeby i je zniszczyć. Wypadają pierwsze włosy. Mateusz zawsze był tak samo obcięty jak starszy brat. Teraz od brata różni go łysa główka. Im więcej cykli chemii sączy się w żyły, tym Mateusz jest słabszy. Patrzy na swoich rodziców przerażonymi oczami i nie potrafi zrozumieć, co takiego złego zrobił, że musi tak cierpieć. Ciężko dziecku wytłumaczyć, dlaczego to wszystko tak wygląda. Po chemiach w końcu następuje remisja choroby. Ulga. Rezonans zrobiony w maju pokazuje, że główce jest czysto – ani śladu po guzie. Po szesnastej chemii można mówić o końcu leczenia. Wreszcie łzy rozpaczy zamieniają się w łzy radości. 

Lipiec 2016. Równo w rocznicę postawionej diagnozy koszmar wraca ze zdwojoną siłą. Na rezonansie widać dwa ogniska choroby. Wszystko to wygląda jak déjà vu. Najtragiczniejsze déjà vu, jakie można było sobie wyobrazić. Znów jest ten szpitalny korytarz i łzy cieknące po policzkach. Znów rak wytacza najcięższe działa. Głowa boli do tego stopnia, że Mateusz słania się na nogach. Wtula się w ramiona mamy tak, że ledwo go widać –  jakby chciał schronić się przed całym światem. Dobrze pamięta przecież, co oznacza szpital. Wie, że pielęgniarka niosąca kroplówkę to ból. Wie, że ostatnio, kiedy leżał w szpitalu dużo płakał. Boi się.

Lekarze po raz drugi decydują się na operację. W sierpniu, równo po roku, Mateusz znajduje się w tym samym miejscu – na stole operacyjnym, na którym lekarze próbuja pozbyć się dwóch guzów. Tym razem się nie udaje – pierwszy zmniejsza się minimalnie, drugi o 10%. Pomimo podawania kolejnych chemii, guzy rosną. Najpierw dwa cykle – bez efektu. Potem kolejne dwa, jeszcze bardziej agresywne – wszystko na nic. Czy to tak właśnie wygląda koniec?

W Polsce nikt już nie podejmie się próby usunięcie guzów. Lekarze zaproponowali radioterapię. Seria naświetlań sprawiła, że guzy przestały rosnąć. Nic więcej już nie da się zrobić. Nasze dziecko będzie powoli umierać. Jeśli nic nie zrobimy, odejdzie na naszych oczach. Dzisiaj Mateusz dostaje chemię paliatywną w postaci tabletek – w momencie gdy guzy zaczną spowrotem rosnąć, nadejdzie koniec.

Nie chcemy, patrzeć na to, jak Mateusz umiera. Nie możemy przyglądać się, jak nasze trzyletnie dziecko rak wyrywa nam z rąk. Znaleźliśmy ratunek w klinice w Wiedniu. Tam podjęto się zoperowania guzów. Tam podarowano nam szansę, której tutaj już nie mamy. Neurochirurdzy z Wiednia każą przyjeżdżać nam jak najszybciej. Jeśli kolejny rezonans będzie podobny do ostatniego, operacja odbędzie się jeszcze w lipcu. Do tego czasu musimy mieć uzbierane potrzebne pieniądze. Inaczej nasza jedyna szansa przepadnie. Inaczej stracimy nasze dziecko.

Nie możemy czekać na dzień, w którym lekarze powiedzą nam, że mamy żegnać się z Mateuszkiem. Wiemy, że jeśli guz urośnie choć o centymetr, będziemy bliżej śmierci. Czy zdążymy? Czy uda nam się wyprzedzić śmierć? Mając to pytanie w głowie, nigdy nie zaśniemy spokojnie.

Błagamy, pomóżcie nam uratować życie naszego synka...

Zbiórka zweryfikowana przez Fundację Siepomaga
Wsparło 6 408 osób
166 288 zł (100,07%)

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.

Ukryj tę wiadomość