Serce Noela przestaje bić. Mamy tylko 6 dni na ocalenie życia!

Zbiórka na cel: Ratująca życie operacja serca w Rzymie
Zbiórka zakończona
Verified Zbiórka zweryfikowana przez Fundację Siepomaga
Wsparły 10 603 osoby
203 932 zł (100,15%)

Noel, 11 miesięcy

atrezja płucna z ubytkiem przegrody międzykomorowej i naczynia typu MAPCA

Warszawa, mazowieckie

Rozpoczęcie: 11 Sierpnia 2017
Zakończenie: 16 Sierpnia 2017

23 Sierpnia 2017, 10:18
Noel jest już w Rzymie

Noel jest już w Rzymie. Droga tam była najtrudniejszą częścią, jednak na szczęście wszystko odbyło się bez komplikacji. Specjalny samolot-ambulans zabrał chłopca i jego rodziców prosto do kliniki, w której czekał już zespół prof. Carottiego.

Trwają badania przygotowujące do operacji. Niestety, jedno z nich wykryło w organizmie chłopca dwie bakterie, musiała zostać włączona antybiotykoterapia. Na razie operacja musiała zostać przełożona. Wierzymy, że Noel szybko pokona zagrożenie, a prof. Carotti będzie mógł naprawić jego serduszko.

Czekamy ze zniecierpliwieniem.


Pokaż wszystkie aktualizacje

Moje małe, ukochane serduszko gaśnie... Noel patrzy na mnie swoimi dużymi, ufnymi oczami jakby pytał, dlaczego mama nie może wziąć go w ramiona i uciec ze szpitala do normalnego świata, w którym mógłby być po prostu szczęśliwym dzieckiem. Ale Noel nie jest dzieckiem jak inne. Mój synek umiera, bo jego serce już nie daje rady… Tylko pilna operacja może go uratować! Już 18 sierpnia musimy stawić się w szpitalu w Rzymie. To jedyne miejsce na świecie, w którym są w stanie ocalić mojego synka. Błagam o pomoc…

Jesteśmy teraz w szpitalu, gdzie każdy dzień jest jak cud, bo mój synek nadal żyje. Chociaż podłączony do respiratora, bez którego nie może oddychać, walczy dzielnie o każdą chwilę. Uśmiecha się nawet czasami, chce się bawić i nie rozumie, dlaczego te wszystkie kable muszą być podłączone do jego malutkich rączek i nóżek. Stara się nimi bawić, bo przecież nie wie, że to nie są zabawki, że inne dzieci mają grzechotki, a jemu przypadły kable i inne medyczne przyrządy… Od dwóch miesięcy nie oddycha samodzielnie. To wtedy była ostatnia operacja... Nieoczekiwany tętniak w sercu, walka o życie, godziny nieopisanego strachu i ta rurka w malutkim nosku, bez której Noela już by nie było. Próbowali go odłączać już kilka razy, jednak bez powodzenia - dusił się, a jego serce kołatało w piersi jak mały ptaszek, który chce uciec z klatki.

Nie było tak zawsze. Gdy byłam w ciąży, wszystko było jak w bajce. Kolejne badania prawidłowe, a po każdym kolejnym szłam ulicą z największym uśmiechem na twarzy. Czułam pod sercem ruchy Noela i tak bardzo na niego czekałam. Gdy się urodził, nastąpiła pełnia szczęścia. Wzięłam go w ramiona i poczułam miłość, jakiej nigdy wcześniej nie doświadczyłam. Szczęście trwało równo 24 godziny. Po tym czasie zauważyłam, że coś jest nie tak - synek nie miał siły płakać, jego usta zrobiły się sine, tak samo jak paznokcie. Wielka radość zmieniła się w jeszcze większy strach…

Zabrali mojego Noela na badania. Szmery w sercu, stwierdzili zapalenie płuc. Nie mieli jednak pewności, więc przewieźli synka do innego szpitala. Cały czas nie wierzyłam, że to dzieje się naprawdę. Przecież moje dziecko nie mogło być chore! Cała ciąża przebiegała prawidłowo, a ja nie złapałam nawet kataru! Dlaczego więc to wszystko nas spotykało? Byłam pewna, że to pomyłka, że to nic poważnego… Jednak gdy zobaczyłam, jak zabierają synka w inkubatorze, moje serce rozpadło się na kawałki. Przecież dopiero co go urodziłam, nie miałam nawet czasu się nim nacieszyć, nie mogłam go nawet przytulić, a już miałam go stracić?

Potem, jak najgorszy koszmar, przyszła diagnoza: atrezja płucna z ubytkiem przegrody międzykomorowej i naczynia typu MAPCA (przetoki naczyniowe). Powiedzieli nam, że może umrzeć w każdej chwili. Szok i dławiące łzy. Pozostała nam tylko modlitwa… Po kilku tygodniach lekarze zadecydowali, że Noel może wrócić z nami do domu i tam czekać na operację - na razie był jeszcze za mały, mógł jej nie przeżyć. Z drżeniem serca pojechaliśmy do domu i czekaliśmy na dzień zabiegu. Prawie nie odchodziłam od łóżeczka synka, cały czas sprawdzając, czy oddycha, czy jego chore serduszko bije...

26.03.2017 r. odbyła się pierwsza operacja, trwała ponad 8 godzin. Po miesiącu mogliśmy znowu wrócić do domu. Miało być już dobrze, ale czuliśmy, że coś jest nie tak – Noel nie chciał jeść, zaczął tracić na wadze, zrobił się apatyczny, uśmiech całkiem zgasł. Jak najszybciej pojechaliśmy do szpitala, a tam szok - okazało się, że Noel ma wielkiego tętniaka w samym sercu, który w każdej chwili może pęknąć, zabijając moje dziecko! Trzeba było jak najszybciej operować, a my znów przeżywaliśmy ten sam koszmar.

Operacja trwała jeszcze dłużej niż ta pierwsza. Doszło do obrzęku płuc, a moje dziecko ledwo ją przeżyło. Pozwolili mi go zobaczyć i tego widoku nie zapomnę do końca życia: Noel leżał z otwartym mostkiem, był w głębokiej śpiączce. Tonął w morzu kabli i aparatury, która podtrzymywała go przy życiu. Synek do tej pory nie odzyskał swojego oddechu, cały czas jest podłączony do respiratora, który za niego oddycha. Serce jest niewydolne...

Nie wiedzą, jak pomóc mojemu synkowi. Proponują jedną operację, a jak nie wyjdzie, kolejną. Jaką? Się zobaczy… Niczego nie gwarantują, nie obiecują nawet. A ja żyję w niepewności, co będzie jutro, czy nadal będę mamą, czy mój syn stanie się aniołkiem i zostawi mnie zrozpaczoną na tym świecie? Nie mogliśmy po prostu czekać, zaczęliśmy szukać ratunku. I pojawił się, w Rzymie! Prof. Carotti ze Szpitala Dzieciątka Jezus, z którym się skontaktowaliśmy, dał nam nadzieję i chce się podjąć operacji naszego dziecka! Opracował już plan leczenia, czekają już tam na nas, gotowi, by uratować Noela. Dlaczego więc jeszcze nie lecimy? Bo nie mamy pieniędzy…

To takie straszne, że od nich zależne jest życie mojego syneczka… Koszty nas przerażają, bo musimy zapłacić nie tylko za operację, ale także za specjalistyczny transport medyczny. Na razie chociaż w jedną stronę, bo nie myślę, co będzie dalej. Najważniejsze to znaleźć się we włoskiej klinice, żeby Noel trafił w ręce specjalistów, którzy ratując jego serduszko ocalą jego życie… Nie możemy po prostu wsadzić synka do wózka, wsiąść do samolotu i polecieć do szpitala. Musi go zabrać karetka na sygnale do samolotu-ambulansu, gdzie lekarz i pielęgniarka w każdej chwili gotowi będą ratować życie mojego synka. Potem, już w Rzymie, znowu karetka prosto do kliniki, gdzie czekał już będzie zespół specjalistów. I w końcu przyjdzie kolej na naprawę zepsutego serca...

Wyobrażam sobie tę chwilę, marzę o niej i wierzę, że to marzenie się spełni. Przecież moje dziecko nie może umrzeć… Czy się boję? Jak nigdy. Boję się, że nie zdążę, boję się czekania na korytarzu te długie godziny, podczas których najważniejsza dla mnie istota będzie zdana na umiejętności lekarzy. Wiem jednak, że to najlepsi specjaliści i jedyny ratunek dla mojego synka. Wiara jest większa niż strach, a ja muszę wierzyć, że się uda. Nie mam innego wyjścia. Modlę się, ale to za mało. Dlatego dzisiaj błagam Was o pomoc. Mamy tylko 6 dni na uzbieranie astronomicznej kwoty 200 tys. zł.

Tylko z Wami uda się ocalić Noela. Sami nie uratujemy naszego dziecka, stracimy sens i cel naszego życia. Z nim odejdzie wszystko… Pomóżcie uratować Noela.

Pomogli

Ładuję

Verified Zbiórka zweryfikowana przez Fundację Siepomaga
Wsparły 10 603 osoby
203 932 zł (100,15%)

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.

Ukryj tę wiadomość