Twoja przeglądarka jest nieaktualna i niektóre funkcje strony mogą nie działać prawidłowo.

Zalecamy aktualizację przeglądarki do najnowszej wersji.

W portalu siepomaga.pl wykorzystujemy pliki cookies oraz podobne technologie (własne oraz podmiotów trzecich) w celu, m.in. prawidłowego jego działania, analizy ruchu w portalu, dopasowania apeli o zbiórkach lub Fundacji do Twoich preferencji. Czytaj więcej Szczegółowe zasady wykorzystywania cookies i ich rodzaje opisaliśmy szczegółowo w naszej Polityce prywatności .

Możesz w każdej chwili określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w ustawieniach swojej przeglądarki internetowej.

Jeśli kontynuujesz korzystanie z portalu siepomaga.pl (np. przewijasz stronę portalu, zamykasz komunikat, klikasz na elementy na stronie znajdujące się poza komunikatem), bez zmiany ustawień swojej przeglądarki w zakresie prywatności, uznajemy to za Twoją zgodę na wykorzystywanie plików cookies i podobnych technologii przez nas i współpracujące z nami podmioty. Zgodę możesz cofnąć w dowolnym momencie poprzez zmianę ustawień swojej przeglądarki.

Lokalizacja

  • Cała Polska
  • dolnośląskie
  • kujawsko-pomorskie
  • lubelskie
  • lubuskie
  • łódzkie
  • małopolskie
  • mazowieckie
  • opolskie
  • podkarpackie
  • podlaskie
  • pomorskie
  • śląskie
  • świętokrzyskie
  • warmińsko-mazurskie
  • wielkopolskie
  • zachodniopomorskie
Monika Malicka
Pilne!
22:46:37  do końca
Monika Malicka , 36 lat

Została mi ostatnia szansa na życie... Proszę, pomóż!

Jestem tu, wciąż żyję i walczę – głównie dzięki pomocy ludzi o wielkich sercach, którzy mi pomogli, dzięki czemu nierefundowany lek mógł być opłacany. Niestety, mój stan zdrowia się pogorszył. Skutki uboczne brania dotychczas kupowanego leku są już zbyt silnie odczuwalne. Doszło do tego, że musiała mieć wyłonioną stomię na jelicie cienkim... Jest bardzo ciężko, ale człowiek chce po prostu żyć... Mam dla kogo tu być, wciąż walczyć. Została mi jeszcze jedna szansa... Jako że zwykła chemia na mnie nie działa, zaproponowano mi leczenie kolejnym nierefundowanym lekiem. Jego koszt to ok. 2000 zł miesięcznie. Muszę dojeżdżać co 30 dni do szpitala na podania, w moim stanie to bardzo uciążliwe.  Wciąż zbieram pieniądze na leczenie, dzięki któremu wciąż żyję i bardzo proszę – pomóżcie mi w tej najtrudniejszej z walki! Moja historia: Mam nowotwór jajnika, który dał przerzuty - standardowa chemia nie zadziałała. Na szczęście zadziałał nierefundowany lek, ale po długotrwałym jego stosowaniu skutki uboczne stały się zbyt dotkliwe. Teraz musi zostać zmieniony, ale nowy lek też nie jest refundowany... Zachorowałam w 2014 roku - wtedy pierwszy raz poczułam, co to strach o własne życie. To wtedy usłyszałam diagnozę, a w głowie pojawiały się coraz gorsze myśli. Nowotwór jajnika… W mojej rodzinie były nowotwory, więc co rok przechodziłam badania genetyczne. Na jednym z nich wykryto torbiel. Chodziłam na rutynowe USG, aż w końcu, po kilku miesiącach zapadła decyzja o jej usunięciu. Dopiero w szpitalu lekarz powiedział, że to może być rak, a nie torbiel. Musiałam podpisać zgodę - jeśli w trakcie operacji okaże się, że to nowotwór, zgadzam się na wycięcie organów rozrodczych. Podpisałam, ale do końca miałam nadzieję, że uda się uratować choć jeden jajnik. Miałam syna, jednak chciałam jeszcze raz zajść w ciążę... Dwa dni po operacji dowiedziałam się, że to nowotwór złośliwy, był w aż 3 miejscach. Usunęli mi wszystko… Zaczęła się chemia, wypadły mi moje długie włosy. Bolało ciało, bolała dusza, ale nie mogłam się poddać, musiałam walczyć! Gdybym została w szpitalu, w którym rozpoczęłam leczenie, już bym nie żyła. Dawali mi tylko dwa rodzaje chemii, nie proponowali nic innego. Człowiek, nie dość, że zachorował na śmiertelną chorobę, to musi sam walczyć o swoje życie, sam się dowiadywać, stać się po części swoim lekarzem. Dziś wiem o wiele więcej, ale mój stan jest coraz gorszy… Po 30 miesiącach względnej normalności i regularnych badań przyszła wznowa. Byłaby wykryta jeszcze później, gdyby nie moja determinacja. Na badaniu tomografem okazało się, że w moim brzuchu jest mnóstwo rozsianych guzów. Walka zaczęła się na nowo… Podjęłam dalsze leczenie, cały czas mając w sobie to koszmarne uczucie strachu i myśli kiedy to w końcu się skończy.  Wciąż tu jestem i walczę, bardzo chcę żyć, jak najdłużej. I dopóki medycyna daje mi nadzieję na przedłużenie życia, będę prosiła o pomoc. Nic innego mi nie zostało... Nie jest łatwo, to wie tylko ktoś, kto zmaga się z nowotworem. Przeciwnik jest brutalny, ale ja chcę wyrwać mu jeszcze chociaż kilka lat życia. Proszę, pomóż mi w tym... Monika

9 215,46 zł ( 12,99% )
Brakuje: 61 719,54 zł
Tomasz Pająk
22:46:37  do końca
Tomasz Pająk , 51 lat

Jedna chwila zmieniła nasze życie... Zrobię wszystko, by Tomek wrócił do mnie i naszej córki❗️

”Miłość sama w sobie jest nie do pojęcia, ale dzięki miłości możemy pojąć wszystko”. Ja wiedziałam od zawsze! Wiedziałam jak wielka łączy mnie więź z moim mężem. W momencie, w którym upadł i gdy po długim oczekiwaniu na szpitalnym korytarzu usłyszałam diagnozę… Moje serce rozsypało się na milion kawałków. Z trudem powstrzymuję potok łez, gdy widzę męża i ojca naszej córki. Leżącego, niewinnego, pozbawionego sprawności z dnia na dzień. Czuję, że on chce wrócić, ale jeszcze nie może, nie wie jak… Muszę mu pomóc!  Pęknięcie tętniaka zmieniło całe nasze poukładane życie. To się tak szybko wszystko zadziało, że do tej pory nie wiem, jak sobie poradziłam z emocjami. Byliśmy wszyscy w domu, gdy mąż zasłabł. Karetka bardzo szybko zabrała go do szpitala.  Oczekiwanie na jakiekolwiek informacje to nie były godziny. To była wieczność! Trafiliśmy do szpitala około 15:30, a wiadomość o tym, że w jego głowie pękł tętniak, usłyszeliśmy po 21…  Potem długie oczekiwanie na blok operacyjny, to wszystko działo się w takim tempie, że traciłam zmysły. Nie czułam zupełnie nic poza wielkim strachem. Jakby ktoś żywcem próbował wyrwać mi serce… Jakby za ścianą działa się wielka krzywda, a ja mogłam tylko czekać.  Nic nie zmieni tego, że usłyszeliśmy przerażającą diagnozę — w głowie mojego męża rósł tętniak, o którym nikt nie miał pojęcia i w momencie zasłabnięcia po prostu pękł. Tomek kilka tygodni był leczony tabletkami na nadciśnienie. Być może wnikliwe badania ujawniłyby, że dzieje się coś poważnego. Tylko czy gdybanie cokolwiek teraz zmieni?  Lekarze musieli przeprowadzić pilną operację. Dzięki szybkiej reakcji stan męża pozwala na rehabilitację. Patrzy na nas, zachowuje kontakt wzrokowy i czasem wykonuje polecenia np. zaciśnięcia dłoni…  Czeka go rehabilitacja, bo samo pęknięcie spowodowało spory uszczerbek na zdrowiu. Jeśli zareagujemy z rehabilitacją tak szybko jak z operacją, to jest duża szansa, że Tomek wróci do sprawności. Tomek jest kochanym mężem i ojcem. Niczego tak nie pragnę teraz, jak tego, żeby wrócił. Kochał spędzać czas ze znajomymi, na spacerach z psami. Jeździliśmy na przejażdżki rowerowe, a czasem po prostu do kina. Spokojne życie, mimo upływu lat zakochanego w sobie małżeństwa…  Tomek w wolnej chwili lubił oglądać mecze koszykówki i piłki nożnej. Towarzyszył w najważniejszych wydarzenia z życia naszej córki. Kibicował i jeździł na jej mecze… Widzę, że to, co się stało nie jest proste również dla naszej córki. Również dla niej chcę walczyć o Tomka!  Chciałabym i bardzo wierzę, że wróci jeszcze czas kiedy był sprawny i spędzał z nami wspólne chwile. Przed nim i przed nami długa droga, ale wiemy, że warto. Niestety, koszty rehabilitacji są znacznie większe, niż przypuszczałam. To ogromne pieniądze, których nie jestem w stanie uzbierać… W pojedynkę ta walka będzie niemożliwa. Zawsze u boku miałam Tomka, dzisiaj jestem poniekąd sama. Nie poddam się, bo marze by wrócił…  Żona Joanna

55 100,00 zł ( 48,86% )
Brakuje: 57 666,00 zł
Kacper Grzeszczak
22:46:37  do końca
Kacper Grzeszczak , 15 lat

Walka o sprawną przyszłość Kacpra jest w naszych rękach... Pomóż!

Patrzymy na Kacpra i boimy się, co będzie jeśli nas zabraknie... Kto pomoże naszemu ukochanemu synowi w codziennych czynnościach? Kto zadba, by niczego mu nie brakowało? Tak wiele pytań, zmartwień, a tylko jedno marzenie – samodzielność. Każdego dnia walczymy o jego sprawność, jednak w tym momencie największą przeszkodą są pieniądze. Dlatego jesteśmy tu, by prosić o wsparcie w tej niezwykle trudnej walce! U naszego syna zdiagnozowano zanik mięśni. To okrutna choroba przekreślająca szansę na normalne życie. Choroba postępuje, nie dając nam szans na to, by skutecznie ją zatrzymać. Walczymy o to, by był w stanie poruszać się na wózku i choć w ten sposób, być samodzielny. Niestety wózek, na którym aktualnie jeździ, napędzany jest siłą rąk, a one stają się coraz słabsze. Kacper od pewnego czasu ma nawet problemy z utrzymaniem kubeczka z napojem. Bardzo martwimy się, co będzie dalej… Co gorsza, stan Kacperka cały czas się pogarsza. Syn pilnie potrzebuje specjalistycznego wózka inwalidzkiego. Nie jest już w stanie poruszać się samodzielnie, oraz nie utrzymuje swojej sylwetki w pozycji siedzącej. Powoli zanika mu również oddech... Desperacko poszukujemy pomocy dla naszego dziecka. Wiemy, że zakup specjalistycznego sprzętu znacznie poprawi jego codzienność. Niestety, koszt zakupu wózka jest dla nas zbyt duży, dlatego musimy prosić o pomoc! Z całego serca pragniemy, by nasz syn mógł być bardziej samodzielny. Dla Ciebie to tak niewiele, dla niego to cały świat. Każda złotówka przybliża nas do celu - prosimy, pomóż! Justyna i Remigiusz - rodzice Kacpra

2 006,00 zł ( 11,56% )
Brakuje: 15 335,00 zł
Aleksandra Susz
1 dzień do końca
Aleksandra Susz , 15 lat

Chcę stanąć na własnych nogach, jak inne dzieci... Pomóż mi!

W szóstym miesiącu ciąży dowiedzieliśmy się, że nasza córka nie rozwija się prawidłowo. Badanie USG wykazało zbyt krótkie rączki i nóżki, a zbyt dużą głowę. Kiedy po 18-godzinnym porodzie Ola pojawiła się na świecie, rozpoczęła się nasza wspólna walka o jej zdrowie i sprawność. Walka, która trwać będzie jeszcze wiele lat. Nasze 11-letnie dziecko ma w tej chwili jedno wielkie marzenie. Wyjść o własnych nogach na spacer z psem. Żeby mogło się spełnić, potrzebuje bardzo kosztownych, specjalistycznych ortez. Achondroplazja - choroba powodująca, że Olka jest mniejsza od swoich rówieśników i ma nieproporcjonalnie większą główkę. Gdyby u córki to schorzenie występowało w klasycznej postaci, pewnie nie byłoby dla niej aż tak uciążliwe. Wiadomo, że nie jest przyjemnie być malutkim i mieć całe życie oczy na poziomie bioder innych ludzi. Znamy jednak przykłady osób, które swój niski wzrost zamieniły w zaletę, jak np. aktor wcielający się w postać Tyriona - popularnego bohatera serialu “Gra o Tron”. Niestety, Ola zachorowała na jedną z najcięższych odmian dysplazji, która nie pozwala jej nawet samodzielnie chodzić… My, zdrowi ludzie, codziennie robimy tysiące kroków i w ogóle tego nie doceniamy. Jest to tak naturalne i oczywiste, że dopiero, kiedy odbierze nam się tę możliwość, oczy się otwierają. Olka każdego dnia widzi koleżanki i kolegów w szkole i chciałaby móc bawić się razem z nimi. Biegać po boisku, wchodzić na drzewo, skakać na skakance. Takie małe, (nie)zwykłe rzeczy. Na wózku to jednak niemożliwe. Córka nie skarży się na swój los, ale znam ją dobrze i wiem, jak wiele radości by jej to sprawiło. Zrobić mały kroczek. Po prostu stanąć na własnych nogach... W całej swojej niezwykłości Olka pozostaje normalną nastolatką, z potrzebami jak u innych dzieci. Mieć przyjaciół, poznawać świat. Z każdym dniem stawać się ciut bardziej dojrzałą, samodzielną. Dzieciństwo upłynęło jej pod znakiem rehabilitacji i nieustannej walki ze swoimi ograniczeniami. Niepoliczone godziny zabaw na podwórku musiały ustąpić miejsca intensywnym ćwiczeniom usprawniającym... To teraz nasze zadanie, żeby jak najbardziej ułatwić jej przyszłość. Przez te 11 lat odwiedziliśmy mnóstwo gabinetów lekarskich. Wielu chciało pomóc, niewielu potrafiło… Mamy całą piwnicę bezużytecznego sprzętu ortopedycznego. Zbyt wiele błędów, nie możemy narażać córki na kolejne. Żeby Ola mogła chodzić, potrzebne są nowoczesne, specjalistyczne ortezy, buty i odpowiednio dopasowany wózek (na czas nauki chodzenia). Dlatego postanowiliśmy szukać pomocy tam, gdzie zajmują się najtrudniejszymi przypadkami. Tak trafiliśmy do kliniki w Aschau w Niemczech, do której zjeżdżają ludzie z całej Europy. To nasza ostatnia nadzieja… Niestety ten nowoczesny sprzęt, tak bardzo potrzebny dla naszej córki, jest okrutnie drogi… Wydaliśmy już kosmiczne kwoty na ratowanie zdrowia Oli i więcej sami nie damy już rady. Prosimy więc o pomoc… Z dobrze dobranymi ortezami córka jest w stanie w ciągu 2-3 lat funkcjonować samodzielnie. Dzisiaj to dla nas tak dalekie marzenie jak lot na księżyc. Ale, dzięki najlepszym specjalistom i Waszemu wsparciu, ma szanse się spełnić. Mały krok dla człowieka, wielki krok w życiu naszej Oli! Mama Oli

44 907,00 zł ( 41,43% )
Brakuje: 63 481,00 zł
Wioletta Brzozowska
1 dzień do końca
Wioletta Brzozowska , 27 lat

Porzucona, bez szans na przyszłość, u nas znalazła miłość. Pomocy!

Wymarzona, wyczekana, nasza. Długo myśleliśmy o tym, że dziecko będzie idealnym dopełnieniem naszej rodziny. Niestety, z czasem okazało się, że spełnienie największego marzenia okaże się jednocześnie przekleństwem. Procedury, tysiące dokumentów, szkolenia, spotkania ze specjalistami. Wszystko po to, by dołączyła do nas kruszynka. Malutka, bezbronna, pachnąca… 3-miesięczny bobasek, którego los leżał w naszych rękach. Kiedy po raz pierwszy na nią spojrzałam, poczułam niesamowitą radość, euforię… Ale pojawiło się coś jeszcze - właśnie wtedy zdałam sobie sprawę z odpowiedzialności, jaka na nas spoczywa. Beztroskim macierzyństwem cieszyłam się tylko 3 miesiące… Kiedy pojawiły się pierwsze problemy z poruszaniem rączkami i nogami zaczęła się niekończąca droga prowadząca przez różnorodne gabinety specjalistów, lekarzy pediatrów, osób, które mogą podpowiedzieć rozwiązania. Przez myśl przeszła nam jeszcze jedna myśl, żeby zbadać pochodzenie córeczki, dowiedzieć się o niej czegoś więcej. I wtedy poraziła nas pierwsza tragiczna wiadomość. Dom Dziecka powiedział, że brat Wiolettki żyje, ale nie funkcjonuje - jest w stanie wegetatywnym. Poraziła nas wizja tego, co może nas czekać, ale chcieliśmy poczekać na ostateczny “wyrok”. Lekarze nie mieli dla nas dobrych wieści. Wszystkie najgorsze obawy się potwierdziły. Było nawet gorzej. Diagnoza: SMA, Rdzeniowy Zanik Mięśni, typu I — dzień za dniem ciało Wioletty trawione chorobą zapada się… Każdy organ i kończyna powoli odmawiają posłuszeństwa. Kiedy próbowałam pogodzić się z tą informacją, jakoś poukładać naszą rzeczywistość dostałam wiadomość, która rozbiła moje serce na pół. Dom Dziecka zaproponował coś niewyobrażalnego… Oddanie Wioletty i wymianę na inne dziecko. Jak można zadać takie pytanie?! Krzyczałam przez łzy, że nigdy nie oddam córeczki - ani do Domu Dziecka, ani w szpony śmierci! Nagromadzenie myśli, konieczność poszukiwania leczenia dla córeczki, widok mojego dziecka, które miałam wrażenie, coraz bardziej się od nas oddala. Nie mieliśmy możliwości nacieszyć się wspólnym czasem. Zrobiliśmy mnóstwo planów. Nie było w tym wielkich oczekiwań. Codzienność dawała nam mnóstwo satysfakcji, radość, spełnienie. Tymczasem nadzieja powoli umierała, choroba rozwijała się nieubłaganie, z każdym dniem córka stawała się coraz słabsza. Całkowity brak sił, obniżona odporność i częste zachorowania na zapalenie płuc i oskrzeli doprowadziły do stałego podłączenie sondy, ssaka i respiratora, podtrzymującego życie. U Wioletty zdiagnozowano SMA, skrzywienie kręgosłupa, i poważną skoliozę. Usiąść może wyłącznie, kiedy ma na sobie gorset, jej jedyny zakres ruchów to przekręcenie głowy. Może zmieniać pozycje tylko na leżąco, z naszą pomocą. Jej ciało stało się niemal całkowicie bezwładne. Choroba uwięziła ciało mojej córeczki w łóżku. Odebrała możliwość przemieszczania się, pójścia w dowolne miejsce. Nie może udać się, gdzie chce, nie będzie miała nigdy swoich nastoletnich spraw.  Mimo że uwięziona w niepełnosprawności ciała, wciąż myśli tak samo. Jej mózg funkcjonuje bez zmian, jest otwarty na marzenia, kreatywny. Oderwaniem od rzeczywistości jest dla niej moda - jedynym sprawnym palcem korzysta z komputera w poszukiwaniu najnowszych trendów, podpowiedzi i rozwiązań. Tę pasję przejęła ode mnie, czasem siedzę przy niej, kiedy szyję i wtedy w jej oku pojawia się ten błysk. Najgorsza jest świadomość, że nigdy nie usiądzie przy maszynie, nie poczuje tych wibracji. Wierzę jednak, że nie wszystko stracone. Może kiedyś jakimś cudem zaprojektuje strój, który wzbudzi podziw. Mimo najgorszych wieści, walczymy o nią każdego dnia! Nadzieją na poprawę sytuacji córeczki jest intensywna rehabilitacja pod okiem specjalistów. Zajęcia pobudzają nerwy, zmniejszają poziom bólu i eliminują potworne cierpienie. Nie mogę patrzeć, jak się męczy, jak choroba odbiera jej resztkę sił. Mówię to od zawsze i będę powtarzać, nie oddam jej, choćbym miała walczyć do ostatniej możliwości. Ktoś mógłby powiedzieć, że mieliśmy wybór. Tak, wybraliśmy walkę o życie Wioletty i z perspektywy czasu, nie żałuję. Podjęłabym tę decyzję po raz drugi. Jej choroba nauczyła mnie, że piękne zakończenia występują  tylko w bajkach, a życie i jego przewrotność mają za nic wszelkie plany. Ratunek Wioli był moim przeznaczeniem. Potrzebuję wsparcia, proszę, pomóżcie ocalić moje dziecko! 

20 906,95 zł ( 24,76% )
Brakuje: 63 508,05 zł
Roksana Ciesielska
Pilne!
1 dzień do końca
Roksana Ciesielska , 15 lat

Gorzkie przekleństwo choroby... Mało czasu, by pomóc Roksance!

Najpierw niszczy trzustkę, potem atakuje inne organy… Powikłania mogą być śmiertelnie niebezpieczne! Do tej pory wydawała się nieuleczalna, skazywała chorujących na życie w nieustannej fazie czuwania i uważania na wszystko, bo jeden błąd, niedopatrzenie może spowodować tragedię… Cukrzyca, bo o niej mowa, jest bardzo niebezpieczna, choć wiele osób ją lekceważy. Nie my, nie wtedy, gdy dotyczy naszej córeczki… Medycyna idzie do przodu, dla Roksanki jest ratunek! Niestety, szczepionka wynaleziona w Polsce nie jest refundowana. Kosztuje majątek… Musimy spróbować, poprosić o pomoc, zrobić wszystko, by nasza córka dostała szansę na życie bez męczących następstw tej choroby… Wiemy, że już do końca życia Roksanka będzie musiała być na specjalnej diecie, nie chcemy kusić losu. Terapia TREG daje jednak świetne rezultaty, jest w stanie zatrzymać postępujące zniszczenia w organizmie i rozwój cukrzycy na etapie, w którym zostanie podana szczepionka!  Diagnozowanie Roksany zajęło lekarzom dużo czasu. Zaczęło się od tego, że zaniepokoiła nas otyłość brzuszna. Tak, w tych czasach coraz więcej dzieci ją ma, ale wynika to ze złej diety. Tymczasem Roksana miała alergię na mnóstwo produktów, właściwie nie jadła słodyczy! Szukaliśmy przyczyny. W końcu lekarz skierował nas na badania metabolizmu i krzywą cukru. Wynik nie wyszedł prawidłowy, włączono więc dietę o niskim indeksie glikemicznym, to był początek 2017 roku. Pełną diagnozę poznaliśmy dopiero wiosną rok później - cukrzyca 1 stopnia. Od tego czasu córeczka ma wprowadzone leki, przyjmuje je 3 razy dziennie. Tyle też razy mierzymy cukier we krwi. Po ponad roku jej paluszki są twarde od setek wkłuć. Roksana, choć jest jeszcze dzieckiem, wiele przeszła. Wie, co może jeść, a raczej czego nie może - tego jest zdecydowanie więcej. Nie ma mowy o cukierku czy batoniku - to by mogło doprowadzić do najgorszego… Dzielnie znosi wielokrotne wkłuwanie. Jest dzielna, choć nie tak przecież powinno wyglądać dzieciństwo... Cukrzyca typu 1 najczęściej występuje u dzieci i młodych osób. Jest cicha i podstępna, ujawnia się wtedy, gdy poczyni ogromne spustoszenia. My na szczęście wykryliśmy ją dosyć wcześnie, dlatego Roksana ma szansę na szczepionkę! Jeśli jednak jej trzustka zostanie bardziej zniszczona, kwalifikacja do terapii przepadnie… Ta okropna choroba autoimmunologiczną sprawia, że organizm sam niszczy komórki, które produkują insulinę. W efekcie w organizmie zaczyna brakować hormonu niezbędnego do prawidłowego metabolizmu cukrów, co prowadzi do podwyższenia stężenia glukozy we krwi. Wysoki poziom glukozy utrzymujący się przez dłuższy czas niesie za sobą poważne konsekwencje – prowadzi do uszkodzenia, zaburzeń czynności i niewydolności wielu narządów: oczu, nerek, nerwów, serca i naczyń krwionośnych. Cukrzyca typu 1 wymaga stosowania insuliny już do końca życia. Jednak nie musi tak być! Wczesna faza rozwoju cukrzycy u córki oraz dobre wyniki badań pozwalają na zastosowanie nowatorskiej metody TREG. Co to takiego? Jak podają sami autorzy, to „innowacyjna polska terapia z zastosowaniem limfocytów T-regulatorowych, pobranych z krwi pacjenta. Unikalność terapii polega na zwalczaniu przyczyn choroby, a nie tylko jej objawów klinicznych, poprawia parametry oraz jakość życia pacjenta”. Roksana potrzebuje dwóch cykli szczepień z programu „TREG”. Dzięki temu będzie mogła żyć normalnie, bez strachu, ciągłego kontrolowania, bez restrykcji…  Jesteśmy przeciętną polską rodziną. Koszt terapii nas przeraża, dlatego musimy prosić o pomoc. Wiemy, że jest wiele innych, często groźniejszych chorób, tak wiele dzieci potrzebuje pomocy… My to robimy dla naszego dziecka i pewnie każdy rodzic zrobiłby to samo… Roksana nie ma życia takiego jak jej rówieśniczki. Nie może nawet wyjechać na kolonię, wycieczkę klasową. Cały czas pilnujemy poziomu cukrów, podawania leków. Ograniczeń jest mnóstwo. Jaka jest Roksana? to niezwykle zdyscyplinowana dziewczynka, znakomicie się uczy, lubi pomagać innym, kocha zwierzęta, zwłaszcza psy. Sama organizowała nawet zbiórki karmy dla zwierząt w schroniskach! Sami przygarnęliśmy dwa psiaki, które wiele przeszły. Choroba sprawia, że rozumie znacznie więcej, jest bardzo dojrzała emocjonalnie. Oczywiście dla każdego rodzica jego dziecko jest cudowne, najwspanialsze i najukochańsze, każdy rodzic zrobi dla swojego dziecka wszystko. My także…  Bardzo prosimy Was o pomoc - jeśli możecie, udostępnijcie naszą prośbę dalej. Wiemy, jak trudna misja przed nami, jak ogromna kwota jest do zebrania. Nie wiemy za to, ile mamy czasu… Z góry dziękujemy za każdą formę wsparcia. Mama i tata Roksanki

65 906,00 zł ( 23,64% )
Brakuje: 212 818,00 zł
Sebastian Zawistowski
1 dzień do końca
Sebastian Zawistowski , 23 lata

Rozpaczliwy list matki umierającego 22-latka❗️Ratujmy jego życie!

Jak opisać największy ból serca matki, która wie, że jej dziecko w każdej chwili może umrzeć?  Same myśli już aż bolą. Mój syn miał tylko 3 lata, gdy lekarze stwierdzili u niego nowotwór… Od tamtej pory nasze życie to walka i nieustanny strach, że każdy dzień razem może być tym ostatnim. Seba ma ostatnią szansę na uratowanie życia, a ja błagam o pomoc! Ratujcie moje dziecko… Minęło tyle lat, a ja nigdy nie zapomnę dnia diagnozy. Chwila największej rozpaczy wraca w moich myślach i nie chce odejść, bo nowotwór wciąż zadaje coraz silniejsze ciosy… Synek był wtedy taki malutki. Dopiero co zaczął życie. Rak i śmierć – to ostatnie rzeczy, które powinny mu się zdarzyć! Świat przestał dla mnie istnieć… Nie rozumiałam, dlaczego nadal trwa, jakim cudem ludzie obok śmieją się, cieszą życiem, skoro moje dziecko umiera! 2 tygodnie później odbyła się operacja. Lekarze powiedzieli, że chemia nie jest potrzebna, bo guz został w całości wycięty. Pierwsza dobra wiadomość. Dziękowałam Bogu, że Sebastianka ominęło piekło chemioterapii. Spokój trwał 6 lat. Strach wracał tylko na kontrolnych badaniach co 3 miesiące, ale z każdym dobrym wynikiem znikał. Nasza radość nie trwała jednak długo. Cierpienie wróciło i zadało ból, jeszcze silniejszy. Gdy synek miał 9 lat, zrobiła mu się narośl na dziąśle. Dentystka nie wiedziała, co to jest; w szpitalu zapewniali nas, że to nic nowotworowego. Zmiana jednak rosła, a ja jeździłam po lekarzach. Cały czas słyszałam to samo, instynkt matki jednak nigdy się nie myli. Gdy znów zjawiliśmy się w szpitalu, guz był już wielkości grejpfruta.  Nowotwór złośliwy kości. Śmierć znów wyciągnęła ręce po moje dziecko! Lekarze wycięli guza, a wraz z nimi cały staw żuchwowy. Gdy Sebastian się obudził, płakał, że go boli, że jest zmęczony. Że nie chce już dłużej walczyć… Chce, by to wszystko się skończyło. Nikt nie zdaje sobie sprawy jak bolą matkę słowa, że jej 9-letnie dziecko nie chce już żyć. Słów lekarza na wizycie kontrolnej nie zapomnę nigdy - przerzut do płuc. Dalej już nic nie słyszałam, mój płacz zagłuszył wszystko… Sebastiana czekało piekło chemii… Leczenie niszczy, ale też zabija. Synek stał się cieniem siebie… Słaby, łysy, smutny. Rany na rękach i nogach przypominały oparzenia. Sebastian nie mógł jeść, wstawać z łóżka, iść do łazienki. Kolejne, silniejsze od poprzednich chemie nie działały. Czekał nas wielomiesięczny pobyt na oddziale onkologii, gdzie wciąż słychać płacz matek, które straciły swoje dzieci. Niestety, mimo leczenia zmiany powiększyły się… W Polsce dotarliśmy do ściany. Wyjechaliśmy do Niemiec… Żeby ratować życie synka, poszłabym wszędzie, nawet do piekła. W Niemczech okazało się, że są kolejne przerzuty… Przez kilka lat nasze życie przypominało błędne koło…Przerzuty, operacja, następna chemia. Kolejna cierpienie mojego syna, które rozrywało mi serce. W Niemczech stało się w końcu to, co w Polsce – doszliśmy do ściany. Metody leczenia powoli się wyczerpują… Pozostała terapia wspomagająca, zaplanowana na 3 lata. Jej koszt to ok. 1500 euro miesięcznie. Bałam się mieć nadzieję, ale udało się! Terapia w końcu okazała się czymś, co przynosi efekty… Tomograf, zrobiony po 6 miesiącach, nie wykazał żadnych zmian nowotworowych. Leczenie musi być kontynuowane! To jedyna szansa na życie Sebastiana… Nic innego nie pomaga, nie daje nadziei! Nie mamy już pieniędzy, żeby za nie zapłacić… Na leczenie Seby wydaliśmy wszystkiego. Dlatego błagam ludzi dobrej woli o pomoc! Nie potrafię powstrzymać łez… Proszę o ratunek, o życie dla mojego dziecka.

118 757,00 zł ( 46,14% )
Brakuje: 138 587,00 zł
Karolina Bebel
1 dzień do końca
Karolina Bebel , 31 lat

"Mamusiu, proszę, wróć do nas..." – walczymy o Karolinę!

“Babciu, kiedy mamusia do nas wróci?”. Pola i Lenka prawie codziennie zadają mi to pytanie. Płaczą, tęsknią i nie rozumieją, dlaczego mama cały czas nie wraca, choć zawsze były razem.  Mija 1,5 roku od tego strasznego wypadku – wypadku, który odebrał mi moją dawną córkę, a co najgorsze, moim wnuczkom mamę. Od tamtej pory cały czas walczymy o Karolinę. Niestety ta walka kosztuje bardzo dużo pieniędzy. Prosimy Cię o pomoc, by mogła dalej trwać! To stało się 6 września 2018 roku. Karolina pojechała na pogrzeb starszej pani, którą się opiekowała. Za kilka godzin miała wrócić do domu, do córeczek. Razem miały spędzić wieczór, mama miała położyć… Z pogrzebu jechała ze swoją koleżanką i jej ojcem. W którymś momencie w ich auto uderzył inny samochód, który wymusił pierwszeństwo. Huk, dźwięk sygnału karetki i życie przekreślone, w ułamku sekundy… Karolina siedziała z tyłu, a to właśnie w to miejsce uderzyło auto. Została najbardziej poszkodowana. Od razu zabrano ją do szpitala. Trwała walka o jej życie. Do dzisiaj, kiedy mijamy tamto miejsce, nie możemy uwierzyć w to, co się stało. Uraz czaszkowo-mózgowy, pęknięta miednica, złamana kość krzyżowa, pęknięta podstawa czaszki i złamane kręgi szyjne. Kiedy dotarliśmy do szpitala, podszedł do nas lekarz. Powiedział, że musimy być gotowi na najgorsze. Jeszcze rano rozmawiałam ze swoją córką, a teraz ktoś mówił mi, że mam żegnać się z nią na zawsze, że moje wnuczki mogą stracić mamę, a ja mogę stracić własne dziecko… Na szczęście – Karolina jest młoda i silna. Przeżyła! Przez 9 długich miesięcy była w śpiączce. Dziewczynki bardzo to przeżywały. Karolina nie mogła być przy tym, jak Lenka zaczęła naukę w pierwszej klasie, ani jak Polcia po raz pierwszy poszła do przedszkola… Niestety – Karolina wciąż nie chodzi, nie mówi, nie jest samodzielna. Od grudnia 2019 roku rehabilitowana jest w domu. Karolina robi postępy i wszyscy wierzymy, że jeszcze kiedyś złapie za ręce swoje córeczki i będzie w stanie z nimi pójść przed siebie. Wszyscy czekamy na to z utęsknieniem. Już ponad 15 długich miesięcy Polcai i Lenka wychowują się bez kochanej mamy i czekają – cały czas czekają – aż Karola będzie taka, jak przed wypadkiem. Niebawem mamy szansę przenieść się do specjalistycznego ośrodka rehabilitacyjnego, który da Karolinie szansę na coraz większe postępy. Niestety koszt rocznej rehabilitacji jest olbrzymi… Filmik, który widzicie wyżej na zbiórce, wzrusza i wlewa nadzieje w nasze serca. W czerwcu 2019 roku udało się wybudzić Karolinę ze śpiączki. Najpiękniejszą chwilą od 1,5 roku był moment, kiedy sama była w stanie przytulić dziewczynki. Kiedy na ich twarzach widać było uśmiech i czuć było, czym jest szczęście i czym jest radość... Miłość córek i matki, miłość bezwarunkowa, miłość jedyna… Prosimy o pomoc, by Karola dalej mogła walczyć! –Jadwida, mama Karoliny ––––––––––––––– TVN UWAGA!:

86 399,00 zł ( 37,59% )
Brakuje: 143 389,00 zł
Jacek Dąbrowski
1 dzień do końca
Jacek Dąbrowski , 39 lat

Życie bez piętna kalectwa – tylko o to proszę...

Mam na imię Jacek, staram się zawsze być uśmiechnięty i pełen optymizmu. Staram się, choć nie zawsze jest łatwo, bo choroba towarzyszy mi od urodzenia. Szereg operacji, lata spędzone w łóżku, cierpienie, którego opisać się nie da – to ogromny skrót moich zmagań. Wszystkiemu winna jest wrodzona wada nóg, z którą przyszedłem na świat. Bez operacji choroba za chwilę posadzi mnie na wózek inwalidzki. Proszę, pomóż mi przed tym uciec.  Niestety, mój obecny stan jest zły – operacje, które przeszedłem metodą Ilizarowa, nie przyniosły oczekiwanego efektu, dodatkowo kości zostały osłabione w wyniku czego dwukrotnie złamałem udo. Na chwilę obecną jedna z nóg została źle złożona, przez co jest krótsza i dodatkowo zespolona blachą i śrubami.  Błędy, jakie kiedyś popełnili lekarze, doprowadziły do stanu, w którym obecnie się znajduję. Ledwo chodzę i boję się, że któregoś dnia po prostu nie wstanę z łóżka. Pilnie potrzebuję operacji, ponieważ całe obciążenie mojego ciała jest na jednej nodze. Cierpi na tym druga noga, która obecnie również wymaga operacji. Kręgosłup jest coraz słabszy. Chociaż nie lubię się skarżyć, ból bywa czasami nie do wytrzymania… Wcześniej miałem pracę, plany i marzenia. Teraz, w tym stanie, nie mogę już pracować. Jak każdy mam swoje marzenia – moim hobby jest muzyka elektroniczna, a DJ-ing stał się życiową pasją. Pasją, którą kocham. Czuję, że mógłbym zrobić wiele w tym kierunku, lecz nie mogę, ponieważ mam coraz większe trudności ze staniem... Medycyna przez kilka lat po moich ostatnich zabiegach poszła do przodu i pojawiła się nowa metoda śródszpikowa poprzez magnetyczne gwoździe sterowane elektromagnetycznie. Ta metoda pozwoli uratować moją sprawność i uwolni mnie od bólu! Jest zatem szansa na to, bym mógł zawalczyć o swoje zdrowie i przyszłość. Ta szansa to operacje wspomnianą metodą w klinice w Warszawie. Niestety cena jest olbrzymia – ponad 300 tysięcy złotych.  Mam 37 lat – przed sobą jeszcze bardzo dużo do zrobienia. Wiem, że jeśli choroba posadzi mnie na wózek, większość z nich nie będzie niemożliwa. Bez operacji mój stan będzie się pogarszał. Boję się, bo nie wiem, jak sam sobie poradzę w przyszłości. Proszę Cię o pomoc. Proszę o szansę na życie bez kalectwa... Wierzę, że z Twoją pomocą zebranie takiej sumy jest możliwe! Jacek

13 325,00 zł ( 4,24% )
Brakuje: 300 531,00 zł

Obserwuj ważne zbiórki