Twoja przeglądarka jest nieaktualna i niektóre funkcje strony mogą nie działać prawidłowo.

Zalecamy aktualizację przeglądarki do najnowszej wersji.

W portalu siepomaga.pl wykorzystujemy pliki cookies oraz podobne technologie (własne oraz podmiotów trzecich) w celu, m.in. prawidłowego jego działania, analizy ruchu w portalu, dopasowania apeli o zbiórkach lub Fundacji do Twoich preferencji. Czytaj więcej Szczegółowe zasady wykorzystywania cookies i ich rodzaje opisaliśmy szczegółowo w naszej Polityce prywatności .

Możesz w każdej chwili określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w ustawieniach swojej przeglądarki internetowej.

Jeśli kontynuujesz korzystanie z portalu siepomaga.pl (np. przewijasz stronę portalu, zamykasz komunikat, klikasz na elementy na stronie znajdujące się poza komunikatem), bez zmiany ustawień swojej przeglądarki w zakresie prywatności, uznajemy to za Twoją zgodę na wykorzystywanie plików cookies i podobnych technologii przez nas i współpracujące z nami podmioty. Zgodę możesz cofnąć w dowolnym momencie poprzez zmianę ustawień swojej przeglądarki.

Lokalizacja

  • Cała Polska
  • dolnośląskie
  • kujawsko-pomorskie
  • lubelskie
  • lubuskie
  • łódzkie
  • małopolskie
  • mazowieckie
  • opolskie
  • podkarpackie
  • podlaskie
  • pomorskie
  • śląskie
  • świętokrzyskie
  • warmińsko-mazurskie
  • wielkopolskie
  • zachodniopomorskie
Alicja Etmańska
Alicja Etmańska , 22 miesiące

Powstrzymać SMA – pomagamy małej Ali!

Nic nigdy tak bardzo nas nie ucieszyło, jak wiadomość o tym, że zostaniemy rodzicami. Gdy w końcu, po 9 miesiącach oczekiwania, mogliśmy przytulić naszą córeczkę, czuliśmy się najszczęśliwszymi ludźmi na świecie. Niestety, wszystko to, co tak bardzo cieszyło, brutalnie zabrała nam bardzo ciężka choroba – SMA typu 1. Kiedy Ala miała 2 tygodnie zauważyliśmy pierwsze objawy – nasza córeczka miała coraz mniej sił w nóżkach. Nie wierzgała nimi tak jak zdrowe dzieci. Zaniepokojeni zabraliśmy ją do lekarza, a potem wszystko potoczyło się już bardzo szybko. 19 marca 2021 roku, kiedy Ala miała niecałe 2 miesiące otrzumaliśmy wynik badania genetycznego, który potwierdził, że nasza córeczka urodziła się ze śmiertelną chorobą genetyczną – rdzeniowym zanikiem mięśni typ I. SMA oznacza, że umierają mięśnie odpowiedzialne za poruszanie się, przełykanie, oddychanie... Choroba może doprowadzić do niewydolności oddechowej! Diagnoza zrujnowała świat całej naszej rodziny. Niemal natychmiast zaczęliśmy szukać ratunku, jednak już dziś wiemy, że bez Waszej pomocy, będzie nam niezwykle trudno zawalczyć o sprawną przyszłość Ali.  Córeczka pozostaje pod opieką wielu specjalistów, otrzymuje lek, który ma zatrzymać postępy choroby. Niezwykle istotna jest też bardzo intensywna, wielowymiarowa rehabilitacja.  Koszty, które generuje choroba, są coraz większe, dlatego musimy prosić o pomoc. Każda złotówka będzie szansę dla Ali na lepsze jutro! Aleksandra i Damian – rodzice Ali

10 194,00 zł
Kacper Kwintera
Kacper Kwintera , 19 lat

Widzi świat JEDNYM OKIEM, W 30%❗️Pomóżmy Kacprowi normalniej żyć❗️

Choć dopiero niedawno dostał dowód, to egzaminy dojrzałości zdawał całe życie. Właściwie odkąd pojawił się na świecie... Próbowaliśmy wielu sposobów, by uratować jego wzrok. Niestety, wiele z nich zakończyło się niepowodzeniem. Dzisiaj pojawia się szansa… Niestety, nieosiągalna!  Kacper urodził się z niedorozwojem nerwów wzrokowych, co zaważyło na całym jego życiu. Wszystko, co robił, wszystko, co sobie wymarzył, wszystkie aktywności musiał dostosować do choroby.  Gdy Kacper chciał spędzić czas i bawić się z innymi u nas pojawiało się mnóstwo pytań. Musieliśmy wiedzieć, że da radę bez dobrego wzroku, że nie stanie mu się krzywda i że będzie to w ogóle możliwe! Z wielu aktywności był po prostu wykluczony…  Nigdy nie czuł się pewnie. Nie miał swobody i beztroski, zawsze przeszkodą była wada, która mimo wielu prób nigdy nie zniknęła… Właściwie traciliśmy nadzieję, że coś może nam jeszcze pomóc.  Nasz syn ma teraz 19 lat. W wielu sytuacjach nadal potrzebuje naszej pomocy. Nie snuje planów śmiałych na przyszłość i martwi się o to, co przyniesie kolejny dzień. Czy Kacper poradzi sobie, kiedy nas zabraknie? Zrobimy wszystko, by tak było!  Uczy się na co dzień w technikum i nie odbywa się to bez sukcesów. Świetnie radzi sobie w sprawach informatycznych i mamy nadzieję, że taki zdobędzie zawód. Świat technologii pozwala teraz na pracę nawet w przypadku osób niewidomych, ale Kacper przecież ma wzrok! Słaby i chory, ale za wszelką cenę chcemy go ratować tym bardziej, gdy pojawia się na to nadzieja!  Po latach podejmowania przeróżnych terapii, po latach mniejszych i większych porażek oraz walki o samodzielność syna, znów pojawiła się przed nami szansa! Jest nią terapia preparatem MSC.  Leczenie, które nie daje pewności, nie daje 100%, ale wśród wielu pacjentów przyniosło oczekiwane rezultaty. Niestety, jest całkowicie poza naszym zasięgiem finansowym...  Prosimy, pomóż nam wywalczyć lepszą przyszłość dla Kacpra!To nasza ostatnia nadzieja. Nie ma już leczenia, lekarstw, pomysłów, których moglibyśmy się łapać.  Ta jest ostatnia! Rodzice   Licytacje dla Kacpra

24 074,36 zł ( 16,28% )
Brakuje: 123 798,64 zł
Karina Szwarc
2 dni do końca
Karina Szwarc , 13 lat

Ogrom cierpienia zamknięty w młodym ciele... Karina potrzebuje pomocy!

Karinka od pierwszych chwil skradła nasze serca. Kiedy tylko spoglądała na nas swoimi dużymi, pięknymi oczkami, wiedzieliśmy, że zrobimy dla niej wszystko.  Czule całowaliśmy ją w czółko i szeptaliśmy do ucha słowa wyrażające naszą miłość. Śpiewaliśmy piosenki i opowiadaliśmy bajki. Byliśmy pewni, że nasze głosy ją uspokajają, przecież towarzyszyły jej od zawsze... Dziś wiem, jak bardzo się myliliśmy. Żadne dźwięki nie przynosiły jej ukojenie, bo Karinka po prostu ich nie słyszała...  Nasza córeczka urodziła się głucha. Kiedy skończyła 7. miesiąc, otrzymała swoje pierwsze aparaty słuchowe i rozpoczęła pierwszą rehabilitację. Mimo wielkiego szoku i przerażenia, z każdym dniem uczyliśmy się żyć na nowo i oswajać z całkowicie inną rzeczywistością.  Jednak kiedy wszystko zaczęło się pomyślnie układać, los postanowił wymierzyć nam kolejny cios. Po drugich urodzinach Karinki, zdiagnozowano u niej epilepsję oraz problemy kardiologiczne. Znów musieliśmy przeorganizować swoje życie – częste wizyty u lekarzy, badania i leki, które córeczka przyjmuje do dziś...  Niestety, to nie był koniec naszych problemów. 18 listopada 2020 roku, Karina źle się poczuła. Przez dwa dni miała biegunkę, była bardzo osłabiona, na jej plecach pojawiły się wybroczyny, skóra i oczy zrobiły się żółte, a wyniki krwi okazały się tragicznie. Szybko została skierowana na badania, a diagnoza, jaką usłyszeliśmy znów wywróciła nasze życie do góry nogami – atypowy zespół hemolityczno - mocznicowy.  Na początku nie byliśmy świadomi, z czym przyszło nam się mierzyć. Jednak szybko przekonaliśmy się, że choroba jest bardzo podstępna i agresywna. Sieje ogromne spustoszenie w całym organizmie i jest poważnym zagrożeniem dla życia! Byliśmy przerażeni...  Stan naszej córeczki z każdym dniem się pogarszał. Jej nerki niemal przestały pracować! Choroba przez lata niszczyła naczynia krwionośne i powodowała tworzenie się zakrzepów krwi w całym organizmie. Proces ten nazywany jest mikroangiopatią i niesie za sobą uszkodzenia wielu narządów, w tym poważne uszkodzenia mózgu, nerek i serca...  Mimo że od tych tragicznych wydarzeń dzieli nas rok, wciąż nieustannie boimy się o życie naszego dziecka.... Obecnie co dwa tygodnie jeździmy do Gdańska, gdzie córce podawany jest specjalny lek zatrzymujący rozwój choroby. Codziennie musimy kontrolować jej wagę, ciśnienie, dobową ilość moczu. Każdego dnia, Karina musi przyjmować niezliczone ilości leków i odżywek. Jeździmy na rehabilitację, naukę mowy. Serwisujemy aparaty słuchowe. Sprawdzamy stan skóry i temperaturę ciała. Każda drobna zmiana musi być zgłoszona, aby nie doprowadzić do rzutu choroby.  To wszystko generuje ogromne koszty, jednak wiemy, że nie możemy się poddać. Na szali leży przyszłość naszego dziecka! Dlatego nie pozostaje nam nic innego, jak prosić Was o pomoc! Błagamy, wesprzyjcie nas w walce o lepszą przyszłość Karinki...  Rodzice ➡️ Licytacje dla Kariny 💚

11 108,00 zł
Małgosia Sawińska
Małgosia Sawińska , 10 lat

Jej życie to cud - pomóż Małgosi!

Małgosia urodziła się jako skrajny wcześniak w 2012 r. i ważyła zaledwie 660 gram. Jej pierwszy rok życia to szpitalne mury i nieustająca walka o życie. W 2015 roku doznała udaru mózgu... Przez to jej lewa strona ciała została sparaliżowana i do dziś lewa rączka nie odzyskała sprawności. Gdy Małgosia już wygrała życie, zaczęła się walka o sprawność fizyczną. Ta trwa do dziś i pochłania gigantyczne środki. Dlatego bardzo prosimy o pomoc dla córeczki, by mogła zdobywać swoje kolejne małe-wielkie szczyty! Wcześniactwo zostawiło sporo niechcianych gratisów do życia. Małgosia choruje na Dziecięce Porażenie Mózgowe i jest całkowicie zależna od osób trzecich. Ma wadę wzroku i słuchu. Nie mówi i nie chodzi. Porusza się w specjalistycznym wózku dla osób niepełnosprawnych, a w domu po czworakach zwiedza i poznaje świat. Poprzez intensywną rehabilitację córka robi spore postępy, jednak największym problemem jest karmienie Gosi, które od początku było bardzo trudne. Komunikuje się z otoczeniem za pomocą PCS (obrazkowych piktogramów), by wyrazić swoje podstawowe potrzeby. Często się frustruje i gryzie swoją rękę, nie potrafiąc jednoznacznie określić swoich emocji. Córka ma dysfagię, która wiąże się z trudnościami w przełykaniu. Ta podstawowa czynność wymaga od Małgosi sporo wysiłku. Pomimo że ma 9 lat, nadal je tylko zmiksowane jedzenie, a każdy posiłek zajmuje dużo czasu. Do tego żuchwa i język niepoprawnie pracują, co wiąże się z dalszymi komplikacjami w przyszłości. Podczas picia niebezpiecznie się krztusi. Dzięki turnusom logopedycznym i systematycznej pracy w domu Małgosia już przestała się ślinić. Teraz kolej na pobudzenie czucia wokół ust, gardła i podniebienia i przejście z posiłków papkowatych do stałych. W tym celu uruchomiliśmy zbiórkę na drogi sprzęt Vitalstim, który ma nam pomóc w kolejnych milowych krokach naprzód. Dla Małgosi umiejętność bezpieczniejszego i lepszego jedzenia, a także być może poprawa mowy będą najważniejszymi sukcesami, dzięki którym poczuje się po prostu szczęśliwym i wartościowym człowiekiem. Niestety prócz terapii logopedycznych córka wymaga intensywnej rehabilitacji na każdym poziomie. Całe nasze życie podporządkowane jest częstym wyjazdom na turnusy rehabilitacyjne, a życie codziennie to wizyty u różnych specjalistów czy terapeutów, m.in. zajęcia rehabilitacyjne, logopeda, hipoterapia, tlenoterapia czy mikropolaryzacja mózgu. Gosia jest rehabilitowana od 3 miesiąca życia i innego życia nie zna, przyzwyczaiła się do tego. Jest pełna szczęścia i wręcz uwielbia ćwiczyć. Jest naszym wulkanem pozytywnej energii. Gosia miała nie widzieć, nie chodzić. Jak większość takich dzieci miała być "warzywkiem". Dzięki jej sile walki i sztabowi specjalistów jest pogodnym dzieckiem pragnącym żyć jak inne dzieci. Chce chodzić, skakać i jeździć na rowerze jak jej młodsza siostra Agatka. Dlatego swoje życie zawodowe jak i prywatne poświęciłam córkom. Czas pomiędzy terapiami staramy się wypełnić wspólną zabawą by pomimo tylu obowiązków, jakie nakłada na nas życie z osobą niepełnosprawną, dać im jak najwięcej z dzieciństwa. Jako matka walcząca najpierw o życie córki, a teraz o jej sprawność fizyczną, proszę, wspomóż moją walkę o lepsze jutro dla Małgosi. Dziękuję za każdą wpłatę i pomoc Eliza - Mama Małgosi ➡️ Strona Małgosi na FB ➡️ Licytacje dla Małgosi

23 895,00 zł ( 39,33% )
Brakuje: 36 857,00 zł
Łucja Jóźwicka
Pilne!
Łucja Jóźwicka , 21 miesięcy

Serduszko Łucji gaśnie❗️Dramatycznie mało czasu❗️

Serduszko naszej półtorarocznej Łucji pilnie potrzebuje Twojej pomocy... Mamy zaledwie miesiąc na uzbieranie miliona złotych! Córeczka wymaga operacji zamknięcia mnogich, trudno zlokalizowanych ubytków w przegrodzie międzykomorowej.  Mówiąc dosłownie - serduszko naszej córki przypomina szwajcarski ser.  Od jej pierwszych chwil robimy co w naszej mocy, by uratować jej zdrowie i życie. W tej chwili córka chroniona jest przed nadciśnieniem płucnym za pomocą bandingu, opaski na tętnicy płucnej, którą założono jej chirurgicznie w trzecim miesiącu życia.  W tym czasie nie nastąpiła samoistna poprawa - przerośnięty mięsień nie zaczął się zrastać i w szpitalu, w którym się dotychczas leczyliśmy, wykluczono możliwość pełnej korekcji wady. Jest to informacja, z którą nigdy się nie pogodzimy. Poprosiliśmy więc o drugą opinię inne ośrodki, m.in. Boston i Genewę. Okazało się, że istnieje szansa na pełne wyleczenie naszej córki. Będzie to jednak kosztowny i ryzykowny zabieg, na który w dodatku nie możemy zbyt długo czekać. Serce jest w o wiele gorszej kondycji, niż przewidywano. Nieprawidłowa budowa, liczne ubytki w przegrodzie międzykomorowej. Prosimy więc Cię o wsparcie w zbiórce brakującej kwoty. Koszt operacji wynosi niespełna milion złotych (w zależności od kursu walut), dodatkowo musimy opłacić transport i pobyt za granicą, a także koszty w razie nieprzewidzianych powikłań. Twoja pomoc może uratować życie naszej córeczki. Może być jej jedyną szansą na piękne i długie życie... Maria i Wojciech, rodzice

240 242,80 zł ( 22,76% )
Brakuje: 815 039,20 zł
Marianna Braciszewska
Pilne!
Marianna Braciszewska , 16 lat

15-letnia Marianna w starciu z rakiem❗️Leczenie musi rozpocząć się natychmiast!

Marianna ma 15 lat – jest jeszcze dzieckiem, które ma w życiu jeden cel – chce żyć! Na progu życia, oko w oko z chorobą, która zabija. Nowotwór z przerzutami w IV stadium to koszmarny zabójca, ale jest jedna szansa, ostatnia, by przeżyć! Potrzebujemy leku ostatniej szansy dla mojego dziecka, a najgorsze jest to że mamy zaledwie tydzień – Marianna musi rozpocząć leczenie – teraz albo nigdy… Zrobię wszystko, by jak najszybciej zdobyć pieniądze, które są niezbędne do rozpoczęcia terapii. Jako mama błagam o ratunek! Pomóż mi zapłacić cenę za lek, który uratuje życie mojej córki. Proszę o każdą, nawet najmniejszą pomoc, która przybliży nas do ostatniej próby odparcia nowotworu.  To był październik – szary mglisty dzień. Marianna wracała z koleżanką do doamu, kiedy nagle straciła przytomność. Karetka przyjechała niemal natychmiast i zabrała moją córkę do szpitala. Na miejscu lekarze zlecili badania rezonansem magnetycznym. Wynik był straszny – nowotwór jajnika o niepewnym rokowaniu… Taka diagnoza u 15 latki, brzmi jak jakiś ponury żart. Córka trafiła do Centrum Zdrowia Dziecka w Międzylesiu. W tym samym dniu przeszła operację. Razem z dużym guzem nowotworowym, lekarze wycięli córce prawy jajnik wraz z jajowodem, siecią, fragmentem macicy oraz wczepami z otrzewnej. Długo czekałyśmy na wyniki badania histopatologicznego, a gdy w końcu przyszły, diagnoza okazała się druzgocząca! Rak drobnokomórkowy jajnika z przerzutami do otrzewnej i płuc. bardzo rzadki nowotwór (small cell carcinoma of the ovary hypercalcemic type – large cell variant). Niezwykle rzadka choroba u dziewczynek.  Ciężko opisać słowami, co w takim momencie czułam, ale wiedziałam, że jeszcze trudniej opisać to, jak czuje się nastolatka, której życie dopiero się zaczyna. Wszystko zmieniło się diametralnie. Prozaiczne problemy przestały mieć jakiekolwiek znaczenie! Rozpoczęła się niezwykle zacięta walka o życie! W tej chwili Marianna jest poddana bardzo agresywnej chemioterapii, która została rozpisana na 6 cykli. Już dwa tygodnie po pierwszej chemii gęste włosy córki przerzedziły się bardzo, całe pukle włosów wychodziły garściami. Pojawił się brak łaknienia i mdłości, Marianna schudła 6kg. Potem przyszła kolej na nieopisany ciągły ból i łzy zwątpienia. Przecież miała cieszyć się życiem i spełniać marzenia, a nie walczyć z nowotworem! Jestem jej matką, która zawsze chciała dla niej wszystkiego, co najlepsze – teraz jestem świadkiem walki mojego dziecka – walki na śmierć i życie! Kiedy na nią patrzę, staram się nie płakać, myśleć pozytywnie i mówię, że przejdziemy to razem, że trzeba wierzyć, że wszystko skończy się dobrze. Cieszą nas małe rzeczy, żyjemy dniem codziennym. Niestety ostatnie badania kontrolne wykazały nową zmianę w prawym płucu. Przerzut ma wielość ok. 0,8 cm. Prawda jest niezwykle brutalna. Lekarze wyczerpali większość możliwości leczenia, mówią, że jest jeszcze opcja, włączenia przeciwciał monoklonalnych. Terapia lekiem, który niestety nie jest refundowany. Ale daje mojemu dziecku nadzieję. Niestety cena 14786 zł za jedną dawkę znacznie przerasta nasze możliwości. A aby stwierdzić czy terapia jesr skuteczna, musimy podać przynajmniej dwie dawki połączone z chemioterapią. We wtorek 1 lutego 2022 Marianna będzie miała operację usunięcia przerzutu z prawego płuca, a potem rusza kolejna chemia. Czasu na zebranie kwoty potrzebnej na zakup leku jest niewiele. Jeśli leczenie zacznie działać, będzie trzeba je kontynuować, dlatego tak ważne są pieniądze! Nie poddamy się, nawet jeśli światełko w tym tunelu jest bardzo małe. Jeśli zbierzemy pieniądze, mamy jeszcze jedną, ostatnią szansę, by wyrwać Mariannę śmierci! Pomóżcie nam!  Hanna – mama Marianny

214 763,47 zł
Marzena Laskowska
Marzena Laskowska , 55 lat

O moją mamę będę walczyła do końca...

Na oddziale ratunkowym poznałam swoją mamę po stopach. Podpięta do respiratora, wśród nerwowego gwaru lekarzy i ratowników, leżała kobieta, która dała mi życie, z którą jeszcze kilkadziesiąt minut wcześniej rozmawiałam w domu. Takiego telefonu, jaki dostałam tamtego dnia, nie życzę nikomu i nigdy. Nie spodziewałam się niczego złego, kiedy w słuchawce rozległ się krzyk – "Pani mama zemdlała i zabiera ją karetka pogotowia". To było ponad moje siły, kiedy po chwili stałam w szpitalu, a obok mnie umierała moja mama… Pierwsze słowa w szpitalu: brak kontaktu, zero jakiejkolwiek reakcji. Kolejne były jeszcze gorsze: pęknięty tętniak, 1% szans na przeżycie, mama nie dożyje do operacji. Kiedy otworzyły się drzwi sali i wyszedł lekarz, nie umiałam zebrać myśli, skupić się. Wręczono mi rozcięte ubrania mamy i przepraszano mnie, że nie można ich było zdjąć w inny sposób. Stałam na korytarzu, trzymając te poszarpane ubrania i starałam się odczytać z jego ust słowa, które słyszałam jakby zza grubej szyby. “Nie będziemy operować, to już nie ma sensu, jeśli chce Pani zawiadomić rodzinę, to proszę zrobić to teraz i proszę powiedzieć, że mają godzinę na dotarcie do szpitala…” Moja mama, która była ze mną od zawsze, którą kochałam nad życie i bez której życie nie istniało, dostała godzinę. Leżała teraz pod prześcieradłem, podpięta do respiratora, bez żadnych szans na przeżycie. Nie umiałam tego wszystkiego poskładać w całość. To było jak jakiś koszmar, który za chwilę się skończy i który trzeba jedynie przeczekać. 1% szans na przeżycie to zbyt mało, by w ogóle myśleć o operacji. Wtedy stał się pierwszy cud, który wydarzył się na naszych oczach. Kiedy weszłyśmy z siostrą do sali, mama poruszyła ręką i nogą, jednocześnie dając nam znak, że żyje, że nas słyszy i czuje naszą obecność. To wystarczyło. Niemal natychmiast lekarz, który zobaczył to, co my, podjął decyzję – operujemy. Poczułam w jednej chwili nadzieję, ale i to, że tracę ją po raz drugi. Mamę przewieziono do sali operacyjnej, gdzie rozpoczęła się walka, której przed kilkunastoma minutami nikt nie potrafił sobie nawet wyobrazić. 4 godziny czekałam na śmierć lub życie mojej mamy. Nic z tego nie rozumiałam, bo jeszcze przed chwilą nikt nie dawał jej szansy, aż w końcu mama sama nie dała znaku życia. Jeśli przeżyją, to tylko dlatego, że udało się jej o to poprosić, że ruszyła ręką, że pokazała, że tutaj jest. Jak się później okazało, lekarze kilkakrotnie rozkładali nad mamą ręce w trakcie operacji. Mama przez 4 godziny straciła całą swoją krew, a przeżyła tylko dzięki transfuzjom. Lekarz, który do mnie wyszedł, użył tylko jednego słowa – cud. W trakcie pobytu czekano, aż płuca podejmą pracę, aż otworzy oczy, zareaguje na dźwięk. Mama trafiła do OIOM, żyła, oddychała przez rurkę tracheotomijną, była karmiona przez sondę, miała centralne wkłucie i kilka różnych drenów. Dla mnie to wszystko nie miało znaczenia. Ważne było, że mam mamę, że wciąż jest ze mną i mogę trzymać jej ciepłą dłoń. Nikt nadal nie dawał jej szans. 3 dni – jeśli je przeżyje, zyska jakiekolwiek szanse. Później mówiono o 7 dniach, 21… Tamtego dnia weszłam na OIOM i do dziś nie pamiętam, co pierwsze pojawiło się na mojej twarzy. Łzy szczęścia czy uśmiech. Mama leżała i patrzyła na mnie, w pełni rozumnym skupionym wzrokiem. Wróciła! Nie da się opisać uczucia, jakie towarzyszy chwili, w której odzyskuje się matkę. 17 października mama przeszła pół sali z pomocą rehabilitanta i tryskała energią. 18 października świat nam się znowu zawalił… Koło południa zastaliśmy ją leżącą w łóżku z 39-stopniową gorączką, drgawkami. Nie reagowała na nic. Po wszczęciu alarmu i tomografii komputerowej padła diagnoza – ostre wodogłowie i obrzęk mózgu. Wykonano operację, podczas której założono dren i wyczyszczono chirurgicznie rany pooperacyjne. Po badaniach okazało się, że mama została zarażona bakteriami i usłyszeliśmy, że ma zapalenie mózgu i opon mózgowych. Została przeniesiona na Oddział Neurochirurgii, gdzie przez wiele dni nie było z nią żadnego kontaktu. Dostawała ogrom leków, antybiotyków, wlewy dożylne z powodu skrajnego niedożywienia. Rehabilitacja odbywała się tylko w szpitalnym łóżku i była bardzo ograniczona ze względu na nieustępującą gorączkę i zły stan mamy. Mama nie potrafiła nawiązać z nami żadnego kontaktu, nie można było zaobserwować nawet mimiki jej twarzy. Kolejne tygodnie, które powinny upływać na rehabilitacji, mama spędzała, leżąc w łóżku, zamknięta w izolatce, nie widziała naszych twarzy, nie czuła dotyku, ponieważ nosiliśmy maski, fartuchy i kazano nam zakładać rękawiczki. Każdego dnia miała kilkakrotnie wkładany dren w drzewo oskrzelowe, ponownie założono jej centralne wkłucie. Była zbyt słaba na jakąkolwiek rehabilitację. Po kolejnych ciężkich dniach przed świętami Bożego Narodzenia, mama została przeniesiona ponownie na Oddział Rehabilitacji. W wyniku stresu i wspomnień z października doznała dwukrotnego napadu padaczkowego. Dowiedzieliśmy się również, że mama przeszła sepsę. Zaczęliśmy od nowa, jeszcze raz, ale ze stopnia niżej. Teraz było już o wiele trudniej, mama straciła władzę w prawej ręce, doszły bolesne przykurcze i inne problemy. Powoli zaczyna coraz więcej mówić, jednak kontakt jest z nią utrudniony ze względu na to, że ma problem z wymawianiem niektórych głosek, ze złożeniem całego zdania, czasami słowa są zniekształcane. Wspieramy mamę i ćwiczymy z nią każdego dnia, dokumentując jej postępy, żeby sama widziała, jak bardzo jest dzielna. Życie zatoczyło koło. Teraz to ja jestem świadkiem jej pierwszego kroku, pierwszych słów i zdań. Marzę o tym, żeby mama mogła samodzielnie pójść do kuchni, zrobić sobie kawę, kanapkę, obiad, żeby mogła przeczytać książkę, żeby zejście po schodach nie wymagało kilku osób, żeby mogła porozmawiać przez telefon, napisać coś, policzyć, porozmawiać z kimś, spotykając go na ulicy, pójść na spacer, a nie przejechać się wózkiem, żeby wyjazd do lekarza nie wymagał przejazdu karetką transportu medycznego, żeby mogła pobawić się z wnukami, żeby mogła po prostu żyć i być samodzielną. Każdego dnia walczymy o tę sprawność, o każdy krok, słowo, ruch ręką. To wspaniałe, jak bardzo mama chce wrócić, jak przezwycięża wyrok losu, z którym przyszło jej żyć. Pomóżcie nam w dalszej walce, pomóżcie nam zebrać pieniądze na turnusy i rehabilitację domową. Mama jest wciąż młodą i pełną życia kobietą, która żyje tylko dzięki temu, że stał się cud w jej życiu. Drugi cud może stać się dzięki Wam, dlatego prosimy o pomoc.

56 162,00 zł ( 46,57% )
Brakuje: 64 423,00 zł
Stanisław Bandziarowski
Stanisław Bandziarowski , 75 lat

Daj mi nadzieję, że to jeszcze nie koniec...

Tylko smutek w oczach mojego taty zdradza, że się boi. Nigdy tego nie przyzna, nie da po sobie poznać, że jest źle. A przecież choroba go zabija… Zabiera naszej rodzinie podporę, nasz wzór i opokę. Tata jest twardy i dzielnie znosi każdy kolejny dzień, gdy jest go coraz mniej. Walczy, a my razem z nim - nie pozwolimy, by śmierć wygrała i nam go zabrała. Prosimy, pomóżcie nam walczyć z wrogiem, którym jest SLA. Pomóżcie mojemu tacie żyć… Zaczęło się 4 lata temu, całkiem niewinnie, jak pewnie w większości takich przypadków. Tata zaczął mówić, że boli go kręgosłup. Było to o tyle niespotykane, że przez ostatnie 40 lat w ogóle nie chorował, nie brał żadnych leków, nie był u lekarza! Bardzo się martwiliśmy, ale tata nas uspokajał, że to na pewno nic, bo przecież czasami musi coś zaboleć. Jednak gdy nie mógł przejść samodzielnie nawet 100 metrów, męczył się, musiał odpoczywać co kilka kroków, niemal siłą zawieźliśmy go do lekarza. Jednak nawet wtedy nie przypuszczaliśmy, że właśnie zaczął się spełniać najczarniejszy scenariusz… Standardowe badania nic nie wykazały. Najpierw cieszyliśmy się z tego, bo wydawało nam się, że to dobra wiadomość. Dzisiaj wiemy, że każdy wynik byłby lepszy niż to, że tomografia i rezonans pozostawiły nas bez odpowiedzi… Szukaliśmy dalej. Lekarz skierował tatę na specjalistyczne badanie przewodnictwa nerwowego. I wtedy po raz pierwszy usłyszeliśmy imię naszego wroga - SLA, stwardnienie zanikowe boczne. Szukaliśmy informacji o chorobie w internecie. Przeżyliśmy szok. Uświadomiłem sobie, że mój tata - człowiek, który zawsze wydawał mi się nie do pokonania - umiera. Cała rodzina bardzo przeżyła tę informację, tylko tata zdawał się być niewzruszony. Nawet w takiej sytuacji chciał znowu być podporą, nie pozwalał się poddać. Nie pokazywał żalu, ale jego oczy stały się smutne... Błyskawicznie osiwiał, zamknął się w sobie. Rozpaczliwie szukaliśmy ratunku, jednak każdy kolejny specjalista potwierdzał diagnozę. Mieliśmy tylko jedną szansę na powstrzymanie choroby, 60% nadziei, że pomoże… Przeszczep komórek macierzystych to w sytuacji taty ostatnia deska ratunku. Gdy dowiedzieliśmy się o tej możliwości leczenia, robiliśmy wszystko, by zebrać potrzebną, ogromną kwotę. Udało nam się zgromadzić środki na serię 3 podań. Tata odzyskał nadzieję, że to jeszcze nie koniec, że jeszcze będzie mógł być ze swoją rodziną! Choroba została tymczasowo powstrzymana, nie postępuje tak szybko, jak przewidywali lekarze. Mamy też nadzieję, że komórki macierzyste odwrócą choć niektóre skutki choroby. Walczymy o to ze wszystkich sił… Żeby tak się stało, tata musi przejść kolejną serię podań. Ale na nią już nie mamy pieniędzy… To jedyna nadzieja na powstrzymanie SLA, bo nikt jeszcze nie wynalazł leku na całkowite wyleczenie. Musimy wierzyć, że tak się kiedyś stanie i że tata doczeka tego dnia. Tymczasem ze wszystkich sił staramy się, by został z nami jak najdłużej; by choroba nie zabrała sensu życia, sił do walki i nie pogrążyła w beznadziei. By nie upokorzyła najsilniejszego człowieka, jakiego znam… Jeszcze niedawno tata był aktywny, uwielbiał motoryzację, często jeździł samochodem. Przeszedł na emeryturę, miał mieć w końcu czas dla siebie dla swojej rodziny, ukochanych wnuków… Tymczasem choroba zabrała wszystko: plany, marzenia, przyszłość. Przykuła do wózka, zabrała siły i pasję. Ale nie zabrała nas, rodziny, a my nie pozwolimy tacie się poddać. Wygnamy chorobę, powstrzymamy ją, by śmierć nie zabrała najważniejszej osoby w naszym życiu. Proszę, pomóż nam w tym...

22 468,48 zł ( 50,89% )
Brakuje: 21 680,52 zł
Zbigniew Brydniak
3 dni do końca
Zbigniew Brydniak , 72 lata

Zbyszku, to nie pora umierać! Guz mózgu to nie wyrok - walcz!

Zawsze chciałem być kochany,miałem wtedy kilka lat.Teraz jestem siwy, starszy,wciąż marzenia z tamtych lat... Było piękno życia z rodziną, dziś jest oddział onkologii; miesiące odliczane nie tylko datami urodzin dzieci i wnuków, ale kolejnych cykli radioterapii… Była radość z życia, dziś oprócz niej jest przeraźliwy strach, czy to życie będzie trwać? Czy nowotwór wygra? Wszystko wraca jak bumerang,sny, marzenia znów sprzed lat.Tylko życie mknie do przodu,czuć na karku wiosen bat. Zbysiu – oddany mąż Grażynki, wspaniały tatuś trzech córek: Eli, Ewy i Emilii, dziadek Adama, Mateusza, Igi i Oliwii… Pogodny, uśmiechnięty, pozytywnie nastawiony do życia. Całe swoje życie żył intensywnie, wszędzie go było pełno. Złota rączka - w wolnych chwilach zamykał się w piwnicy i rzeźbił. Pracownia była jego azylem, sztuka terapią… Czasami siadał przy biurku z kartkami papieru i pisał wiersze – o wrażliwości na świat i urokach codzienności… Zbyszek wie, że trzeba doceniać każdy dzień, bo życie jest piękne, ale też ulotne jak promyk słońca, kruche jak porcelana. Jego od kilku lat brutalnie próbuje zakończyć nowotwór. Nic nas chyba nie zatrzyma,gdy do przodu trzeba iść,lecz nadchodzi w życiu zima,więdnie wtedy życia liść. Guz mózgu, dwa zwykłe słowa, a w nich zaklęty strach, dławiący gardło, mrożący krew w żyłach… Słowa, które oznaczają jedno – umieranie. Zbyszek zna te słowa dobrze, zbyt dobrze… Kilka lat temu usłyszała je jego siostra. Zmarła po wyniszczającej walce z glejakiem. Zbyszek bardzo przeżył jej stratę. Nie wiedział, że śmierć nie odpuści jego rodzinie, że wkrótce upomni się również o niego. Będzie koniec twojej drogi,innych droga wije w dal.Dla nich szlak i życia progi,a dla ciebie smutek żal. Zaczęło się niewinnie, od krótkich momentów chwilowego odpłynięcia… Dziś wie, że były to ataki padaczki. Zbyszkowi wydawało się też, że czuje nieprzyjemny zapach… Omamy smakowo-węchowe to jeden z pierwszych objawów glejaka. Glejak to jeden z najniebezpieczniejszych, najbardziej śmiertelnych nowotworów… Bardzo się rozrasta, często wraca, szybko zabija. W walce z nim liczy się każdy dzień. - Moment diagnozy podzielił życie naszej rodziny na pół – opowiada Ewa, córka Zbyszka, która wraz z całą rodziną walczy o życie taty. - To był maj 2012 roku. W takich chwilach przewartościuje się wszystko. Zniknęła beztroska, pojawiły rozpacz i strach… Operacja, a razem z nią niepewność, czy się uda, czy tata przeżyje, czy po operacji będzie w pełni sprawny? Tamtą walkę wygraliśmy, mimo, że nie udało się wyciąć całego guza. Tata dostał 6 lat życia w prezencie. Żył pełnią sił, realizując swoje małe i duże marzenia. Spełniał się jako mąż, tata, dziadziuś…  Byliśmy bardzo szczęśliwi. Żyliśmy nadzieją, że tak będzie zawsze. I wspomnienia jakie piękne,obraz buntu dziki maj.Choć przeżyte są zamknięte,w myślach twoich niby raj. Tak było aż do października 2017 roku. Nowotwór powrócił. Rutynowe badanie rezonansu magnetycznego wykazało nowy guz tuż obok poprzedniego. Tym razem jest w miejscu niedostępnym dla lekarzy. Glejak jest guzem naciekającym na zdrowe komórki, niedającym granicy, by móc go bezpiecznie usunąć… Operacja jest obarczona ogromnym ryzykiem… Zbyszek zostałby w niej wybudzony, musiałby rozmawiać z psychiatrą, podczas gdy lekarze stopniowo usuwaliby guz… Guz jest śmiertelnie niebezpieczny, ale śmiertelnie niebezpieczna jest też sama operacja. Zbyszek może umrzeć na operacyjnym stole. Może też ją przeżyć, ale jako roślinka… Przestać ruszać się, mówić, widzieć, rozumieć. Zbyszek poznał 3 osoby, poddane takim operacjom. Każda z nich jest przykuta do łóżka. Doszło do trwałego uszkodzenia mózgu. Nie ma z nimi kontaktu.   - Tata zdecydował się na radioterapię – opowiada Ewa. Guz jednak wciąż jest w jego głowie i zagraża życiu. Próbujemy leczenia wspierającego – olejów CBD i suplementów, wzmacniających organizm, żeby tatuś miał siły do dalszej walki. Dobra wiadomość to taka, że to działa! Rezonans wykazał zmniejszenie guza o 7 milimetrów. Zniknęły też ataki padaczki! Wcześniej były tak silne, że tata mdlał… W jednej chwili rozmawiał z nami, w drugiej robił się biały jak papier, tracił kontakt, a potem świadomość… Zła wiadomość to niestety taka, że to za wszystko musimy płacić sami. Życie najbliższego nam człowieka wyznaczono na kilka tysięcy miesięcznie. Bez Ciebie nie damy rady go uratować! Przywołujesz piękne chwile,Nie żal ci minionych dni.W życiu miałeś szczęścia tyle,I miłości nie żal ci… Tata jest sprawny i w pełni świadomy tego, co się z nim dzieje. Niestety pogorszył mu się wzrok, więc już nie rzeźbi… Wciąż pisze. I walczy o to, by nadal być mężem, tatą, dziadkiem… O to, by żyć. Podziwiam jego wolę życia, determinację i siłę. Dlatego w imieniu swoim, mojej mamy, mojego rodzeństwa i naszych dzieci, błagam o pomoc! Nie wyobrażam sobie, że mogłoby go nie być… --- * "Wspomnienia", wiersz Zbyszka

9 148,01 zł ( 16,34% )
Brakuje: 46 819,99 zł

Obserwuj ważne zbiórki