Twoja przeglądarka jest nieaktualna i niektóre funkcje strony mogą nie działać prawidłowo.

Zalecamy aktualizację przeglądarki do najnowszej wersji.

W portalu siepomaga.pl wykorzystujemy pliki cookies oraz podobne technologie (własne oraz podmiotów trzecich) w celu, m.in. prawidłowego jego działania, analizy ruchu w portalu, dopasowania apeli o zbiórkach lub Fundacji do Twoich preferencji. Czytaj więcej Szczegółowe zasady wykorzystywania cookies i ich rodzaje opisaliśmy szczegółowo w naszej Polityce prywatności .

Możesz w każdej chwili określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w ustawieniach swojej przeglądarki internetowej.

Jeśli kontynuujesz korzystanie z portalu siepomaga.pl (np. przewijasz stronę portalu, zamykasz komunikat, klikasz na elementy na stronie znajdujące się poza komunikatem), bez zmiany ustawień swojej przeglądarki w zakresie prywatności, uznajemy to za Twoją zgodę na wykorzystywanie plików cookies i podobnych technologii przez nas i współpracujące z nami podmioty. Zgodę możesz cofnąć w dowolnym momencie poprzez zmianę ustawień swojej przeglądarki.

Lokalizacja

  • Cała Polska
  • dolnośląskie
  • kujawsko-pomorskie
  • lubelskie
  • lubuskie
  • łódzkie
  • małopolskie
  • mazowieckie
  • opolskie
  • podkarpackie
  • podlaskie
  • pomorskie
  • śląskie
  • świętokrzyskie
  • warmińsko-mazurskie
  • wielkopolskie
  • zachodniopomorskie
Julia Jasiorowska
Julia Jasiorowska , 22 lata

Na szczęście pracowała całe życie – nieszczęście przyszło w sekundę!

Ze szpitala została wypisana bez świadomości – jej mózg się nie obudził. Moja córka ma wielką wolę walki. Cieszy każdy mały sukces – uścisk ręki, mruganie powiekami, reakcja na to, co do niej mówię. Od wypadku minął rok i 4 miesiące. Przez wiele miesięcy Julcia znajdowała się w Budziku, potem w ZOL w Toruniu. Od marca jest z nami w domu i robimy, co możemy, żeby poprawić jej stan. Jednak kolejne koszty rehabilitacji przerastają nasze możliwości, a Julcia potrzebuje ciągłej opieki i ćwiczeń.  “17-letni mężczyzna kierujący audi prawdopodobnie stracił panowanie nad samochodem i uderzył w przydrożne drzewo. W wyniku zderzenia kierujący oraz 22-letni pasażer siedzący z tyłu z obrażeniami ciała zostali przetransportowani do szpitala w Pile. Siedząca obok kierowcy pasażerka w stanie ciężkim została przetransportowana śmigłowcem Lotniczego Pogotowia Ratunkowego do szpitala w Bydgoszczy”. Kiedy w gazecie opublikowano te słowa, Julia walczyła o życie. Prędkość tak duża, że z auta zostały tylko pokrzywione fragmenty karoserii. To był moment – chwila trzasku popękanych części auta, rozpruta blacha i dym… W tym ułamku sekundy los podjął setki decyzji i zdmuchnął młodziutkie życie Julii w otchłań, z której do dzisiaj nie możemy jej wydostać. Mówi się, że nie można umrzeć na próbę. Julia była już po tamtej stronie. Ratownicy ze śmigłowca przecierali oczy ze zdumienia, widząc wrak auta, które niemal oplotło przydrożne drzewo. Tego wypadku nikt nie miał prawa przeżyć… Szczęście w nieszczęściu? Dla dwóch uczestników tak, dla Julii od tamtej chwili nic już nie miało być takie, jak przedtem. Tak wspomina tamten dzień mama Julii – było ciepło, wieczorem córka pojechała z kolegą nad pobliskie jezioro. Spędzała tak już czas setki razy, więc nie było w tym nic niepokojącego… Tamtego dnia wsiadła do auta, by w drodze powrotnej pokazać koledze drogę do sklepu. Ten błąd kosztował ją bardzo dużo. Zadzwonił telefon, w słuchawce usłyszałam głos zdenerwowanego kolegi, który powiedział nam, co się stało. Dowiedzieliśmy się, że ratownicy, którym udało się wyciągnąć Julię z wraku, byli pewni, że nie żyje. Pytałam tylko, czy śmigłowiec zabrał ją do Bydgoszczy, czy do Poznania, drogi nie pamiętam. Na miejscu w szpitalu lekarka powiedział tylko jedno zdanie. ”Jeśli Wasza córka przeżyje operację, będzie to cud…". Przeżyła. Karta informacyjna, którą sporządzono w szpitalu, wyglądała koszmarnie. Uszkodzenia żuchwy i twarzoszczęki, obrzęk mózgu, połamane żebra, przebite płuca, obojczyk złamany z przemieszczeniem, uszkodzony kręgosłup, obrażenia wielonarządowe… To tylko kilka pierwszych zdań. Nie mogłam uwierzyć, że jeszcze kilka godzin wcześniej rozmawiałyśmy, a teraz jedna z nas, walczy o życie, nie docierało do mnie to, co się dzieje. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam Julię po operacji, nie mogłam powstrzymać łez. Serce biło mi jak młot. Leżała niemal cała zawinięta w opatrunki. Wokół pracowały maszyny – to one utrzymywały ją wtedy przy życiu, to od lekarzy i techniki zależały kolejne godziny. Nic nie mogłam zrobić, kazali mi czekać w chwili kiedy nie mogłam opanować rozpaczy. Nie wiem, jak przetrwałam tamte chwile… Nie wydarzył się cud, Julia nie otworzyła oczu i nie powiedziała – mamo. Nie skończyło się na strachu – koszmar trwał. Moją córeczkę wypisano ze szpitala bez świadomości. Leki przestały działać, ale mózg się nie obudził. Serce krwawiło i krwawi do dziś. Oderwana od walki o jedno dziecko, w każdej chwili mogłam stracić drugie. To nie pierwsza tragedia w naszym życiu. Brat Julii od urodzenia cierpi na dziecięce porażenie mózgowe. Wiele godzin spędziłam w rozpaczy przy jego łóżku, myśląc, że nie da się nic zrobić. Teraz siedziałam koło Julii, która przecież zawsze była oparciem. Nie mogłam tego pojąć, dlaczego los obchodzi się z nami w sposób tak okrutny i niesprawiedliwy. Ze szpitala trafiliśmy do Budzika, w którym Julia przebywa do dzisiaj. Nie tracę wiary, życie mnie nauczyło, żeby nigdy nie wątpić. Wiele lat walczyłam o sprawność brata Julki, wiem, że dzięki determinacji i rehabilitacji można osiągnąć bardzo dużo. Nikt nie powie mi prosto w twarz, że nie ma dla mojej córki szans. Wiem, że małymi kroczkami uda mi się ją odzyskać. Do tej pory leżała bez życia na łóżku, a teraz czuję, jak chwyta mnie za rękę, unosi powieki, reaguje na słowa… Rehabilitacja to długi i mozolny proces, ale przynosi rewelacyjne efekty. Wiem, że za chwilę otworzy oczy, później powie pierwsze słowo, usiądzie. Potrzebuje jedynie czasu i właściwej opieki. Pamiętam, kiedy była malutka, gdy uczyła się wszystkiego od początku. Teraz drugi raz jej życie trafia w moje ręce, a ja nie mogę jej zawieść. Wieloletnia walka o zdrowie syna sprawiła, że nigdy nie zgromadziliśmy oszczędności. Tata Julii, choć jest człowiekiem schorowanym, znalazł pracę, by walczyć o swoje dzieci. Teraz każda złotówka jest na wagę ich zdrowia i życia. Sekunda zniszczyła życie Julii – teraz potrzeba wiele lat, by je odbudować, dlatego bardzo prosimy o pomoc. Pomóżcie mi wyjść jej naprzeciw, kiedy los pozwoli jej do mnie wrócić. Mama

88 582,43 zł ( 81,63% )
Brakuje: 19 928,57 zł
Paweł Rodzeń
9 dni do końca
Paweł Rodzeń , 22 lata

Marzenia? Mogę je spełnić, ale potrzebuję Twojej pomocy...

Od „zawsze” poruszam się na wózku – od urodzenia, wraz z rodzicami i rodzeństwem, walczę z Dziecięcym Porażeniem Mózgowym. Przez 19 lat, mimo dużego napięcia moich mięśni, udało mi się wywalczyć to, że potrafię sam zjeść śniadanie czy obiad, sam się podpisać, napisać coś na komputerze... Dzięki ciągłej rehabilitacji, przy pomocy rodziców przejdę parę kroków do toalety, czy mojej sypialni. Każdy dzień to ciężka praca o to, aby tego, co dotąd osiągnąłem, nie utracić. Każda choroba czy operacja powoduje regres w mojej samodzielności. Mam problem z koordynacją i koncentracją. Ale nie poddaję się. Jedną z form mojej rehabilitacji jest jazda na specjalistycznych nartach (wózek na trzech nartach prowadzony przez tatę). W dużym stopniu wspomaga moją wieloletnią rehabilitację, motywuje i uczy mnie wytrwałości w dążeniu do celu. Dzięki jeździe na nartach doświadczam tego, czego nigdy wcześniej nie miałem okazji poznać – jazda w dół – prędkość, skręty – siła odśrodkowa, jazda wyciągiem krzesełkowym i bycie na szczycie góry... Niestety do tego potrzebny jest odpowiedni sprzęt i turnus rehabilitacyjny. Wszystko to wpływa nie tylko na mój rozwój fizyczny, ale przede wszystkim na rozwój psychiczny i pozytywnie przenosi się do mojego życia codziennego. W końcu nie czuję się jak więzień własnego ciała i w końcu czuję, że mogę robić to samo, co inni.  Paweł

12 881,00 zł ( 38,55% )
Brakuje: 20 529,00 zł
Marta Malak-Branicka
Pilne!
Marta Malak-Branicka , 39 lat

Urodziła zdrową córeczkę – dzień później walczyła o życie❗️

1 marca Pola skończy 2-latka. Dzień później jest kolejna rocznica, o której wszyscy chcielibyśmy zapomnieć. W chwili, kiedy powinna być najszczęśliwszą kobietą na ziemi, jej zawalił się świat! Marta dzień po porodzie naszej drugiej córeczki dostała udaru krwotocznego mózgu. Pola straciła z oczy mamę – najważniejszą osobę w tych pierwszych minutach życia! Przez tydzień Marta była w śpiączce i nikt nie dawał żadnych nadziei, czy się wybudzi...  Udar krwotoczny to fala, która pojawia się nagle i sieje zniszczenie w mózgu. Żaden lekarz nie jest w stanie ocenić tego, jak wielki będą uszkodzenia, czy chory przeżyje, czy uda się go w ogóle wybudzić. Drama – w jednej sali noworodek, który potrzebuje ciepła swojej mamy, a na innym oddziale matka, która w każdej chwili może odejść na zawsze. Chwile szczęścia i radość z Poli przeplatały się z łzami i strachem o Martę. Koszmarny tydzień, po którym może się wydarzyć wszystko. Dwie córki, maż – rodzina bez jej najważniejszej części bez matki, która dała życie, by po chwili omal nie stracić swojego... Marta jest wojowniczką, wiedziała, że ma do kogo wracać i musi dać z siebie wszystko. Powoli, po trzech miesiącach mogła wrócić do domu. To był nasz najszczęśliwszy czas, którego było nam trzeba po tak długim. Marta miała jeszcze trudności, ale robiła także bardzo duże postępy. Wszystko zaczęło się układać, wszystko szło w dobrym kierunku, kiedy nagle opadła kurtyna, której sami nie potrafimy podnieść! W listopadzie nastąpiło pogorszenie stanu zdrowia. Diagnoza – najgorsza z możliwych – zaczął obumierać pień mózgu i lekarze musieli od razu operować, aby uratować życie Martusi… Marta trafiła na Oddział Neurochirurgii Klicznicznego Szpitala Wojewódzkiego w Opolu. Przeszła kolejną, do tej pory już ósmą, operację ratującą jej życie. Wszystkie złe wspomnienia wróciły w jednej chwili, mieliśmy wrażenie, że to jakiś dramatycznie zły sen… Udało się ocalić życie, ale Marta nie mogła wrócić do domu, do dzieci... Od listopada przebywa w hospicjum w Oławie. Jest sparaliżowana i wymaga stałej opieki, jest karmiona przez sondę PEG. Nie może samodzielnie jeść, pić, chodzić, nie może przytulić swoich córeczek i ukochanego męża. Nie może zadzwonić do mamy, opowiedzieć o tym co czuje... Swoje uczucia i potrzeby wyraża za pomocą uśmiechu lub poprzez uściśnięcie dłoni. My, jej najbliżsi, rodzina i przyjaciele, znamy Martę jako mądrą, piękną i bardzo empatyczną osobę. Zawsze mogliśmy liczyć na jej wsparcie, pierwsza dzwoniła z gratulacjami, życzeniami urodzinowymi lub tak po prostu dopytać "co słychać?". Bardzo nam jej brakuje… Marta dostała jedynie 3 miesiące, aby być przy maleńkiej Poli, starsza córeczka Ula nie mogła się doczekać powrotu mamy ze szpitala. Dziewczynki potrzebują mamy, a Marta potrzebuje ich – żeby mogła z nimi być, musi najpierw przejść kosztowne leczenie i rehabilitacje. To przykry paradoks tej sytuacji.  Tak trudno jest mi pogodzić rolę taty i mamy. Cały czas mam nadzieję, że dzięki intensywnej rehabilitacji Marta wróci do domu. Bo dom bez niej jest zupełnie inny. Nasza miłość i energia skupia się przede wszystkim na pomocy Martuni. Do tego potrzebujemy także środków na rehabilitację i opiekę. Wierzę, że mamy obok siebie ludzi, którzy pomogą Marcie w powrocie do zdrowia.  Mąż Maciek z rodziną i przyjaciele ––––––––– Losy Marty można śledzić na Facebooku

226 544,00 zł ( 65,97% )
Brakuje: 116 860,00 zł
Łukasz Kujawiak
Łukasz Kujawiak , 32 lata

Dwa razy otarł się o śmierć, więzi go własne ciało... Pomóż wrócić Łukaszowi!

Łukasz musi się wybudzić, inaczej nigdy się nie dowiem, co się wydarzyło. Musimy uwolnić go z więzienia, jakim stało się dla niego własne ciało! Czekamy na Łukasza całą rodziną. Tęsknimy… Prosimy, pomóż nam odzyskać ukochanego tatusia i męża. Mój mąż w ciągu dwóch lat dwa razy oszukał śmierć. Niestety, drugim razem ta pozostawiła bolesne piętno... To historia, w którą trudno uwierzyć, jednak wydarzyła się naprawdę. Wydarzyła się nam… Pierwszy wypadek był trzy lata temu. Mąż miał wypadek. Doznał ciężkiego urazu mózgowo-czaszkowego, nie dawali mu szans. Wierzyliśmy jednak w cud, a ten się wydarzył! Łukasz odzyskał 99% sprawności, nikt by nie zauważył, że zaledwie kilka miesięcy wcześniej walczył o życie i zdaniem lekarzy - miał przegrać. A potem był drugi wypadek… Mija dokładnie rok od wypadku. Mąż poszedł na spotkanie ze znajomymi - świętowali narodziny dziecka jednego z nich. Gdy ponownie próbowałam się skontaktować z Łukaszem, odebrał ktoś inny, mówiąc, że mój mąż spadł ze schodów. Od razu zapytałam, czy wezwali karetkę. Potwierdzili. Wsiadłam w samochód i pognałam co sił na miejsce wypadku… Gdy dojechałam, karetki jeszcze nie było. Myślałam, że przyjechałam po prostu pierwsza, ale okazało się, że nikt nie zadzwonił na pogotowie. Okłamali mnie… Sama wykręciłam numer i po chwili pędziliśmy już do szpitala. Lekarz uspokajał mnie, że to nic takiego, mąż tylko nabił sobie guza, żebym wracała do domu i potem przyjechała tylko odebrać Łukasza.  Gdy wróciłam do szpitala, mąż był właśnie operowany. Kolana się pode mną ugięły… Jak to operowany?! Przecież nic mu miało nie być, mieliśmy wrócić do domu, do dzieci! Na początku nie docierały do mnie słowa lekarza. Jaki obrzęk mózgu, jaki krwotok? Małe szanse przeżycia, właściwie ich nie ma. Zdołali odbarczyć mózg, a mi kazali czekać na cud. Poza mną nikt nie wierzył, że Łukasz przeżyje… Opisując uszkodzenia mózgu lekarze stosują swoistą skalę. 3 punkty w tej skali oznaczają śmierć. Łukasz miał 4 punkty i nadal oddychał. Niestety, uszkodzenia były olbrzymie… Ja jednak nie traciłam wiary. Miałam deja vu - zaledwie dwa lata wcześniej byłam w tym samym szpitalu, mój mąż też walczył o życie i też mi mówili, że nie ma szans. On jednak z tego wyszedł, dlaczego teraz ma być inaczej?! - myślałam. Gdy Łukasz został wypisany ze szpitala do ośrodka rehabilitacyjnego, był cieniem człowieka. Ważył 45 kilogramów, tylko leżał, jak roślinka. Dopiero moje starania i codzienna pielęgnacja sprawiły, że powoli wracał do odpowiedniej wagi. Niestety uszkodzenia mózgu były na tyle duże, że Łukasz nie ma władzy nad ciałem. Jednak wszystko rozumie! Codziennie go odwiedzam. Zadajemy Łukaszowi pytania i na kartkach piszemy odpowiedzi. Ręką, którą jest w stanie poruszać, zawsze wskazuje te prawidłowe! Na początku trudno mi było powiedzieć dzieciom, co stało się tacie. Nasz synek Marcelek ma dopiero 6 lat, bardzo tęskni za tym, co było kiedyś. Wożę go do męża bardzo często. Marcel przytula się, pomaga w goleniu, pokazuje tacie nowe autka. Łukasz nie jest w stanie zrobić nic. Widzę tylko jego wzruszenie, gdy łza za łzą spadają na poduszkę. Zupełnie bezgłośnie… Jedyną drogą, by mąż do nas wrócił, jest intensywna rehabilitacja. Zebraliśmy wszystkie nasze oszczędności z mamą Łukasza i pojechaliśmy na intensywny, 3-tygodniowy turnus. Rehabilitacja bardzo pomogła! Niestety, jest bardzo droga i nie stać nas na nią. To, co oferuje NFZ, jest zaledwie kroplą w morzu.  Nie da się wytłumaczyć tego, co czujemy, co czuje Łukasz. Zamknięty we własnym ciele, ale świadomy. Tak bardzo chciałabym mu pomóc… Będziemy walczyć, póki starczy nam sił, by cud życia Łukasza mógł trwać. Niestety, nie mamy środków, by opłacać bardzo drogą rehabilitację. Bardzo proszę, pomóż mi odzyskać męża… Angelika, żona

8 260,00 zł ( 7,61% )
Brakuje: 100 251,00 zł
Przemuś Glac
Przemuś Glac , 5 lat

Proszę, uratuj mój wzrok – pozwól mi widzieć❗️

Jego domem przez prawie 2 miesiące była klinika oddalona o 70 km. Nasz pierwszy wspólny czas nie trwał długo – szpitale były jego domem przez kolejne trzy miesiące. Na OIOM-ie, neurologii tam były jego łóżeczka. Kolejne diagnozy zdawały się nie mieć końca! Bezdechy, zapalenia opon mózgowych, obniżone napięcie mięśniowe, obniżona odporność, wnętrostwo, opóźnienie psychoruchowe. Kiedy myśleliśmy, że to już koniec, przychodzili lekarze i wymieniali kolejne choroby – padaczka lekooporna, refluks, ostre atypowe zapalenie skóry, problemy ze wzrokiem... Mózg próbował kodować te wszystkie rzeczy, a serce pękało na kawałki... Przemuś jest już po pierwszej serii przeszczepów komórek macierzystych w Bangkoku. Minął dopiero niewielki okres od naszego powrotu, a my widzimy już dużą różnicę w poprawie funkcjonowania Przemusia, zresztą nie tylko widzi to rodzina, ale także rehabilitanci i lekarza:) Przemuś nadal nie siedzi, ale zrobił ogromny postęp w tym kierunku – posadzony potrafi utrzymać się kilkanaście sekund!!! A to jak na początek bardzo dużo. Poprawiła się reakcja jego oczek! Przemuś obraca głowę za światełkami, kontrastami i odblaskami w normalnym świetle! Teraz czekamy, aż zacznie skupiać wzrok na twarzach i innych przedmiotach Poprawiła się jego sprawność fizyczna, bardzo się wzmocnił- coraz dłużej potrafi utrzymać głowę w górze, kręgosłup coraz lepiej trzyma, poprawiła się sprawność rączek – ciągle coś próbuje złapać. Kilkadziesiąt badań, konsultacji, ale wciąż nie wiemy, jaka jest przyczyna jego nieustających bezdechów, zagrażających życiu! Badania genetyczne wykluczały kolejne podejrzewane choroby. Synek został nazwany przez lekarzy dzieckiem roślinką, które powinno być pod opieką hospicjum. Po ciężkich miesiącach ciągłej walki o życie wyszliśmy do domu. Nasza radość i tym razem nie trwała długo. Sepsa – miesiąc walki o każdy następny dzień. Chodź jego stan był krytyczny, wygrał walkę o życie i walczy jak lew, by odzyskać sprawność. Przemuś stracił większość odruchów, które udało nam się już wypracować. Zmiany w mózgu wyrządziły kolejne szkody. Przemuś od tej pory musi być karmiony przez sondę, którą w ostatnim czasie zmieniliśmy na PEG-a. Martwica jelita – dodatkowa pozostałość po sepsie niemal go zabiła. Szybka operacja uratowała Przemusiowi życie. Lekarze mówili, że przeprowadzili ją w ostatniej chwili, bo parę godzin później już nie byłoby szans, by go uratować. Zapalenie płuc oraz wiele innych infekcji ciągle atakowały jego organizm. Od samego początku, w miarę możliwości i stanu zdrowia Przemusia, prowadzimy intensywną rehabilitację, która przynosi efekty, lecz każda choroba, pobyt w szpitalu powoduje, że robimy ogromny krok w tył. Każda najmniejsza poprawa, reakcja to dla nas ogromny sukces. Mózgowego porażenia dziecięcego nie da się wyleczyć – jedyne co może pomóc to intensywna rehabilitacja i przeszczep komórek macierzystych, które pomagają odbudować zniszczenia w mózgu, jakie spowodowały wylewy, padaczka i sepsa.  Najważniejsze jest teraz dla nas to, że Przemuś będzie widział – tak, jego wzrok już uległ poprawie! Nie możemy zmarnować tej szansy! Zrobię wszystko, by mógł widzieć, widzieć nas – rodziców, siostrę, dziadków, otaczający go świat! Wiem, że będzie mial wtedy większa motywację do  postępów. Oczami wyobraźni widzę, jak mówi pierwsze świadome słowa – mama, kocham czy dziękuje, zacznie chodzić, bawić się z Tosią. Ja to naprawdę widzę! Każdy uśmiech, każdy śmiech na jego twarzy uświadamia mi, jak bardzo go kocham i zrobimy wszystko by mu pomóc… Aby móc zdobywać kolejne zdolności, Przemuś musi mieć zapewnioną bardzo intensywną wielokierunkową rehabilitację w najlepszej postaci – czyli turnusy rehabilitacyjne. Potrzebuje także odpowiednich sprzętów, by utrzymywać prawidłową postawę i nie dopuszcza do skrzywień kręgosłupa, bo to może oznaczać operację i kolejne problemy. Jesteśmy dumni, że mamy takiego wojownika przy sobie :) Jesteśmy wdzięczni Ogromnej armii naszych aniołów za to, że dali nam możliwość odbycia pierwszej terapii – nie zmarnowaliśmy tej szansy – mamy efekty, musimy walczyć dalej ! Wierzymy, że i tym razem nasza Armia będzie z nami i nam pomoże! W Klinice w Bangkoku Przemuś, w krótkim czasie będzie mógł otrzymać kolejną dawkę 400 milionów komórek! Do tego bardzo intensywna rehabilitacja i dieta mogą naprawdę mu pomóc. Nie będę czekać na sam cud – muszę mu sama pomóc! A stanie się to tylko dzięki pomocy ludzi o dobrych sercach. Dzięki Wam! Mama

53 404,92 zł ( 22,52% )
Brakuje: 183 708,08 zł
Filip Prątnicki
Pilne!
Filip Prątnicki , 14 lat

By marzenia o sprawności nie przekreśliły pieniądze... – walka trwa!

“Państwa syn nie będzie sam się poruszał, jadł ani pił” – kiedy Filip się urodził, diagnozy zwaliły nas z nóg. Lekarze nie owijali w bawełnę. Powiedzieli nam wprost, że o jakiejkolwiek samodzielności możemy zapomnieć. Na szczęście my nigdy nie przestaliśmy wierzyć w to, że będzie inaczej, że medycyna pójdzie do przodu, a Filip nie będzie skazany na wózek. Teraz to, w co tak mocno wierzyliśmy, może się spełnić… Filip choruje na artrogrypozę, ma stopy końsko-szpotawe. Co to oznacza? Jego rączki i nóżki są powyginane, ma przykurcze rąk, bioder i kolan. Kochaliśmy synka, kiedy jeszcze byłam w ciąży, ale gdy zobaczyliśmy go po raz pierwszy, pokochaliśmy go jeszcze mocniej. Wtedy obiecaliśmy sobie, że zrobimy wszystko, co możliwe, żeby kiedyś mógł być sprawny. Filip od samego początku jest rehabilitowany i pionizowany. Próbujemy wszystkiego – każdej metody. To ból i cała masa ciężkiej pracy, ale gdyby nie to, Filip nie miałby żadnej szansy na sprawność. Spełniłby się scenariusz, o którym na samym początku mówili lekarze. Za Filipem kilka ciężkich operacji, w tym dwie w niemieckiej klinice Vogtareuth. Po raz pierwszy operowano go, kiedy miał tylko 2 latka. Pękały nam serca, bo przecież dziecko nie powinno znosić tyle bólu. Później był szereg kolejnych operacji w Polsce – średnio raz na dwa lata. Operowano stopy, biodra, kolana, rączkę.  Dzięki tym operacjom i rehabilitacji Filip jest sprawniejszy, ma więcej siły, ma lepiej rozbudowane mięśnie.  “Państwa syn będzie chodził!” – te słowa usłyszeliśmy od doktora Feldmana z European Paley Institute. Dzięki pomocy wspaniałych Darczyńców udało się – Filip pojechał na operację, dzięki której niedługo będzie mógł zacząć naukę chodzenia. Niestety by tak było, konieczna jest bardzo kosztowna specjalistyczna rehabilitacja oraz ortezy...  Filip cały czas dzielnie ćwiczy, bo wierzy, że to w końcu sprawi, że będzie chodził. Nie wyobrażamy sobie, że mogłoby być inaczej. Nie możemy pozwolić na takie rozczarowanie. Kiedyś obiecaliśmy sobie i naszemu synkowi, że zrobimy wszystko, by mógł być sprawny. Teraz musimy dotrzymać tej obietnicy. Prosimy, pomóż nam raz jeszcze zawalczyć o zdrowie Filipa... Rodzice Filipa _____________ Podczas zbiórek w Radzanowie na rzecz Filipa udało się uzbierać 4344,07 zł, przez co zmniejszamy kwotę zbiórki o tę sumę.

76 867,00 zł ( 86,93% )
Brakuje: 11 553,00 zł
Natalia Darowska
Natalia Darowska , 22 lata

Walka o sprawność trwa! Bez Ciebie Natalia straci swoją szansę...

Natalia miała ciężki start. Jej historię niektórzy już doskonale znają. Pęd życia pełnej energii nastolatki został brutalnie przerwany przez  tragiczny wypadek. To był moment, w którym miała stracić wszystko. Lekarze raz po raz powtarzali, że nie ma szans. A mama podjęła walkę, bo jako jedyna wierzyła, że to nie koniec.  Długotrwały pobyt w szpitalu ratował jej życie, ale każdy dzień spędzony na szpitalnym łóżku sprawiał, że organizm zapominał o podstawowych ruchach. Kiedy zakończyła się najważniejsza walka - ta na śmierć i życie, Natalia stanęła przed kolejnym poważnym wyzwaniem - batalią o sprawność. Młody, silny organizm - każdy powtarzał, że jej powrót to kwestia kilku miesięcy. Szybko okazało się, że to tylko życzenie. Nieosiągalne. Od tego czasu, od pierwszego pobytu w ośrodku rehabilitacyjnym minęło sporo czasu. Mieliśmy wzloty i upadki. Nadzieja pojawiała się, a za chwilę znikała. Mimo zniechęcenia, zwątpienia, Natalia wkładała ogromny wysiłek w codzienne ćwiczenia. Długa lista zajęć zdawała się nie kończyć… Kilka miesięcy ciężkiej pracy przyniosło wspaniałe efekty! Natalia w końcu wstała z łóżka, zaczęła próbować. Znów pojawiła się nadzieja…  Pierwsze powroty do domu i mnóstwo wyzwań, które stawiało przed nami życie. Mieszkanie nieprzystosowane do potrzeb osoby niepełnosprawnej, dochodzenie do każdej umiejętności tysiącami prób. Natalia zawsze miała silny charakter, ale dopiero powrót do sprawności udowodnił, jak wielką kryje w sobie siłę. Ja mogłam tylko ją wspierać, rozmawiać z rehabilitantami, szukać dodatkowych rozwiązań. Dla mnie jasne było, że ona wróci, jedynym pytaniem było to jak dużo czasu jej to zajmie.  Czuwanie przy szpitalnym łóżku, wsparcie podczas rehabilitacji to moja codzienność. Poświęciłam jej wszystko i wiem, że nie będę tego żałować, ale na naszej drodze pojawił się poważny problem. Wszystkie umiejętności, których znów nauczyła się Natalia wciąż wymagają ogromu pracy. Tylko regularne ćwiczenia z rehabilitantami zapewnią, że krok za krokiem będzie wracać do formy. Dla Natalii samodzielność wyliczona jest ilością przepracowanych godzin. Tysiącami ćwiczeń wykonanych podczas codziennej rehabilitacji i ilością turnusów, których przepracowanie pomoże jej zacząć nowe życie. Już dziś wiemy, że same nie damy rady. Środki zebrane podczas pierwszej zbiórki wykorzystałyśmy na dotychczasową rehabilitację. Teraz zmieniamy ośrodek, a wraz z nim zmienia się kosztorys. Znów potrzebujemy kilkudziesięciu tysięcy, by zbliżyć się do spełnienia największego marzenia. By okres śpiączki, rekonwalescencji i ćwiczeń za kilka lat wspominać jako zamknięty etap. Widzę, że Natalia bardzo chce wrócić do normalności. Ominęło ją tak wiele, ale nie wszystko stracone… Znów wszystko jest możliwe, ale po raz kolejny liczymy na Was. Tylko dzięki Wam, Natalia będzie miała możliwość sięgnięcia po to, co początkowo wydawało się nieosiągalne. Sprawność i samodzielność Natalii przestała być mrzonką! Teraz możliwe jest wszystko, jeśli zdecydujesz się nam pomóc! Czasem widzę, jak przegląda profile dawnych znajomych na portalach społecznościowych. Wiem, że chciałaby podobnie jak oni realizować swój życiowy plan, marzenia, ambicje. Musi na to jeszcze poczekać. Ale nie chcę i nie mogę odebrać jej marzeń, na które ciężko pracuje każdego dnia. Wiem, że zasłużyła na dobro. Znów możesz być naszego sukcesu, musisz tylko otworzyć serce! Proszę, bądź z nami ponownie! 

13 721,69 zł ( 19,15% )
Brakuje: 57 916,31 zł
Nicolas Hołówka
Nicolas Hołówka , 7 lat

Codziennie walczę o zdrowie mojego dziecka! Bez pomocy nie dam rady!

Z pierwszych dni Nikosia pamiętam rozrywający płacz Nikosia i jego cierpienie. Każda próba nakarmienia synka kończyła się spazmami i ogromnym bólem. Zaczęła się nasza wędrówka po lekarzach. Każda propozycja z ich strony kończyła się fiaskiem... Dopiero dwa lata temu po bardzo dokładnych badaniach okazało się, że Nicolas ma ostrą reakcję pokarmową praktycznie na wszystko. Jego jadłospis składał się tylko z kilku rozgotowanych warzyw, które dawałam mu do jedzenia. I to w trybie rotacyjnym, ponieważ podanie mu 3 razy marchewki w ciągu 48 h kończyło się wytworzeniem na nią nietolerancji. Jelita były w tak złym stanie, że każdy produkt traktowały jak zagrożenie… Przez dwa lata nikt nie potrafił zdiagnozować problemów Nikosia. Leczyło nas 7 lekarzy z 4 różnych krajów i dopiero po wysłaniu próbek do USA udało się postawić pierwsze diagnozy. Niestety leczenie jest tak samo kosztowne jak badania, które trzeba wykonywać regularnie.  Oprócz tego Nikoś jest także znacznie opóźniony psychoruchowo i ma autyzm. Jego schorzenia powodują, że przez długi czas lekarze nie potrafili nam pomóc. Na szczęście weszliśmy na dobrą drogę i powoli zaczynam widzieć światełko w tunelu. W rozwoju Nikosia widzę maleńką poprawę, która jest dla nas ogromna. Dlatego tak bardzo chciałabym kontynuować terapię i rehabilitację synka, która pomaga mu radzić sobie z jego problemami. Za to moim problemem zaczynają być fundusze. Roczna opieka specjalistów to blisko 40 tysięcy złotych. Ostatnie dwa lata terapii pokazały nam, że jest o co walczyć, ponieważ nasz Aniołek robi duże postępy, i wciąż mamy nadzieje na jego samodzielność i zdrowe funkcjonowanie. Diagnozy Nikosia są bardzo liczne – rozległe infekcje jelit bakteriami paciorkowca, klebsielli i E.Coli, - Niedobory enzymów trzustkowych, obciążenie toksynami i metalami ciężkimi, dysmielinizacja, epilepsja, autyzm wczesnodziecięcy, - Znaczne opóźnienie psychoruchowe. Niestety sami nie jesteśmy już w stanie finansować jego leczenia i rehabilitacji.  Wiem, że mój synek będzie potrzebować takiego wsparcia jeszcze przez długi czas. Ogromnie Cię proszę o wsparcie. Nikoś jest wspaniałym dzieckiem i jak każda matka, chcę dla niego tego, co najlepsze! Mój synek dość już wycierpiał, dlatego muszę mu jak najszybciej pomóc! Dominika, mama Nikosia

19 344,00 zł ( 12,62% )
Brakuje: 133 848,00 zł
Aleksandra Rutkowska
Aleksandra Rutkowska , 26 lat

Mama Oli zginęła w wypadku, a ona wciąż walczy... Ratunku!

Nie pamiętam tego momentu. Chwili, w której niczego nieświadoma straciłam cały dotychczasowy świat. Wszystko runęło. Z opowiadań towarzyszy podróży dowiedziałam się, że byłam przytomna, świadoma, że słyszeli mój pełen przerażenia i bólu krzyk.  _____ Po wypadku dostawałam strzępki informacji. Dozowano mi je w obawie przed nagłym pogorszeniem, a może po prostu obawiano się, że załamię się i poddam bez walki. Na początku silne leki wyłączały moją świadomość co kilka godzin. Nawet kiedy z kimś rozmawiałam, nie pamiętałam, o czym ani jak długo. To było niezwykle męczące. To wtedy mój organizm prowadził . Wtedy z niewielu rzeczy zdawałam sobie sprawę…  Znacznie później, po kilku tygodniach, zaczęłam łączyć fakty. W kwietniowy świąteczny wieczór wracaliśmy całą rodziną do naszego domu. Fantastyczna atmosfera unosiła się w powietrzu, a my radośni po dniu spędzonym z bliskimi ruszyliśmy w drogę powrotną. Uwielbiałam te spotkania. Niestety, jedno z nich zapadnie mi w pamięci  jako  najgorsze wspomnienie mojego życia… Zasnęłam tylko na chwilę, a z reszty wypadku pamiętam tylko ciemność…  Kiedy mój stan się ustabilizował poznałam szczegóły zdarzenia. Czołowe zderzenie z innym autem doprowadziło do tragedii. Moja mama nie przeżyła tego zdarzenia. O jej śmierci dowiedziałam się dopiero 3 tygodnie później. Nie wierzyłam w to, co słyszę. Ona była przy mnie zawsze, mogłam na nią liczyć w każdej sytuacji, a teraz nie ma jej. Nie powie mi “dasz sobie radę, wierzę w ciebie”. Tęsknota odebrała mi nadzieję na to, że będzie lepiej. Jakby tego było mało usłyszałam kolejną informację, która doprowadziła mnie na skraj… Miałam już nigdy nie stanąć na nogi, w wyniku wypadku został przerwany rdzeń kręgowy. Koniec marzeń, przyszłość stanęła pod znakiem zapytania. Jedyne, czego chciałam w tym momencie… to zapaść w sen. By nie czuć tego bólu, przerażenia i tęsknoty… Te wiadomości nie mogły mnie złamać. Musiałam się podnieść, podjąć walkę. Mimo potwornego cierpienia i obawy o każdy dzień rozpoczęłam działanie. Współpracowałam ze specjalistami, zadawałam mnóstwo pytań, a w głowie miałam to najważniejsze: czy ja jeszcze stanę na nogi? Rehabilitacja - wielu ludziom wydaje się, że to ćwiczenia, które dla osoby chorej stanowią swego rodzaju rozrywkę. A dla mnie to być albo nie być. Bo przede mną całe życie i chcę zrobić wszystko, by pokonać przeciwności, które konsekwencje wypadku stawiają przede mną każdego dnia.  Moje potrzeby są ogromne, rehabilitacja, turnusy, niezbędny sprzęt do ćwiczeń i dostosowanie mieszkania do potrzeb osoby niepełnosprawnej. Koszty są przerażające! Boję się, bo patrzę na nią i widzę prawie pół miliona złotych. Dla większości to cena za spełnienie jednego lub wielu marzeń. Dla mnie to realizacja najważniejszego celu, możliwości samodzielnego poruszania, przemieszczania, powrót, chociaż do normalności. Jeszcze na początku tego roku studiowałam, tańczyłam, ćwiczyłam na siłowni… A dziś, jestem wrakiem. Liczę na Ciebie! Liczę na Twoje wsparcie! Twoja pomoc to moja szansa. Na to, że dasz mi nadzieję na planowanie przyszłości.  Codziennie staję przed poważnym wyzwaniem. Poruszanie się po mieszkaniu jest dla mnie ogromnym problemem, jego rozmiar uniemożliwia większe manewry, a mała łazienka powoduje, że zawsze potrzebuję kogoś do pomocy. Asysty silnych rąk, które umieszczą mnie w wannie. Do wyjścia z domu, nawet na krótką chwilę, potrzebuję dwóch osób, które zniosą mnie i wózek.  Kilka sekund zmieniło wszystko. Zniszczone zdrowie sprawia, że wszystko inne przestaje mieć znaczenie. Jeśli myślisz, że wszystko przed tobą pamiętaj, żyj tak jakby jutra miało nie być, bo jutro jest wielką niewiadomą… Dziś staję przed Tobą i proszę, daj mi nadzieję na lepsze jutro.

57 252,00 zł ( 13,75% )
Brakuje: 358 887,00 zł

Obserwuj ważne zbiórki