Twoja przeglądarka jest nieaktualna i niektóre funkcje strony mogą nie działać prawidłowo.

Zalecamy aktualizację przeglądarki do najnowszej wersji.

W portalu siepomaga.pl wykorzystujemy pliki cookies oraz podobne technologie (własne oraz podmiotów trzecich) w celu, m.in. prawidłowego jego działania, analizy ruchu w portalu, dopasowania apeli o zbiórkach lub Fundacji do Twoich preferencji. Czytaj więcej Szczegółowe zasady wykorzystywania cookies i ich rodzaje opisaliśmy szczegółowo w naszej Polityce prywatności .

Możesz w każdej chwili określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w ustawieniach swojej przeglądarki internetowej.

Jeśli kontynuujesz korzystanie z portalu siepomaga.pl (np. przewijasz stronę portalu, zamykasz komunikat, klikasz na elementy na stronie znajdujące się poza komunikatem), bez zmiany ustawień swojej przeglądarki w zakresie prywatności, uznajemy to za Twoją zgodę na wykorzystywanie plików cookies i podobnych technologii przez nas i współpracujące z nami podmioty. Zgodę możesz cofnąć w dowolnym momencie poprzez zmianę ustawień swojej przeglądarki.

Lokalizacja

  • Cała Polska
  • dolnośląskie
  • kujawsko-pomorskie
  • lubelskie
  • lubuskie
  • łódzkie
  • małopolskie
  • mazowieckie
  • opolskie
  • podkarpackie
  • podlaskie
  • pomorskie
  • śląskie
  • świętokrzyskie
  • warmińsko-mazurskie
  • wielkopolskie
  • zachodniopomorskie
Magdalena Swat
23:01:48  do końca
Magdalena Swat , 43 lata

Nie chcę być własnością raka

Każdy chce pokonać raka. Leczenie onkologiczne podszyte jest brutalną statystyką. To nieracjonalne, ale kiedy ci oznajmiają, że masz 20% szans na przeżycie 6 miesięcy, włącza się matematyka i uświadamiasz sobie, że to jak jeden do pięciu. Aby żyć, muszę przeżyć czworo z 5-ciu obecnych w mojej szpitalnej komnacie…   Mam na imię Magda, mam 34 lata. Półtora roku temu nawiązałam trudną znajomość z rakiem trzustki. O profilaktyce, która ratuje życie, słyszymy wszędzie. W telewizji, prasie, na bilbordach. Jednych to przekonuje, inni nie zwracają uwagi, „bo ich ten problem nie dotyczy”. Od lat starałam się każdego roku pojawiać się na okresowych badaniach. Wpisane w kalendarzu stawały się cząstką zaplanowanego dnia. Nie przygotowywałam się do nich specjalnie, ani nie oczekiwałam spektakularnych wywodów na temat mojego stanu zdrowia. Od lat wszystkie wyniki były w normie, a lekarze takich właśnie pacjentów sobie życzyli. Do czasu, kiedy w sierpniu 2013 roku badanie USG jamy brzusznej zaczęło się dziwnie wydłużać. „Coś mi się tu nie podoba. Należy wykonać specjalistyczne badania” – odrzekł lekarz. Nie bardzo rozumiałam, co lekarz miał na myśli, jednak posłusznie udałam się na kolejne badania. Nie spodziewałam się, że niewiele znacząca profilaktyczna wizyta rozpoczęła rozdział walki z najbardziej nieokrzesanym przeciwnikiem.  "Załamałam się, ale na moment". - wspomina Magda. Profilaktyczne badania w pewnym sensie uratowały mi życie. Życie zapoczątkowane lawiną dotąd nieznanych dla mnie wydarzeń. Badanie za badaniem, konsultacje i kolejne oddziały szpitalne. Natychmiastowa operacja chirurgiczna. 14-centymetrowy guz zlokalizowany w trzustce został usunięty. Chemia i wszystkie nieprzyjemności z nią związane. Dla dorosłego, w pełni świadomego człowieka, nie to jest najgorsze. Jeśli ma pomóc – zaciśnie zęby i przetrwa, ale co dalej. Leczenie zakończone, jednak szpitala nie opuściłam z rozpoznaniem „Brak komórek nowotworowych – zdrowa”, a z najboleśniejszą wiadomością „Pozostało Pani 6 miesięcy”. Z osoby zawsze skromnej i cichej, której nie sposób odnaleźć w tłumie, zamiast załamać się najgorszą wiadomością, jaką może otrzymać pacjent onkologiczny, zaczęłam głośno błagać o ratunek. Nie chciałam stać się własnością choroby, która robi z moim ciałem co chce. Nie chciałam być kukiełką sterowaną przez komórki nowotworowe, które w każdej chwili mogą zakończyć moje życie. Odnalazłam klinikę u naszych zachodnich sąsiadów, pod której opieką jestem prawie od samego początku leczenia. Terapia regulująca układ immunologiczny, która ma uchronić mój organizm przed wznową i przerzutami do innych organów. Rak trzustki najpierw odbiera fragment trzustki, żeby sobie spróbować człowieka, a jak mu posmakuje, odbiera całą resztę. By zepsuć mu smak mojego ciała, jedynym sposobem było podanie specjalistycznych zastrzyków jednocześnie ze szczepionkami. Na 3 dawki udało nam się wspólnymi siłami uzbierać środki. By smak zepsuć, bezpowrotnie konieczne jest podanie całej serii 6 szczepień. Niestety, dalsze leczenie ze względu na brak środków finansowych zostało wstrzymane.    Zapytasz: „Jak to jest umierać, a jednak nie umrzeć?”. Nie dopuszczam do tego, by stać się własnością choroby. Nie mówię: jestem Magda i mam raka. Wróciłam na studia, by robić to, co najbardziej kocham. Cieszę się każdym dniem i walczę o zebranie środków, dzięki którym uwolnię się ze szponów choroby. Ona nie boli, ale podstępnie atakuję. Snuję podstępną intrygę, dzięki której wyrwę się z objęć raka. W tej nierównej walce pomóc możesz i Ty. Zrób profilaktyczne badania, uchroń się przed chorobą i pomóż mi wykupić się z własności choroby. Magda ––––––––––––––––––  Zbiórka w prasie: portal.abczdrowie.plpolki.pl/magazyn bydgoszcz.naszemiastokobieta.wp.pl

646 620,00 zł ( 96,68% )
Brakuje: 22 174,00 zł
Zbigniew Brydniak
23:01:48  do końca
Zbigniew Brydniak , 72 lata

Zbyszku, to nie pora umierać! Guz mózgu to nie wyrok - walcz!

Zawsze chciałem być kochany,miałem wtedy kilka lat.Teraz jestem siwy, starszy,wciąż marzenia z tamtych lat... Było piękno życia z rodziną, dziś jest oddział onkologii; miesiące odliczane nie tylko datami urodzin dzieci i wnuków, ale kolejnych cykli radioterapii… Była radość z życia, dziś oprócz niej jest przeraźliwy strach, czy to życie będzie trwać? Czy nowotwór wygra? Wszystko wraca jak bumerang,sny, marzenia znów sprzed lat.Tylko życie mknie do przodu,czuć na karku wiosen bat. Zbysiu – oddany mąż Grażynki, wspaniały tatuś trzech córek: Eli, Ewy i Emilii, dziadek Adama, Mateusza, Igi i Oliwii… Pogodny, uśmiechnięty, pozytywnie nastawiony do życia. Całe swoje życie żył intensywnie, wszędzie go było pełno. Złota rączka - w wolnych chwilach zamykał się w piwnicy i rzeźbił. Pracownia była jego azylem, sztuka terapią… Czasami siadał przy biurku z kartkami papieru i pisał wiersze – o wrażliwości na świat i urokach codzienności… Zbyszek wie, że trzeba doceniać każdy dzień, bo życie jest piękne, ale też ulotne jak promyk słońca, kruche jak porcelana. Jego od kilku lat brutalnie próbuje zakończyć nowotwór. Nic nas chyba nie zatrzyma,gdy do przodu trzeba iść,lecz nadchodzi w życiu zima,więdnie wtedy życia liść. Guz mózgu, dwa zwykłe słowa, a w nich zaklęty strach, dławiący gardło, mrożący krew w żyłach… Słowa, które oznaczają jedno – umieranie. Zbyszek zna te słowa dobrze, zbyt dobrze… Kilka lat temu usłyszała je jego siostra. Zmarła po wyniszczającej walce z glejakiem. Zbyszek bardzo przeżył jej stratę. Nie wiedział, że śmierć nie odpuści jego rodzinie, że wkrótce upomni się również o niego. Będzie koniec twojej drogi,innych droga wije w dal.Dla nich szlak i życia progi,a dla ciebie smutek żal. Zaczęło się niewinnie, od krótkich momentów chwilowego odpłynięcia… Dziś wie, że były to ataki padaczki. Zbyszkowi wydawało się też, że czuje nieprzyjemny zapach… Omamy smakowo-węchowe to jeden z pierwszych objawów glejaka. Glejak to jeden z najniebezpieczniejszych, najbardziej śmiertelnych nowotworów… Bardzo się rozrasta, często wraca, szybko zabija. W walce z nim liczy się każdy dzień. - Moment diagnozy podzielił życie naszej rodziny na pół – opowiada Ewa, córka Zbyszka, która wraz z całą rodziną walczy o życie taty. - To był maj 2012 roku. W takich chwilach przewartościuje się wszystko. Zniknęła beztroska, pojawiły rozpacz i strach… Operacja, a razem z nią niepewność, czy się uda, czy tata przeżyje, czy po operacji będzie w pełni sprawny? Tamtą walkę wygraliśmy, mimo, że nie udało się wyciąć całego guza. Tata dostał 6 lat życia w prezencie. Żył pełnią sił, realizując swoje małe i duże marzenia. Spełniał się jako mąż, tata, dziadziuś…  Byliśmy bardzo szczęśliwi. Żyliśmy nadzieją, że tak będzie zawsze. I wspomnienia jakie piękne,obraz buntu dziki maj.Choć przeżyte są zamknięte,w myślach twoich niby raj. Tak było aż do października 2017 roku. Nowotwór powrócił. Rutynowe badanie rezonansu magnetycznego wykazało nowy guz tuż obok poprzedniego. Tym razem jest w miejscu niedostępnym dla lekarzy. Glejak jest guzem naciekającym na zdrowe komórki, niedającym granicy, by móc go bezpiecznie usunąć… Operacja jest obarczona ogromnym ryzykiem… Zbyszek zostałby w niej wybudzony, musiałby rozmawiać z psychiatrą, podczas gdy lekarze stopniowo usuwaliby guz… Guz jest śmiertelnie niebezpieczny, ale śmiertelnie niebezpieczna jest też sama operacja. Zbyszek może umrzeć na operacyjnym stole. Może też ją przeżyć, ale jako roślinka… Przestać ruszać się, mówić, widzieć, rozumieć. Zbyszek poznał 3 osoby, poddane takim operacjom. Każda z nich jest przykuta do łóżka. Doszło do trwałego uszkodzenia mózgu. Nie ma z nimi kontaktu.   - Tata zdecydował się na radioterapię – opowiada Ewa. Guz jednak wciąż jest w jego głowie i zagraża życiu. Próbujemy leczenia wspierającego – olejów CBD i suplementów, wzmacniających organizm, żeby tatuś miał siły do dalszej walki. Dobra wiadomość to taka, że to działa! Rezonans wykazał zmniejszenie guza o 7 milimetrów. Zniknęły też ataki padaczki! Wcześniej były tak silne, że tata mdlał… W jednej chwili rozmawiał z nami, w drugiej robił się biały jak papier, tracił kontakt, a potem świadomość… Zła wiadomość to niestety taka, że to za wszystko musimy płacić sami. Życie najbliższego nam człowieka wyznaczono na kilka tysięcy miesięcznie. Bez Ciebie nie damy rady go uratować! Przywołujesz piękne chwile,Nie żal ci minionych dni.W życiu miałeś szczęścia tyle,I miłości nie żal ci… Tata jest sprawny i w pełni świadomy tego, co się z nim dzieje. Niestety pogorszył mu się wzrok, więc już nie rzeźbi… Wciąż pisze. I walczy o to, by nadal być mężem, tatą, dziadkiem… O to, by żyć. Podziwiam jego wolę życia, determinację i siłę. Dlatego w imieniu swoim, mojej mamy, mojego rodzeństwa i naszych dzieci, błagam o pomoc! Nie wyobrażam sobie, że mogłoby go nie być… --- * "Wspomnienia", wiersz Zbyszka

9 168,01 zł ( 16,38% )
Brakuje: 46 799,99 zł
Tetiana Tiupka
Pilne!
23:01:48  do końca
Tetiana Tiupka , 43 lata

Pragnę żyć, dlatego błagam Was – schrońcie mnie przed rakiem!

Mam na imię Tetiana. Bardzo kocham swoją rodzinę – mojego troskliwego męża i naszą piękną córeczkę. Nigdy, w ciągu 19 lat naszego wspólnego, szczęśliwego życia, nie rozstawaliśmy się na dłużej niż dwa dni. Wszystko się zmieniło, gdy do naszej rodziny zakradło się nieszczęście – moja diagnoza: rak piersi z przerzutami do wątroby, 4 stadium. Takich historii jest wiele, ale każda z nich to dramat całej rodziny.  Leczę się od czterech długich miesięcy, bardzo daleko od swojego ukochanego męża, a przede mną jeszcze rok leczenia. Mąż jest zmuszony ciężko pracować, abym miała szansę na leczenie, ale pieniędzy wciąż brakuje. Nasza córka jest ze mną, bardzo mi pomaga i mnie wspiera. Przeszłam już cztery chemioterapię, osłabłam, straciłam włosy, ale nie stracę wiary w to, że uda się wstawić moje życie na właściwe tory. Marzę, żeby moja rodzina jak najszybciej znowu była w komplecie, abyśmy mogli cieszyć się życiem i każdym przeżytym dniem. Moje marzenie nigdy się nie spełni bez wyjątkowo drogiego leczenia w Polsce, za które muszę zapłacić fortunę. Ile warte jest życie człowieka i dlaczego trzeba je przeliczyć na pieniądze? To pytanie pozostanie bez odpowiedzi. Nigdy nie sądziłam, że teraz, kiedy byłam w pełni sił, przyjdzie mi zmierzyć się z tak ciężką chorobą. Nowotwór nie tylko próbuje zabić, on również weryfikuje system wartości, ustawia życiowe priorytety, a przede wszystkim uczy pokory. W jednej chwili człowiek, który czuje się silny i samowystarczalny, leży w szpitalu, patrząc na kroplówkę, od której w tej chwili zależy wszystko.  Przede mną jeszcze rok specjalistycznego leczenia, a każda kropla chemii i leków, to kolejne złotówki, które trzeba zapłacić. W moim kraju nie mam żadnych szans, dlatego proszę Was o to, bym mogła pozostać z rodziną, bym mogła jeszcze żyć...  Badania wykazują, że leczenie przebiega dobrze, zmiany się zmniejszają. Marzę, żeby moja rodzina jak najszybciej znowu była w komplecie, abyśmy mogli cieszyć się życiem i każdym przeżytym dniem. Błagam o pomoc, bo sami nie możemy sobie poradzić.

19 909,08 zł ( 9,83% )
Brakuje: 182 571,92 zł
Magdalena Sajewska
Pilne!
23:01:47  do końca
Magdalena Sajewska , 37 lat

Mam 37 lat i śmiertelną chorobę❗️Pomóż mi - nie chcę umierać!

Magda miała tylko 28 lat, gdy przyszła po nią śmierć… Podstępna, bezlitosna choroba odebrała jej siły, rzuciła na wózek inwalidzki… Teraz chce ukraść też oddech! Walczymy o nią – nie oddamy jej śmierci! Życie Magdy jest już tylko w naszych rękach! Jeszcze niedawno biegała na własnych nogach… Godzina przed pracą, godzina po pracy. Kochała sport. Zimą zarażała innych miłością do śnieżnego szaleństwa, pracując jako instruktorka snowboardu. Latem żeglowała i pływała. Dziś ta młoda, aktywna dziewczyna ze zdjęć jest tylko wspomnieniem. Magda porusza się na wózku inwalidzkim, ma założoną rurkę tracheotomijną, sama nie jest w stanie jeść… Nie przełknie, nie podniesie ręką bułki z talerza. Karmiona jest przez sondę. Stwardnienie zanikowe boczne, SLA – 3 litery, za którymi czai się śmierć, które powoli, dzień po dniu, odbierają sprawność i funkcje życiowe. Czynią chorego więźniem klatki własnego ciała. To podstępna, śmiertelna choroba. Osłabia mięśnie odpowiedzialne za ruch, za mówienie, połykanie. Potem zabiera oddech, nieubłaganie prowadząc do śmierci Mama Magdy błaga o Twoją pomoc: Wszystko zaczęło się wiosną 2013 roku. Z dnia na dzień Madzi zaczęły słabnąć ręce. Ćwiczenia, wymagające ich użycia, stały się dla niej nie do zrobienia. Trudno było jej się ubrać, umyć, jeść… Magda szybko zgłosiła się do szpitala z nadzieją, że uzyska pomoc. W szpitalu spędziła 2 tygodnie. Czekała na diagnozę, nie spodziewając się jednak, że usłyszy wyrok… Człowiek modlił się, by nie było to stwardnienie rozsiane, tymczasem okazało się, że to coś wiele gorszego. SLA to choroba neurodegeneracyjna. Najprościej mówiąc - organizm niszczy sam siebie. Dochodzi do porażenia neuronów ruchowych, zaniku mięśni i niedowładu różnych części ciała…  Najczęściej atakuje mężczyzn, ludzi po 50. roku życia… Przyczyna tej choroby jest nieznana. Nikt nie wie, dlaczego zaatakowała Magdę, która całe życie dbała o siebie, o kondycję i zdrowie… Po rękach posłuszeństwa odmówiły nogi. Madzia usiadła na wózku. Potem przestała mówić. Przestała jeść. Nie życzę nikomu, najgorszemu wrogowi, tej rozpaczy, bezsilności, gdy widzi się, jak dziecko znika… Jak ma coraz mniej sił. W kwietniu było już tak źle, że Magda umierała. Zatkała jej się rurka tracheotomijna, doszło do załamania oddechowego. Były to najgorsze chwile od czasu diagnozy. W Polsce nikt nie dawał już nadziei. W maju karetka zabrała Magdę do Niemiec. W klinice w Berlinie stosuje się nowoczesną terapię autoimmunologiczną. Ma zapobiec temu, że organizm niszczy sam siebie. Magda dostała dożylną kroplówkę, specjalnie dla niej dobrane leki i suplementy. Wiedzieliśmy, że to jedyna i ostatnia szansa. Leczenie w Niemczech uratowało Magdzie życie. Baliśmy się marzyć o cudzie, ale on nastąpił! Pierwsze efekty już są, a razem z częścią odzyskanej sprawności wróciło coś jeszcze – nadzieja! Nadzieja, że możemy zatrzymać chorobę i Magda znów będzie sprawna. Córka zaczęła stawać na nogi! Podtrzymywana, potrafi ustać nawet przez godzinę… Lepiej trzyma głowę, odbudowują się mięśnie szyi i ramion. Jej ręce mają silniejszy uścisk, wcześniej leżały bezwładnie! Znów działają mięśnie twarzy, wcześniej Magda nie mogła nawet otworzyć ust! Co najważniejsze, Madzia jest w dużo lepszej formie psychicznej. Znów się śmieje, znów wierzy, że będzie dobrze… Rozmawiam z nią, a ona mi odpowiada, wodząc oczami po literach na komputerze. Znów ma ten błysk w oku… Tego choroba nigdy jej nie odbierze! Do tej pory wszystkie koszty, związane z leczeniem Madzi, ponosiliśmy sami – my, rodzina. Niestety, dłużej nie damy rady… Miesiąc leczenia to 56 tysięcy złotych… Do tego rehabilitacja. Niewyobrażalne pieniądze. Innego sposobu, by ratować życie Magdy, jednak jej nie ma! Proszę, pomóż mojej Magdzie. Przed nią jeszcze całe życie. Choroba nie może tego zniszczyć!

155 225,81 zł ( 21,26% )
Brakuje: 574 763,19 zł
Hubert Lesiak
23:01:47  do końca
Hubert Lesiak , 17 lat

Żyć na przekór wszystkiemu - Hubcio nadal walczy!

Historia naszego dziecka jest gotowym scenariuszem na film. Kiedyś mówili, że Hubcio będzie jak roślinka, że nic nie rozumie, nie słyszy, tylko egzystuje. Po latach okazało się, że to była pomyłka! Od tego czasu walczymy o to, by Hubcio przedostał się do naszego świata. Idzie nam coraz lepiej, także dzięki Wam! Walka jednak trwa, pochłania mnóstwo środków, dlatego bardzo prosimy o pomoc... Hubcio ma już 15 lat i od urodzenia zmaga się z Mózgowym Porażeniem Dziecięcym. Dzięki rehabilitacji i wszechstronnych terapii nasz synek jest w świetnym stanie fizycznym. Jest chłopcem poruszającym się samodzielnie w mieszkaniu. Niestety na zewnątrz nadal wymaga wózka. Czterokończynowe porażenie ogranicza go mimo wszystko. Hubert nie mówi, ale komunikuje się niewerbalnie. Pokaże wszystko, co chce. A my chcielibyśmy, by świat go rozumiał... Hubcio jest po trzech seriach przeszczepów komórek macierzystych. Dzięki tej metodzie udało nam się uzyskać bardzo dużo. Żeby komórki pracowały, Hubert musi być intensywne i wszechstronnie rehabilitowany. Największą intensywność oferują turnusy rehabilitacyjne. Możemy jeszcze dużo osiągnąć z Hubciem i pragniemy tego z całego serca! Musimy przygotować go do życia bez nas, dlatego bardzo prosimy o pomoc. Poznajcie historię Hubcia: O tym, że nasz synek wcale nie jest “roślinką”, dowiedzieliśmy się dopiero po 8 latach. Po 8 długich latach życia, podczas których wmawiano nam, że Hubert tylko egzystuje. A on tak bardzo chciał żyć! Pewnego dnia pokazał nam, że umie czytać, że wszystko rozumie, tylko jego zdrowy umysł zamknięty jest w chorym ciele! Zupełnie jak w filmie “Chce się żyć” - gdy patrzymy na nasze życie, to jakbyśmy czytali scenariusz filmu. Urodził się zdrowy, nic nie zapowiadało najgorszego… Przez pięć dni cieszyliśmy się zdrowym, pięknym bobaskiem. Potem stało się coś strasznego. Zapalenie płuc, zakażenie gronkowcem — nagle życie Huberta było śmiertelnie zagrożone! Następne tygodnie były już tylko koszmarem… Niewiele nam mówiły diagnozy: padaczka, uszkodzony układ nerwowy, niedotlenienie, upośledzenie psychoruchowe. To były słowa niezrozumiałe, nie wiedzieliśmy, co za tym idzie… Od 15 lat dążymy do tego, aby nasz syn był sprawy, żeby jego życie nie było zależne od kogoś. Hubert często nas zaskakuje sposobem, w jaki pokazuje nam, że czegoś chce. Dziś już potrafi sam zdjąć buty, jeśli w szklance jest słomka — to się sam napije. Ale nie powie, co go boli, nie zje sam obiadu, nie ubierze się. Tych „nie…” jest znacznie więcej. Diagnoza Mózgowe Porażenie Dziecięce Czterokończynowe, spastyczne zwaliła nas z nóg. Wielu go przekreślało, a on na przekór wszystkiemu i wszystkim wspinał się na swój Mount Everest, bardzo skrupulatnie ucząc się samodzielności i komunikacji. Przez pierwsze trzy lata życia nie obdarzył nas nawet jednym świadomym spojrzeniem… Padaczka przyszła niespodziewanie, bez zapowiedzi, nieproszona. Ogromna ilość napadów powodowała spustoszenie w głowie Huberta. Po pierwszej serii terapii komórkami macierzystymi wszystkie ataki ustąpiły! Nadal obawiamy się powrotu padaczki, zwłaszcza że Hubert jest w wieku dojrzewania – to dla niego bardzo niebezpieczny czas… Nie poddajemy się jednak cały czas walczymy o naszego syna, bo stawka jest najwyższa! W dzisiejszych czasach jest tak dużo możliwości... Ale to wszystko kosztuje! Który rodzic, wiedząc, że jest szansa na ratunek, nie będzie chciał spróbować wszystkiego? Dziś już Hubert jest nastolatkiem, który kompletnie nie przypomina swoich zdrowych rówieśników. Od kilku lat myślimy już o czasie, kiedy nas zabraknie. Jak to będzie? Kto się nim zajmie? Kto podoła wyzwaniom, które są „w pakiecie” z niepełnosprawnością Huberta? Czyja psychika wytrzyma ten stres? Dlatego im bardziej Hubert będzie samodzielny, tym mniej opieki będzie potrzebował. Już nie raz słyszeliśmy, że Hubcio nie będzie chodził. A jednak! Miał leżeć — a ciężko go utrzymać w miejscu. Zatem dlaczego miałby nie mówić? Dlaczego miałby nie być samodzielny? Póki żyjemy i sił nam starczy, będziemy walczyć o każdą najmniejszą poprawę jego życia. Będziemy burzyć mury, przemierzać oceany, wspinać się na szczyty! Jeśli tylko nam pomożecie, mamy szansę, Hubcio ma szansę! Bardzo prosimy o pomoc…  Rodzice ➡️ Licytacje dla Huberta – Hubert i przyjaciele❤ ➡️ Strona na FB: Pomóż Hubertowi w walce o lepsze jutro

174 515,00 zł ( 70,62% )
Brakuje: 72 587,00 zł
Piotr Popławski
23:01:47  do końca
Piotr Popławski , 4 latka

Dramatyczny start w życie - Piotruś czeka na pomoc!

Nasz synek nie ma jeszcze dwóch lat, a przeszedł więcej, niż niejeden dorosły. Gdy się urodził, nikomu nawet do głowy nie przyszło, z czym przyjdzie nam się mierzyć… Piotruś był zdrowym, silnym chłopcem, ciąża przebiegała prawidłowo. Nasze szczęście trwało tydzień. Po tym czasie na klatce piersiowej naszego synka wyrósł guz. Wtedy zaczęło się piekło... Od razu dostaliśmy skierowanie do szpitala. Piotruś trafił na oddział onkologii z podejrzeniem guza tkanki miękkiej z przerzutami na kości. Byliśmy przerażeni, nie mogliśmy w to uwierzyć… Przecież nasz synek dopiero przyszedł na świat, nie zdążyliśmy się jeszcze sobą nacieszyć. Jak to możliwe, że w tym maleńkim organizmie rozwinął się tak szybko guz? Mogliśmy tylko czekać… Gdy Piotruś miał 3 tygodnie, trafił na stół operacyjny. Lekarze wycięli guza razem z 5 i 6 żebrem. Potem w ranę pooperacyjną wdało się zakażenie… Kolejne dwa miesiące to była walka z infekcją. Nasz synek pierwsze tygodnie swojego życia spędził w szpitalnych, czując wkłucia kroplówek, zapach środków do dezynfekcji… Ciepły dom, własne łóżeczko było już tylko w trefie marzeń… Badania wykazały, że nasz synek jest nosicielem gronkowca złośliwego. Tak wiele złych wiadomości, tak wiele strachu… W tym wszystkim iskierka nadziei - przyszły wyniki, które potwierdziły, że guz nie jest nowotworem, lecz guzem zapalnym z naciekiem. Mieliśmy nadzieję, że najgorsze za nami. Niestety… Wciąż dochodziły nowe diagnozy, nowe ciosy, które zadawał nam los na ringu walki o życie i zdrowie Piotrusia: zaburzenie odporności, zmiany na płucach, zrosty, włókniste guzki, astma oskrzelowa, pooperacyjne zapalenie osierdzia serca, bladsza tarcz nerwu wzrokowego, torbiel pajęczynkowa, zespół piramidowy prawostronny, skolioza wtórna oraz garb żebrowy. Dziś wiemy także, że Piotrek ma opóźnienie psychoruchowe, lekarze podejrzewają też refluks. Nasz synek jest dla nas najważniejszy, kochamy go bardzo i robimy wszystko, by ten trudny start w życie miał jak najmniejsze konsekwencje w przyszłości. Piotruś musi być pod kontrolą wielu specjalistów: chirurga dziecięcego, immunologa, pulmonologa, neurologa, neurochirurga, kardiologa, okulisty, gastrologa, poradni rehabilitacyjnej, poradni psychologiczno-pedagogicznej… Mało ma to wspólnego z beztroskim dzieciństwem, które i tak - w ramach możliwości - staramy się zapewniać synkowi. Niestety, sen z powiek spędzają nam koszty leczenia, rehabilitacji i specjalistycznego sprzętu. Piotruś potrzebuje gorsetu do leczenia skoliozy u dzieci, bo przez ubytek żeber postępuje skolioza oraz garb żebrowy. Musi być intensywnie rehabilitowany, ale to, co oferuje NFZ, jest zaledwie kroplą w morzu potrzeb. Dlatego bardzo prosimy o pomoc… Z każdym miesiącem dochodzi coraz więcej schorzeń, z którymi walczymy, jednak ta walka jest bardzo droga. Z całego serca dziękujemy za każdy gest dobroci dla Piotrusia. Rodzice _________________➡️ Pomóż Piotrusiowi, biorąc udział w licytacjach: Licytacja dla Piotrusia

46 868,36 zł
Kacper Kośmider
23:01:47  do końca
Kacper Kośmider , 22 lata

Kacper nie może pogodzić się z amputacją ręki. Prosimy, pomóż!

„Sympatię ludzi on ma, na pewno pomogą” – mówi każdy, kto zna Kacpra. Jego znajomi bez wyjątku mówią, że zawsze był chętny do pomocy i jeśli trzeba było coś zrobić, pomóc – był pierwszy, bez odkładania na później, na jutro. Niektórzy mówią, że ten wypadek to dlatego właśnie, że Kacper był zbyt pracowity… Tamtego dnia razem z bratem pomagał tacie przy zdejmowaniu pokrycia dachu. To wtedy doszło do wypadku, w którym obie ręce Kacpra zostały zmiażdżone. Prawą trzeba było amputować. Lewą uratowano, ale do tej pory jest w bardzo złym stanie. Jedyną szansą dla Kacpra na odzyskanie samodzielności jest specjalistyczna proteza. Niestety – bardzo droga... Od razu po wypadku Kacper trafił do szpitala! W wyniku doznanego urazu zmiażdżeniowego konieczna była amputacja prawej ręki powyżej łokcia. Podczas wypadku zostało też zmiażdżone lewe przedramię. Ponad dwa miesiące lekarze walczyli o lewą rękę – o to by zachować ją, mimo że konieczne było usunięcie z niej zmiażdżonej kości. Obecnie Kacper jest pod opieką specjalistów z Poznania, którzy wszczepili mu implant kości w lewe przedramię, ale implant musi zarosnąć tkankami, aby mogli w dalszej kolejności przeprowadzić kolejne operacje rekonstrukcyjne mające na celu przywrócenie ręce pewnej funkcjonalności. Niestety nie wszystko da się w 100% naprawić, wyleczyć. Ile to potrwa – miesiące, lata? Niedługo minie rok, odkąd Kacper funkcjonuje bez rąk. Dla pracowitej osoby z wieloma planami i marzeniami, która zawsze coś robiła, to bardzo frustrujące…  Przed wypadkiem Kacper uczył się w szkole samochodowej. Od dziecka interesowały go samochody i wyścigi. Skończył szkołę, ale do egzaminu nie miał szans podejść. Wypadek przekreślił wszystko. Amputowana ręka to coś, z czym Kacper nie może się pogodzić. Na samym progu dorosłości wypadek zabrał mu sprawność, a co za tym idzie samodzielność... TVP Bydgoszcz o historii Kacpra: “Wydawało się nam, że jeśli się mocno postaramy, damy radę sami uzbierać środki na protezę prawej ręki. Jak to się mówi „siła w narodzie była wielka”. Niestety w październiku podczas konsultacji dowiedzieliśmy się, że koszt protezy będzie dużo większy, niż zakładaliśmy na początku. Dodatkowo potrzebujemy też pieniędzy na rehabilitację i dojazdy do szpitali. Nasza sytuacja jest bardzo ciężka… Bez wsparcia Kacper nie odzyska swojej sprawności, dlatego postanowiliśmy poprosić Was o pomoc.  Dlatego bardzo proszę, pomóżcie. Przed Kacprem jest jeszcze całe życie...". Rodzina i przyjaciele Kacpra

43 704,00 zł ( 9,64% )
Brakuje: 409 317,00 zł
Andrzej Kowalski
23:01:47  do końca
Andrzej Kowalski , 38 lat

Chcę być tatą, nie ciężarem! Pomóż mi stanąć na nogi i iść z synkiem na spacer...

Kiedy urodził się mój synek, pomyślałem tylko o jednym - zacząć chodzić szybciej od niego. Dzisiaj Mikołaj biega ile sił w nogach, a ja wciąż siedzę przykuty do wózka i nadal czekam na ten dzień, kiedy pójdziemy razem na spacer... To był styczeń. Na zewnątrz biało, wiatr i szczypiący w policzki mróz. Pogoda jak z koszmaru, ale byłem w dobrym nastroju. Właśnie wróciłem do domu z trasy. Od 10 lat byłem kierowcą ciężarówki. Kochałem takie życie, ale teraz, kiedy moja żona była w ciąży, tęskniłem za domem jak nigdy wcześniej. Zaczynałem rozumieć, jak ważna jest rodzina i jak cenna jest każda chwila spędzona z bliskimi, tymczasem przez większość czasu wystarczać musiały mi rozwieszone w kabinie zdjęcia i godziny rozmów przez telefon. Tak bardzo cieszyłem się, że znów spędzimy kilka dni razem. Kiedy wracałem do żony, w domu zawsze było coś do zrobienia. Nie inaczej było tym razem. Na dachu zalegał marznący, ciężki śnieg, a z rynien zwisały sople lodu. Na dodatek wiatr przestawił antenę telewizyjną. Ubrałem się ciepło i zabrałem do pracy. Ustawiłem antenę i zabrałem się za usuwanie śniegu. W pewnym momencie poczułem, że lecę w dół. Próbowałem się czegoś chwycić, ale nie zdążyłem. Wszystko działo się tak strasznie szybko... Wylądowałem w tej stercie śniegu, która przed chwilą zrzucałem z dachu. W pierwszym momencie nie czułem bólu. Walące niczym młot serce pompowało znieczulającą adrenalinę. Zakląłem i chciałem się podnieść, ale nie mogłem ruszyć ani ręką, ani nogą… Przerażony zacząłem wołać o pomoc. Z domu wybiegła żona, ale nie miała przecież siły na to, by mnie gdziekolwiek przenieść. Czuwała zatem przy mnie na tym mrozie, podczas dłużącego się oczekiwania na karetkę… Cały czas myślałem, że połamałem co najwyżej nogi. Nie dopuszczałem do siebie myśli, że mogło stać się coś gorszego. W szpitalu poddano mnie serii badań. Kiedy stanął przede mną lekarz, już z wyrazu jego twarzy mogłem wyczytać, że nie ma dobrych wieści. Spojrzał mi w oczy, a potem powiedział, że mam złamany kręgosłup i że trzeba mnie natychmiast operować. Chciałem wiedzieć tylko jedno - czy kiedykolwiek jeszcze stanę na nogi. Za odpowiedź wystarczyć miało mi milczenie... Byłem zdruzgotany. Nie potrafiłem sobie wyobrazić tego jak teraz będzie wyglądać moje życie. Przecież już za chwilę miałem zostać ojcem. W jaki sposób utrzymam rodzinę? Zawsze dawałem sobie ze wszystkim radę. Byłem z tego dumny, że nigdy nie musiałem prosić o pomoc, a teraz miałem stać się skazanym na opiekę innych kaleką. Czułem, że runął cały mój świat. Po dwóch tygodniach pobytu w szpitalu udało mi się wyjechać na 4 - miesięczny turnus rehabilitacyjny. Na nowo uczyłem się wszystkiego. Kiedy byłem zdrowy, nie zwracałem uwagi na to, że gdzieś nie ma podjazdu, albo windy. Teraz docierało do mnie, że nawet domofon może być zamontowany za wysoko. Cały świat wydawał się być inny i... wrogi. Po 2 dniach od powrotu do domu, żona urodziła pięknego, zdrowego chłopca. Miałem syna! Życie na nowo nabrało sensu. Miałem po co walczyć! Nie mogłem się poddać, bo przecież miałem stać się dla Mikołaja wzorem do naśladowania. Ćwiczyłem codziennie. Kiedy mały zaczynał raczkować, wracała mi siła w rękach. Mikołaj rozwijał się bardzo szybko, a ja nie chciałem zostać w tyle. Pracowałem każdego dnia i marzyłem tylko o jednym - by o własnych siłach wstać z wózka, zanim Mikołaj zacznie chodzić. Nie udało się... Dzisiaj mój synek jest już dużym chłopcem, który chodzi, biega, skacze... A mnie wciąż nie udało się wstać z wózka, choć lekarze mówią, że jestem na dobrej drodze. Podczas ćwiczeń, przy założonej ortezie, dam radę przejść kilka kroków o balkoniku. Wierzę, że dzięki ciężkiej pracy, już wkrótce będę mógł się samodzielnie poruszać. Kiedyś prowadziłem aktywny tryb życia - narty, rower, pływanie - tak bardzo chciałbym do tego wrócić. Kiedyś byłem niezależny finansowo - dzisiaj z moich oszczędności nie został nawet jeden grosz. Kiedyś nie śmiałbym prosić kogoś o pieniądze - dzisiaj nie mam wyboru... Nie stać mnie już na rehabilitacje, a przecież jestem tak blisko celu! Obiecałem Mikołajowi, że kiedyś pójdziemy na spacer. Bez Was nie będę w stanie dotrzymać słowa...

11 280,00 zł ( 36,24% )
Brakuje: 19 838,00 zł
Dariusz i Kacper Gruchała
Pilne!
23:01:47  do końca
Dariusz i Kacper Gruchała , 22 lata

Szansa na odzyskanie wzroku❗️Potrzeba 4,5 miliona złotych, by pomóc❗️

Czasami mówi się, że ktoś rzeczy niemożliwe wykonuje od ręki, a na cuda trzeba chwilę poczekać. My potrzebujemy obu na raz. I nie mamy czasu do stracenia. Dwójka moich dorosłych synów choruje na ślepotę Lebera - wrodzoną chorobę genetyczną, która odebrała im obojgu wzrok. Darek (starszy) potrafi rozróżnić dzień od nocy, Kacprowi (młodszy) zostało może 5% widzenia... Przez wiele lat myślałam, że zostali dożywotnio skazani na ciemność i mrok, ale właśnie pojawiło się, nomen omen, światełko w tunelu. Innowacyjna terapia genowa daje szansę na odzyskanie wzroku. Niestety, jest potwornie droga... Darek od początku źle widział, kierował wzrok jedynie w stronę światła. Pani doktor uspokajała jednak, mówiąc, że wkrótce z tego wyrośnie. Posłuchaliśmy jej i dzisiaj tego żałujemy. Po roku okazało się, że jest naprawdę źle i możemy ten czas uznać za stracony. Kiedy 2,5 roku później urodził się Kacper, człowiek siłą rzeczy był już o wiele bardziej wyczulony. Brutalna prawda dotarła do nas o wiele wcześniej i musieliśmy się zmierzyć z ekstremalnie trudnym wyzwaniem - wychowaniem dwójki niedowidzących dzieci. Mimo tych przeciwności Darek skończył liceum i dostał się na studia prawnicze (III rok), a Kacper zaczyna właśnie III klasę szkoły zawodowej o profilu kucharza dla osób niedowidzących. Musieliśmy się nauczyć innego życia - pełnego przeszkód, przeciwności i radzić sobie z nim najlepiej, jak tylko potrafimy. Darek obecnie studiuje zaocznie w Gdańsku. Na weekend zawożę go do akademika, gdzie na szczęście otrzymuje pomoc i wsparcie ze strony innych studentów. Posiada specjalne urządzenie, które “czyta” dla niego książki, a przecież na studiach prawniczych jest co czytać. Darek pokazuje całemu światu, że marzenia można spełniać nawet wtedy, kiedy w życiu jest totalnie pod górkę. Kacper ma w tej chwili może 5% wzroku. Darek jeszcze 4 lata temu miał 10% widzenia i nagle z dnia na dzień stracił wszystko. Wtedy też pojawiło się przypuszczenie, że dotychczasowe kierunki leczenia nie do końca były właściwe. W końcu trafiliśmy do kliniki genetycznej, która zleciła nam na Łotwie specjalistyczne badania, a ich wynik zupełnie zmienił sytuację. Wrodzona ślepota Lebera, spowodowana przez jeden z około 20 genów wadliwych genów. Jak się później okazało, dwa z nich można leczyć i moi chłopcy się na to mogą załapać… Chociaż w tym mieliśmy trochę szczęścia.  Wielokrotnie zadawałam sobie pytanie “dlaczego”? Z bólem serca obserwowałam inne maluchy, patrząc, jak mogą swobodnie biegać i się bawić. Jak z każdym dniem stają coraz bardziej samodzielni. U moich synów mogłam o tym jedynie pomarzyć. Przez te ponad 20 lat przeżyliśmy mnóstwo trudnych historii, próbowaliśmy szukać przyczyn, lekarstwa, jakiejkolwiek szansy na to, żeby odwrócić tę złą kartę na drugą stronę. Teraz jest na to nadzieja... Wadliwy gen moich dzieci można naprawić za pomocą leku - terapii genowej, która jest dostępna w leczeniu chorób oczu od niedawna. Niestety, cena - ponad 1,5 mln zł na jedno oko, zwala z nóg. Przy dwóch osobach i czterech oczach dostajemy absolutnie kosmiczną kwotę. Skąd wziąć takie pieniądze? Odpowiedź przychodzi tylko jedna: założyć zbiórkę na siepomaga i poprosić dobrych ludzi o pomoc! Zrobiłabym wszystko, co możliwe, żeby moje dzieci widziały, ale wszystko, to wciąż za mało. Pęka mi serce na myśl, że nie jestem w stanie sama ich uratować przed ciemnością. Przecież oni mają całe życie przed sobą i tyle rzeczy do zobaczenia. Proszę, ta szansa to jedyne, o czym teraz mogę myśleć. Wierzę, że dzięki Tobie może nam się udać.  Sylwia - mama Możesz pomóc, biorąc udział w LICYTACJACH Media o walce braci:  Pomóż odzyskać wzrok braciom. Mają szansę jedną na 6 milionów!Reportaż w TV Gdańsk

292 893,81 zł ( 5,79% )
Brakuje: 4 760 586,19 zł

Obserwuj ważne zbiórki