Twoja przeglądarka jest nieaktualna i niektóre funkcje strony mogą nie działać prawidłowo.

Zalecamy aktualizację przeglądarki do najnowszej wersji.

W portalu siepomaga.pl wykorzystujemy pliki cookies oraz podobne technologie (własne oraz podmiotów trzecich) w celu, m.in. prawidłowego jego działania, analizy ruchu w portalu, dopasowania apeli o zbiórkach lub Fundacji do Twoich preferencji. Czytaj więcej Szczegółowe zasady wykorzystywania cookies i ich rodzaje opisaliśmy szczegółowo w naszej Polityce prywatności .

Możesz w każdej chwili określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w ustawieniach swojej przeglądarki internetowej.

Jeśli kontynuujesz korzystanie z portalu siepomaga.pl (np. przewijasz stronę portalu, zamykasz komunikat, klikasz na elementy na stronie znajdujące się poza komunikatem), bez zmiany ustawień swojej przeglądarki w zakresie prywatności, uznajemy to za Twoją zgodę na wykorzystywanie plików cookies i podobnych technologii przez nas i współpracujące z nami podmioty. Zgodę możesz cofnąć w dowolnym momencie poprzez zmianę ustawień swojej przeglądarki.

Lokalizacja

  • Cała Polska
  • dolnośląskie
  • kujawsko-pomorskie
  • lubelskie
  • lubuskie
  • łódzkie
  • małopolskie
  • mazowieckie
  • opolskie
  • podkarpackie
  • podlaskie
  • pomorskie
  • śląskie
  • świętokrzyskie
  • warmińsko-mazurskie
  • wielkopolskie
  • zachodniopomorskie
Beata Król
Beata Król , 44 lata

Pomóż mi wyjść z domu!

Bez pomocy męża nie potrafię nawet obrócić się na drugi bok. Choruję na zanik mięśni i z każdym kolejnym dniem jestem coraz słabsza. Moją jedyną nadzieją na wyjście do świata jest budowa balkonu i windy. Dystrofia zabija mnie powoli. To okrutna, nieuleczalna choroba, która konsekwentnie, krok po kroku odbiera mi resztki sprawności i samodzielności. Pierwsze jej objawy pojawiły się, kiedy miałam 13 lat. Zaczęłam chodzić na palcach, bolały mnie mięśnie. Nie miałam wtedy pojęcia, jak bezwzględny prezent ja i moje rodzeństwo otrzymaliśmy w genach. Z naszej żyjącej jeszcze dziewiątki, trójka zachorowała, a ci, którzy mieli więcej szczęścia, niestety, wciąż mogą przekazywać tę chorobę dalej - swoim dzieciom. Po kolejnych 8 latach usiadłam na wózku, z którego już nigdy nie wstanę. Obecnie nie potrafię nawet ręki samodzielnie podnieść. Wszystko wokół mnie musi wykonać mąż, który sam jest osobą niepełnosprawną. Ma niedowład lewostronny i częste ataki padaczki. Mając mózgowe porażenie dziecięce, też potrzebuje wsparcia, a mimo to poświęca się w pełni dla mnie. Z tygodnia na tydzień jestem coraz słabsza. Jedyne, co mi pozostało sprawne, to dłonie i głowa… Mieszkamy na poddaszu w starym, ponad 100-letnim budynku. Ciasny, ale własny kawałek podłogi. Niestety, zupełnie niedostosowany do potrzeb takiej osoby, jak ja. Nisko sufit, wąskie schody i przejścia. Żeby mi pomóc wyjść na zewnątrz, mój mąż musiałby się chyba nazywać Pudzianowski. Bez siły przynajmniej dwóch zdrowych facetów - nie mamy szans. Mojej choroby nie da się uleczyć. Nie da się jej również zatrzymać. 40 lat na karku i już wiem, że no… nie zostało mi zbyt wiele wiosen. Dystrofię mięśniową można najwyżej próbować spowolnić przez intensywną rehabilitację. Próbuję więc i ja, lecz niestety przysługuje mi rocznie tylko 80 godzin ćwiczeń z NFZ. To o dużo za mało. Potrzebuję minimum 4-5 godzin tygodniowo. Czuję dużą ulgę w bólu po rehabilitacji i dlatego tak bardzo cieszę się na każde spotkanie. Spotkanie, które niestety słono kosztuje. Koszt jednej godziny rehabilitacji w domu kosztuje mnie 70zł. Miesięczny koszt rehabilitacji to ok. 1400 zł, na którą nas nie stać. Gdyby udało się tę windę zbudować, to w przyszłości skorzysta z niej również mój 9-letni siostrzeniec, który mieszka w tym samym domu i też choruje na dystrofię. Proszę o pomoc finansową — to ostatnie, co mi pozostało. Próbowałam już wszystkiego. Pisałam apele, prośby. Nawet telewizja nie chce nakręcić reportażu, bo takich przypadków mają mnóstwo, jak sądzą i byłaby mała oglądalność, a co za tym idzie — straciliby na tym, a nie zarobili... Dajcie mi szansę, uwolnijcie z więzienia. Beata

23 865,00 zł ( 16,49% )
Brakuje: 120 853,00 zł
Maria Kowalska
Maria Kowalska , 62 lata

Gdy się budzę – wstaje ze mną mrok... Proszę, pomóżcie mi zobaczyć światło

Jestem osobą niewidomą od dziewięciu lat. Mimo ogromnych problemów nie poddaję się i mam wielką ochotę na życie, bowiem jestem urodzoną optymistką. Jedyną perspektywą dla poprawy mojej sytuacji jest zrealizowanie mojego planu… Posłuchacie mojej krótkiej historii? Komórki macierzyste i moje uszkodzone nerwy wzrokowe – jeśli się spotkają, może nastać dzień, w którym nie wstanie razem ze mną mrok, ale normalne życie. Moje oczy są martwe, ślepe, wygaszone. Nie używałam ich od lat, ale teraz jest szansa! Byłabym szczęśliwa, gdyby udało mi się uzbierać choćby na wyleczenie jednego oka, co już diametralnie zmieniłoby moją sytuację. Byłabym jak nowo naprawiona, jak auto po remoncie, a w moim oku pojawiłoby się nareszcie światło. Mogłabym stać się takim cyklopem w żeńskim wydaniu – dla was to zabawne, dla mnie to marzenie i szczęście. Mogłabym, ale nie mam realnych możliwości zrealizować tego eksperymentalnego pomysłu, a jestem zdeterminowana. Ja w swoich ciemnościach muszę funkcjonować i przeżyłam już 3500 dni z tą swoją koleżanką ślepotą. W czterech ścianach, wciąż potrzebując pomocy, wciąż nie wiedząc czy i skąd nadejdzie. Miałam 10 lat, kiedy z pozoru niewinny wypadek przekreślił moje plany, a w konsekwencji zabrał wszystko, co na świecie najpiękniejsze.3 operacje, tylko po to, żeby coś widzieć, zablokowały dalszy rozwój nerwów wzrokowych i odebrały mi pasję. Zawsze chciałam kształcić się w kierunkach plastycznych, ale ślepy artysta plastyk, to bezrobotny artysta. Przeszłam na renetę chorobową, z ciężkim sercem. Nie chciałam żadnej renty, chciałam widzieć, pracować, żyć… Szok pourazowy.Drugi wypadek w moim życiu – o wiele cięższy i tragiczniejszy w skutkach. W tym wypadku zginął mój jedyny syn! Nie sądziłam do tej pory, że ciemność może mieć różne oblicza…Było to o wiele silniejsze uderzenie niż to z dzieciństwa. Silny stres, silna choroba – jaskra, odebrała resztki widzenia. Zostałam bardziej sama, niż samotność przewiduje. Było ciemno cicho i bardzo źle… 10% luksusu.To, co dla Was jest zwyczajnym życiem, dla mnie jest luksusem, niewchodzenia na ściany, nieobijania się o meble… Kiedy człowiek nic nie widzi, nie zobaczy też wyjścia z sytuacji, dopóki ktoś mu o nim nie powie. Mi lekarze dali szansę. Zaproponowano mi 10% widzenia!Super sprawa, największe szczęście, jedyna nadzieja, by jeszcze coś w tym życiu zobaczyć. Przeszczep komórek macierzystych, może przywrócić mi 10% wzroku, ale muszę zdążyć. W tej chwili robię wszystko by dotrwać do tego zabiegu, by zebrać pieniądze… 10% to spełnienie mojego marzenia. Potrzeba mi do tego utworzenia łańcuszka ludzi ogromnego serca. Nieskromnie powiem, że liczę na pomoc ludzi, których poruszyła moja historia. Mam nadzieję, że uda mi się dokonać tej wielkiej, nowatorskiej rzeczy, która utorowałaby drogę ludziom mi podobnym, a wtedy będzie to nasz wspólny sukces, podarowany ludziom pokrzywdzonym przez los. Pełna nadziei i szacunku dla ofiarodawców Maria Kowalska

9 152,00 zł ( 10,4% )
Brakuje: 78 848,00 zł
Piotr Haniecki
Piotr Haniecki , 46 lat

W mojej głowie była śmierć... Pomóż mi odzyskać życie, a moim dzieciom tatę

To był ostatni dzień maja. Piotr miał dreszcze, choć na zewnątrz panował upał. Strasznie bolała go głowa. Winił klimatyzację. Po kilku godzinach skóra paliła go jak ogień. Każdy dotyk powodował niewyobrażalny ból… Przestał oddychać. Życie jest takie nieprzewidywalne, takie kruche… Do tego dnia Piotr był zdrowym, silnym mężczyzną. Miał odpowiedzialną pracę i dwóch synów, dla których starał się być całym światem. Każdego dnia przyświecała mu jedna myśl - by Misiek i Kubuś byli z niego dumni… I nagle w jednej chwili wszysto się skończyło. Nie było już nic, tylko ciemność i walka o życie, które, jak przerwany film, w jednej chwili może się skończyć. Syn czuł się źle od kilku tygodni. Zadzwonił do mnie, żebym przywiozła mu jakąś rozgrzewająca maść. Piękna pogoda, ludzie w krótkich rękawkach, a on włączał ogrzewanie w samochodzie… - opowiada pani Bogumiła, mama Piotra. Akurat jest z nim na spacerze. Piotr porusza się na wózku. Nie jest w stanie opowiedzieć swojej historii, bo nie mówi. - Myśleliśmy, że po prostu się przeziębił. Znalazłam go nieprzytomnego, leżał bezwładnie jak szmaciana lalka… Piotra przewieziono do szpitala. Miał już przeczulicę – nieprawidłowe odczuwanie bodźców. Przy każdym dotyku niewyobrażalnie cierpiał. Lekarze podali morfinę i wprowadzili go w stan śpiączki farmakologicznej. Inaczej umarłby z bólu.  miał wirusowe zapalenie mózgu. Zakażenie układu nerwowego… Kolejne badania wykazały, że w jego organizmie sąbakterie, które zaatakowały cały organizm. Piotr został zabrany na oddział zakaźny. Kraina śmierci…. Lekarz powiedział, że jeśli syn się czymś zarazi, to będzie dla niego koniec. W ciągu 24 godzin zmarły 3 osoby. Piotrek był jedynym, który przeżył. Stan Piotra z dnia na dzień się pogarszał. Lekarze próbowali wszystkiego. Bezskutecznie. Antybiotyki nie działały… Trwała dramatyczna walka z czasem. Szukano przyczyny zapalenia opon mózgowych… W końcu nastąpił przełom, znaleziono bakterię w zatokach. Piotr skarżył się na ich ból od jakiegoś czasu. Miał katar, zatkany nos, źle się czuł. Głowę rozsadzał tępy, pulsujący ból. Myślał, że to przez klimatyzację w biurze, że go przewiało. Tymczasem w zatokach siała spustoszenie bakteria, która potem zaatakowała mózg i prawie odebrała Piotrowi życie. Przeprowadzono operację i liczne zabiegi, mające na celu usunięcie bakterii. Dopiero wtedy jego stan się polepszył. Po miesiącu odłączono morfinę. Później respirator. Pół roku trwało pozbycie się rurki tracheotomijnej… Wybudzanie Piotra było długim procesem, lekarze bali się, że dojdzie do nieodwracalnych zmian w układzie nerwowym i mózgu. Bakteria kompletnie spustoszyła organizm. Piotr ma porażoną prawą stronę ciała. Na szczęście pozostał sobą, wszystko wie, wszystko widzi, słyszy, wszystko rozumie. Wciąż jednak nie mówi. Nie może się porozumieć. Bardzo z tego powodu cierpi. Lekarze powiedzieli mi, że proces leczenia będzie długi i kosztowny, wymagający rehabilitacji, dojelitowego żywienia, opieki 24 godziny na dobę. Niestety okazało się, że dla Piotra nie ma już możliwości leczenia w ramach NFZ. Jedynym ratunkiem dla niego jest intensywna rehabilitacja - neurologiczna, logopedyczna, ruchowa w specjalnym ośrodku. Bez niej Piotr nie ma żadnych szans! Będzie przykuty do łóżka, całkowicie zależny od drugiej osoby – rozpacza mam Piotra. – Piotr ma tylko mnie i synków, ja jestem na emeryturze. Skąd wziąć pieniądze, by ratować jego zdrowie, jego życie? Pierwszy raz w życiu muszę błagać o pomoc, bo inaczej mój syn pójdzie na zmarnowanie! Na Piotra czeka dwóch wspaniałych synów. Misiek ma 10 lat, Kubuś 4 latka… Ciągle dopytują, kiedy tata wróci. Kiedy będzie w stanie z nimi porozmawiać, pobawić się, przytulić… Pomóż mu, pozwól dzieciom odzyskać tatę, a Piotrowi jego życie… Bez Twojej pomocy nigdy  się to nie uda.

46 847,00 zł ( 37% )
Brakuje: 79 748,00 zł
Martyna Koteluk
1 dzień do końca
Martyna Koteluk , 21 lat

Nie muszę żyć z piętnem kalectwa. Dzięki Wam mogę być zdrowa!

Jakiś czas temu, by opisać moje życie, wystarczyło jedno słowo – męczarnia. Wózek inwalidzki i cierpienie – bóle kręgosłupa i nóg, których nie potrafiłam znieść. Niepełnosprawność pogłębiała się każdego dnia, a ja byłam bezsilna. Choroba, której nazwy większość ludzi na świecie nawet nie słyszała, stała się moim przekleństwem. Zespół Kabuki sprawił, że kiedy miałam 9 lat, rozpoczął się mój największy koszmar – przestałam chodzić... Kalectwo chciało ukraść moje życie, na zawsze odebrać perspektywę zdrowia i samodzielności – już zawsze miałam być zależna od innych. Życie miało toczyć się obok mnie – a ja, na uboczu, zawsze sama, mogłam tylko obserwować, jak inni każdego dnia robią to wszystko, czego tak bardzo pragnęłam, a nawet nie zdają sobie z tego sprawy. Fizyczne upośledzenie sprawiało mi psychiczny ból. Być może są ludzie, którzy potrafią zaakceptować własną ułomność, kochać życie mimo doznawanej krzywdy. Ja, mając zaledwie 15 lat, czułam, że już dłużej nie dam rady. Moje życie było piekłem. Amputacja nóg – to jedyne, co proponowano mi w Polsce. Nie mogłam się na to zgodzić. Choć każda kolejna konsultacja doprowadzała mnie na skraj rozpaczy, wciąż wierzyłam w to, że to nie jest moje przeznaczenie, że Bóg zaplanował jeszcze dla mnie coś pięknego, o co warto walczyć… I tak też się stało! Lekarze z kliniki w Aschau zapewnili mnie, że potrafią mi pomóc. Otrzymałam od nich 100% szans na to, że po operacji będę chodzić. Jedyna szansa, która mogła zakończyć udrękę, miała swoją cenę - 160 tysięcy złotych. Kwota, która była całkowicie poza moim zasięgiem. Udało się ją zebrać dzięki Wam. To był prawdziwy cud – nie znam innego słowa, jakim mogłabym opisać to, co się stało. Tysiące ludzi uwierzyło razem ze mną w to, że jeszcze mogę chodzić, że można przerwać tę gehennę! Lekarze mieli rację i sprawili, że mogłam wreszcie spojrzeć na swój wózek inwalidzki z góry. Wreszcie stałam na własnych nogach, a łzy ciekły mi po policzkach dlatego, że wreszcie dostałam dowód. Szczęście, które kosztowało bardzo wiele, ale wierzcie mi – było warto. Nie pozwoliliście, bym straciła nogi, mało tego, pomogliście mi na nich wstać. Nie brakowało takich momentów, w których nawet piękny widok za oknem nie umiał na mojej twarzy wywołać, chociażby promyczka nadziei i uśmiechu liczyła się tylko wtedy tęsknota i to, że chce już wracać z mojego pola bitwy, do swojego codziennego życia przyjaciół rodziny osób, które właśnie wtedy nawet w najgorszych momentach trwały przy mnie i starały uświadomić, że to, jest tylko i wyłącznie dla mojego dobra, chociaż najchętniej spakowałabym walizki i wykupiła bilet powrotny do Polski, chociażby na kilka dni, aby chwile odpocząć i mieć moment oddechu... Ale wiedziałam, że tak nie mogę zrobić, nie mogę pozwolić sobie na zaprzepaszczenie swojej szansy niespełnienia marzenia, a przy tym zawieźć was wszystkich tych, co zrobili wszystko, aby mi pomóc… Wiedziałam, że jeśli nie pokonam swojego leku i strachu, który wciąż mi i mojej mamie towarzyszył, nigdy nie podniosę się ani nie pójdę w dalszą drogę po moje marzenia… Wiedziałam, że jeśli wrócę, chociażby na kilka dni do swojego domu nie wróciłabym tam w ogóle na kolejną operację… Zastanawiacie się, czy kiedyś zrobiłabym to ponownie? Sprawa jest dla mnie oczywista tak, ale musiałabym się na to lepiej nastawić i może zmieniłabym jedno niegojące się rany i strach przed kolejna, ciężką ośmiogodzinną… Najcięższe było czekanie, na to aż wreszcie usłyszę te magiczne słowa, które słyszałam już tak wiele, ale i tak ta radość była chwilowa, bo za chwile i tak usłyszałam, że jednak będę musiała tutaj jeszcze być… Dni, miesiące spędzone w budynku szpitala słysząc tylko język, którego i tak prawie nigdy nie rozumiałam, były bardzo trudne i ciągnęły się w nieskończoność…  Ale wiem, że było warto, gdyby nie to wszystko nie robiłabym swoich pierwszych kroków, nie wylałabym aż tak dużo łez szczęścia, nie mogłabym zobaczyć uśmiechu na twarzy mojej mamy, dla której tak jak i dla mnie nawet to, że stanęłam przy chodziku, było cudownym momentem. Jestem w połowie drogi do samodzielnego chodzenia. Dla mnie to piękne uczucie… Ale i teraz, jeśli pozwolicie, chciałabym was wszystkich poprosić, o pomoc rehabilitacja, jest bardzo kosztowna. Dlatego proszę, pomórzcie mi osiągnąć mój cel. Bo bez waszego wsparcia i dobrego serca nie uda mi się dokończyć tej walki. Teraz wierzę, że nie ma rzeczy niemożliwych.

30 707,00 zł ( 39,07% )
Brakuje: 47 868,00 zł
Ewa i Sara Laufer
10 dni do końca
Ewa i Sara Laufer , 31 lat

By życie, choć trudne, mogło jeszcze trwać... Pomóż siostrom walczyć o zdrowie!

W dniu ich narodzin poznałam, czym jest prawdziwy strach. Nie ma większego lęku niż ten o życie własnych dzieci… Czy to błąd lekarzy, nieszczęśliwe zbiegi okoliczności, zły los? Dziś, po 26 latach już o tym nie myślę. Nie mam siły i czasu, bo skupiam się tylko na jednym - by moje córki były szczęśliwe, by żyły. Stan Ewy tak wiele razy był krytyczny, że dziękuję Bogu za każdy dzień, który jest z nami. I walczę, bo co innego ma zrobić matka, gdy jej bliźniaczki urodziły się ciężko chore? Jednak brakuje już sił, coraz częściej, dlatego bardzo proszę o pomoc. Wierzę, że kogoś poruszy los moich córek, które - chociaż nie są już małymi, słodkimi maluchami - nadal są dziećmi, które bardzo potrzebują pomocy… Moje córki nauczyły mnie, że smutek dzielony z drugą osobą jest połową smutku, radość dzielona z kimś drugim jest podwójną radością. Widzę to, gdy na nie patrzę. Ewunia ma najciężej. Już tak wiele razy otarła się o śmierć i tylko cud sprawił, że jest tu nadal. Jej kręgosłup jest wygięty pod kątem 90 stopni, żebra uciskają płuca. Walczymy każdego dnia, by nie było gorzej, by nie przyplątała się infekcja, bo każda może okazać się zabójcza. Sara pomaga jak umie. Sama zmaga się każdego dnia z przeciwnościami losu i walczy, by nie usiąść na wózku inwalidzkim. Bliźniaczki są bardzo ze sobą związane, dlatego tym bardziej boję się przyszłości… Póki co wygrywamy walkę o Ewę, chociaż od 26 lat śmierć kroczy za nami, depcząc po piętach. Czy w końcu wygra? Tego nie wiem i nie chcę o tym myśleć… Ewa i Sara urodziły się o miesiąc za szybko… Zaledwie dwa miesiące wcześniej dowiedziałam się, że będe miała bliźniaczki! W 6 m.c. przyjęli mnie do szpitala powiatowego. Orzekli, że moje dziecko jest bardzo duże, że trzeba szybko wywołać poród. Dali leki, położyli na porodówce, ale nie mogłam urodzić… Nie wiedzieli, co się dzieje, kazali więc się ubrać i wracać do domu. Dzisiaj byłoby to nie do pomyślenia, ale 26 lat temu… Jednak tej samej nocy, z silnymi bólami, trafiłam do szpitala, tym razem zdecydowałam się na ten w dużym mieście. Tam okazało się, że noszę pod sercem nie jedną, a dwie małe istoty! Lekarze ze wszystkich sił próbowali powstrzymać poród, bo moje dzieci by tego nie przeżyły. Ja czułam się, jakbym trafiła do innego świata. Jeszcze dzień wcześniej byłam szczęśliwą mamą, która czekała na narodziny najmłodszego maleństwa. Teraz okazało się, że na świat przyjdą dwie córeczki i nie wiadomo, czy to przeżyją! Kolejne dwa miesiące to była walka, by maksymalnie opóźnić poród. Dziewczyny urodziły się 6 września 1991 roku, o miesiąc za szyko. Poród był ciężki, nie zdecydowali się na cesarskie cięcie… Czy to przez to Ewa i Sara mają dzisiaj aż tak trudno? Za późno by tego dochodzić, wtedy nie miałam siły, dzisiaj ważniejsze są inne rzeczy. Rozpoczął się horror walki o życie. Moje córeczki ważyły nieco ponad kilogram i od początku były skazane na śmierć… Nie umiały same oddychać, ich płuca były niewykształcone. Przez długi poród doszło niedotlenienie, doszło do krwotoków do komór… Sara była w nieco lepszej sytuacji - silniejsza, walczyła dzielnie. A Ewunia… Lekarze kazali przygotować się na najgorsze i nie mogli uwierzyć, że żyje kolejną godzinę, kolejny dzień. Dziś córeczki mają 26 lat i nie umiem sobie wyobrazić, by którejś miało zabraknąć… Opiekujemy się córkami z mężem, sami. Starsze dzieci pomagały, jak jeszcze mieszkały z nami. Dzisiaj każdy już na swoim, mają swoje rodziny, swoje zmartwienia i chociaż nadal są wsparciem, nie chcemy ich obciążać. Jakoś sobie radzimy, nie myślimy o tym, co przyniesie jutro, chociaż strach jest cały czas pod skórą. Nauczyliśmy się z nim żyć, bo boimy się w każdej sekundzie życia, już od 26 lat. Dzięki intensywnej rehabilitacji Sara dzisiaj chodzi, a Ewa żyje. Jednak wiemy, że gdy terapia nie będzie kontynuowana, możemy wszystko można stracić! Nigdy nie wiemy, jak to wszystko się skończy, dlatego walka trwa nieustannie. U Ewy najpoważniejsza jest niewydolność oddechowa - garb uciska na płuca, przez co nieustannie boimy się o jej życie. Chociaż ma orzeczone głębokie upośledzenie, umiemy się z nią porozumieć. Wiemy, kiedy ją boli, a kiedy jest szczęśliwa. A z Sarą rozumieją się bez słów! Ewa prawie nie widzi - to cena za to, że żyje. Zbyt duża mieszanka tlanowa uszkodziła nerw wzrokowy, a zaawansowana skolioza jest realnym zagrożeniem. Nie sprawdziły się żadne nowoczesne metody. Ewa nie przeżyje długotrwałej operacji, dlatego walczymy, by skolioza się nie pogłębiała. Boimy się każdego zapalenia płuc, najdrobniejszej infekcji… Życie w stresie nie jest łatwe. Szansą na poprawę stanu zdrowia moich córek jest udział w specjalistycznych turnusach rehabilitacyjnych. Dzięki kompleksowej rehabilitacji pod okiem specjalistów dziewczynki robią coraz większe postępy. Sara nie musi korzystać już z wózka, a jeszcze niedawno prowadziliśmy dwa wózki z niepełnosprawnymi córkami… Gdy nie będzie terapii, Ewa i Sara będą skazane na wegetację, a nam już po prostu nie starcza pieniędzy… Nie jest łatwo, bo dziewczyny są już dorosłe. O wiele łatwiej zebrać pieniądze na małe, słodkie dzieci, ale te dzieci kiedyś rosną, przestają być słodkie, a przecież nadal wymagają pomocy. Tymczasem rodzice zostają sami… Dlatego dzisiaj bardzo prosimy o pomoc dla naszych córek - chociaż nie są małe, nigdy nie będą samodzielne, ciągle są dziećmi, a ja ich mamą, dlatego muszę zrobić wszystko, by miały w tym ciężkim życiu jak najlżej...

64 768,00 zł ( 51,34% )
Brakuje: 61 380,00 zł
Lena Trybała
Lena Trybała , 35 lat

Los dał mi tylko jedną szansę. Proszę, pomóż mi zawalczyć o życie bez bólu...

Od zawsze we dwie - wtedy, gdy z pierwszym oddechem walczyłyśmy o życie, gdy rodzice nie potrafili się nami zająć i trafiłyśmy do specjalnego ośrodka, gdy każdego dnia pokonywałyśmy przeszkody, które stawia przed nami choroba. Dzisiaj Iza, moja siostra, radzi sobie o wiele lepiej. Ja nie miałam tyle szczęścia… Lata zaniedbań i brak odpowiedniej rehabilitacji sprawiły, że niebawem mogę usiąść na wózek i nigdy z niego nie wstać… Ale czasu nie cofnę, nie ma co rozdrapywać starych ran. Teraz w końcu mam szansę i nadzieję! Mam też ogromny strach - czy mi się uda? Operacja, dzięki której mogę chodzić, kosztuje mnóstwo pieniędzy. Pieniędzy, których nie mam... Dlatego jestem tu i proszę Cię - pomóż. Powinnyśmy urodzić się 3 miesiące później, ale los chciał inaczej. Był 1987 rok, sprzęt w szpitalach o wiele gorszej jakości, a my przyszłyśmy na świat zdecydowanie za wcześnie, by przeżyć. 6-miesięczne bliźnięta, ważące zaledwie kilogram, od początku nie dostały szansy. My jednak walczyłyśmy - o każdy oddech, o każdy kolejny dzień. Przez pierwsze trzy miesiące nie umiałyśmy nawet same oddychać. Jednak z dnia na dzień - mimo negatywnych rokowań - nasz stan się polepszał. Moja starsza o 15 minut siostra poradziła sobie o wiele lepiej - szybciej nauczyła się samodzielnie łapać oddech, potem mówić, siedzieć, chodzić. Moje dzieciństwo właściwie toczyło się w szpitalu. Nie mam wspomnień, jak biegam po łąkach, bawię się w chowanego, ścieram kolana wspinając się po drzewach… Pamiętam za to białe lekarskie kitle, kroplówki, ból i smutek. Zanim skończyłam 7 lat, miałam za sobą już trzy operacje nóg. Gdy skończyłyśmy z siostrą 6 lat, trafiłyśmy do Ośrodka Opiekuńczo-Wychowawczego prowadzonego przez siostry zakonne. Nasi rodzice niestety mieli inne priorytety, nie umieli się nami zająć, a my tak bardzo potrzebowałyśmy specjalistycznej opieki… W ośrodku nie było nam źle - tam się uczyłyśmy, tam miałyśmy rehabilitację, dzięki której byłam w stanie stawiać samodzielne, choć koślawe, kroki. Stopniowo zaczynałam się coraz lepiej ruszać, chodzić z balkonikiem. Cały czas jednak tęskniłam za domem, do którego mogłyśmy jechać tylko dwa razy w roku. Niestety - gdy skończyła się szkoła podstawowa i zaczynało gimnazjum, trzeba było wracać do domu… Ja byłam jeszcze dzieckiem, a nikt nie zadbał o to, bym miała niezbędną rehabilitację. Może gdyby wtedy więcej ćwiczyć, częściej rehabilitować, dzisiaj nie byłoby ze mną tak źle. Niestety - los chciał inaczej. Wiele lat zaniedbań przyczyniły się do mojego obecnego tragicznego stanu… Mam dopiero 31 lat i całkowitą niezdolność do pracy. Poruszam się tylko z pomocą drugiej osoby albo na wózku elektrycznym. Nie jestem nawet w stanie sama wyjść z domu... Jednak i mnie szczęście w końcu spotkało - poznałam cudownego mężczyznę, dziś mieszkamy razem i planujemy ślub. Marzę o tym, by iść do ołtarza o własnych siłach, a nie jechać na wózku inwalidzkim… I teraz to marzenie może się spełnić! Dostałam szansę na zdrowie, na naprawienie tych wszystkich lat, które poszły na zmarnowanie. W maju 2017 roku, za namową Marka, mojego narzeczonego, byłam na konsultacji u doktora Paley’a. Sama bym się nawet nie odważyła tam pojechać, ale Marek tak bardzo wierzy, że w końcu “stanę na nogi”... Dziś wiem, że to była najlepsza decyzja w moim życiu. Zakwalifikowałam się na operację  w Instytucie dr. Paley’a. Po tej operacji mogę stać się zupełnie niezależna! Właściwie to będzie seria czterech zabiegów, łącznie z wymianą biodra i prostowaniem nóg. To niesamowite, to o czym marzyłam i czego tak bardzo pragnęłam, a przez całe życie wydawało mi się niemożliwe, może stać się faktem! Jednak jest ogromny mur, który dzieli mnie od upragnionego zdrowia - są to pieniądze… Chociaż kwota jest gigantyczna i przeraża, muszę zawalczyć, choć spróbować wykorzystać jedyną szansę, która została mi dana. Postanowiłam więc, że spróbuję i poproszę Was o pomoc. Nigdy o nic nie prosiłam, starałam się radzić sobie sama, chociaż zazwyczaj wiatr wiał mi prosto w twarz. Ale tym razem los się do mnie uśmiechnął, mam szansę, a to więcej, niż miałam w całym życiu! Muszę do końca wierzyć, że się uda... Lana Bartniczak

44 576,83 zł ( 17,24% )
Brakuje: 213 889,17 zł
Dominik Kryszczak
Dominik Kryszczak , 32 lata

By w walce o samodzielność nie pozostał nigdy sam.

Może gdyby los zdecydował inaczej, Dominik byłby dzisiaj w zupełnie innym miejscu. Może właśnie rozpoczynałby pierwsze jazdy przed egzaminem na prawo jazdy, może planowałby wakacje, lub wyjeżdżał na studia. Życie potoczyło się inaczej. Dominik nigdy nie dogoni swoich rówieśników, bo przez życie nie idzie, ale jedzie na wózku inwalidzkim. Porażenie mózgowe odebrało mu normalne życie i zmusiło do walki o to, co innym przychodzi bez problemu. Do dzisiaj, choć minęło wiele lat, Dominik wciąż nie siedzi, nie chodzi... W domu można ćwiczyć, ale nigdy nie osiągnie się zdecydowanego sukcesu, jeśli nie pomogą specjaliści. Turnusy rehabilitacyjne to tak naprawdę największe pola walki okupionej łzami, bólem i ciężką pracą. To jedyna droga, bo jeśli w organizmie coś nie działa, trzeba to zmusić do pracy i zadbać o to by efekty nie poszły na marne. Dużą poprawę dały wyjazdy do Mielna, gdzie był rehabilitowany. Ponieważ sprawność ruchowa cały czas się poprawia, bardzo ważne jest kontynuowanie rehabilitacji. Obecnie Dominik został zakwalifikowany na rehabilitacje do Warszawskiego ośrodka gdzie specjalizują się w rehabilitacji osób z porażeniem mózgowym nową metodą Therasuit, gdzie osoby takie jak Dominik ćwiczą w specjalnych skafandrach. Tak program skupiony jest na określonych czynnościach, w których chory ma sobie samodzielnie radzić. Kiedy całe życie spędza się na wózku inwalidzkim, a ten musi zastąpić nogi, powinien to być dobry sprzęt. Lekarze znaleźli dla niego optymalny wózek, który nie będzie obciążał kręgosłupa i pozwoli funkcjonować bez bólu. Niestety to znów ogromne koszty, bez których to wszystko się nie uda. Optymalnym wyborem, dla kogoś, kto na wózku musi spędzić resztę ze swojego młodego życia jest wózek Kuschal R33 z napędem Smart Drive. Wózek posiada jedyny, opatentowany i oryginalny system rozpraszania i tłumienia drgań. Umiejscowiony jest centralnie w osi kręgosłupa i dzięki swojej konstrukcji zabezpiecza i chroni uszkodzony kręgosłup, przed nadmiernym przenoszeniem się drgań i wstrząsów powstałych w wyniku eksploatacji wózka na nierównych powierzchniach takich jak chodnik, bruk. W pomieszczeniach Dominik porusza się sam, ale w terenie pozostaje bezradny. Czeka, aż ktoś popchnie go kawałek. SmartDrive jest urządzeniem ułatwiającym poruszanie się wózka inwalidzkiego. Wystarczy delikatnie pchnąć ciągi, aby wózek zaczął się toczyć w pożądanym kierunku. To prawdopodobnie jedyny pojazd, jaki poprowadzi Dominik, dlatego tak bardzo mu zależy. Postanowił zwrócić się do Was, ludzi o wielkich sercach, bo sam nie da rady zarobić pieniędzy na taki sprzęt. Jest jednak szansa na to, że uda się poruszyć serca i dzięki temu osiągnąć samodzielność. Dominik marzy o czymś, na co żaden człowiek nie zwraca w swoim życiu uwagi. Proste rzeczy, takie jak przygotowanie porannej kawy, czy korzystanie z toalety, mogą przestać być dla niego marzeniem. Tak, dzięki pomocy, może wyglądać jego życie!Pomóżmy spełnić marzenie chłopaka, dla którego życie okazało się wyjątkowo trudne, a któ®e tak na prawdę dopiero się zaczyna.

116 178,00 zł ( 79,82% )
Brakuje: 29 366,00 zł
Hubert Targoński
Hubert Targoński , 26 lat

Lekarze mówili, żebym nie patrzyła jak umiera...

Widziałam go, gdy przyszedł na świat, kiedy był malutki, bezbronny. Od tego czasu minęło 21 lat, podczas których dbałam o niego, drżałam, cieszyłam się z jego sukcesów i martwiłam się jak każda matka. Teraz po tych 21 latach los sprawił, że wszystko, o czym marze, to żeby zabrać go do domu, żeby żył i mógł samodzielnie oddychać... Mój synek wyrósł na zdrowego chłopca, a stracił wszystko, co miał w jednej chwili. Cudem przeżył i cud sprawił, że jest nadal ze mną. Widziałam zdjęcia z miejsca, w którym to wszystko się stało. Na tych zdjęciach była krew… mnóstwo krwi mojego dziecka, które dzisiaj cierpi tylko dlatego, że miało pecha. Hubert pojechał do pracy jak każdego dnia. Pracował na budowie domu, gdzie tego dnia miał poszerzać otwór w ścianie. Połowę pracy wykonał z kolegą, potem chwila przerwy i druga część. Była godzina 14, powoli kończył się dzień pracy, kiedy kolega Huberta usłyszał odgłos upadającej szlifierki… Nastała cisza, z której wyłonił się Hubert, trzymający się za szyję. Szedł powoli w kierunku schodów. Kiedy doszedł do krawędzi, zachwiał się i pewnie by upadł, gdyby nie pomoc kolegi. Spod jego rąk trysnęła krew... Ułamana tarcza szlifierki uderzyła w szyję, rozcinając tętnice i żyły po prawej stronie – Hubert zemdlał… Krew zaczęła tryskać w rytm serca, wszyscy panikowali. Dopiero 3 karetka, która przyjechała, mogła mu pomóc. Przewieźli Huberta do szpitala, ale tam lekarze nie mogli połączyć wszystkich naczyń krwionośnych. Potrzebny był helikopter i szybka zmiana szpitali. Wszystko trwało bardzo długo. Serce mojego synka zatrzymało się na całe 20 minut. To za długo, by można było wywalczyć życie i jeszcze zdrowie. Nastąpiło niedokrwienne uszkodzenie mózgu – udar niedokrwienny prawej półkuli, który doprowadził do spustoszenia. Ostra niewydolność krążeniowo – oddechowa, śpiączka, brak świadomości. Żaden lekarz nie dał mi gwarancji na to, że będzie dobrze. Kazali mi czekać, a tego czekania właśnie bałam się najbardziej. Na OIOM-ie zobaczyłam mojego synka w tych wszystkich kablach, zaintubowanego, bez życia. Wszystko za niego robiły maszyny, a ja tylko płakałam z bezradności. Mój synek stracił połowę mózgu, stracił normalne życie i wszystko, co się z tym związało. Nigdy już do mnie nie przemówi, nigdy nie porozmawia. Ale serce matki oczekuje od dziecka tylko jednego – żeby było, istniało, żyło... Obecnie jest w śpiączce – otwiera oczy, ale nie ma z nim kontaktu. Oddycha samodzielnie, ale wspomagają go tlenem. Wiem, że nadal nie jest świadomy, ale czuje. Serce mi krwawi, kiedy Hubert płacze. Wtedy płaczę razem z nim, bo przecież moje dziecko nie powinno płakać w szpitalnym łóżku.Hubert pilnie potrzebuje profesjonalnej i intensywnej rehabilitacji, jak również opieki lekarzy. Czeka go długa i bardzo kosztowna walka o życie i zdrowie. Rehabilituję Huberta w Polskim Centrum Rehabilitacji Funkcjonalnej gdzie otoczony opieką specjalistów, walczy o życie i sprawność. Ja muszę się uczyć razem z nim, jak walczyć razem z nim, jak się nim opiekować i jak go rehabilitować w warunkach domowych, bo przecież kiedyś Hubert wróci do domu, w co bardzo wierzę... Niestety taka rehabilitacja jest bardzo kosztowna i przekracza moje możliwości. Jestem samotną matką 6 dzieci, więc nigdy nie uda mi się zapewnić mu takiej opieki, jakiej potrzebuje. Zwracam się z prośbą o pomoc w gromadzeniu środków na leczenie i rehabilitację Huberta. Wiem, że mój syn nigdy już nie wróci do życia, sprzed wypadku, nigdy nie założy rodziny, nie pojedzie na samodzielne wakacje. Musiałam to jakoś przyswoić, pogodzić się z tym i zacząć normalnie żyć. Wypadek zniszczył wszystko to, co było dobre. Proszę Was o pomoc, by godnie poradzić sobie z tym wszystkim, co zostało i zadbać o możliwie najlepsze życie dla mojego synka. Za każdy grosz będę bardzo wdzięczna.

39 520,02 zł ( 27,51% )
Brakuje: 104 096,98 zł
Stanisław Bandziarowski
Stanisław Bandziarowski , 75 lat

Daj mi nadzieję, że to jeszcze nie koniec...

Tylko smutek w oczach mojego taty zdradza, że się boi. Nigdy tego nie przyzna, nie da po sobie poznać, że jest źle. A przecież choroba go zabija… Zabiera naszej rodzinie podporę, nasz wzór i opokę. Tata jest twardy i dzielnie znosi każdy kolejny dzień, gdy jest go coraz mniej. Walczy, a my razem z nim - nie pozwolimy, by śmierć wygrała i nam go zabrała. Prosimy, pomóżcie nam walczyć z wrogiem, którym jest SLA. Pomóżcie mojemu tacie żyć… Zaczęło się 4 lata temu, całkiem niewinnie, jak pewnie w większości takich przypadków. Tata zaczął mówić, że boli go kręgosłup. Było to o tyle niespotykane, że przez ostatnie 40 lat w ogóle nie chorował, nie brał żadnych leków, nie był u lekarza! Bardzo się martwiliśmy, ale tata nas uspokajał, że to na pewno nic, bo przecież czasami musi coś zaboleć. Jednak gdy nie mógł przejść samodzielnie nawet 100 metrów, męczył się, musiał odpoczywać co kilka kroków, niemal siłą zawieźliśmy go do lekarza. Jednak nawet wtedy nie przypuszczaliśmy, że właśnie zaczął się spełniać najczarniejszy scenariusz… Standardowe badania nic nie wykazały. Najpierw cieszyliśmy się z tego, bo wydawało nam się, że to dobra wiadomość. Dzisiaj wiemy, że każdy wynik byłby lepszy niż to, że tomografia i rezonans pozostawiły nas bez odpowiedzi… Szukaliśmy dalej. Lekarz skierował tatę na specjalistyczne badanie przewodnictwa nerwowego. I wtedy po raz pierwszy usłyszeliśmy imię naszego wroga - SLA, stwardnienie zanikowe boczne. Szukaliśmy informacji o chorobie w internecie. Przeżyliśmy szok. Uświadomiłem sobie, że mój tata - człowiek, który zawsze wydawał mi się nie do pokonania - umiera. Cała rodzina bardzo przeżyła tę informację, tylko tata zdawał się być niewzruszony. Nawet w takiej sytuacji chciał znowu być podporą, nie pozwalał się poddać. Nie pokazywał żalu, ale jego oczy stały się smutne... Błyskawicznie osiwiał, zamknął się w sobie. Rozpaczliwie szukaliśmy ratunku, jednak każdy kolejny specjalista potwierdzał diagnozę. Mieliśmy tylko jedną szansę na powstrzymanie choroby, 60% nadziei, że pomoże… Przeszczep komórek macierzystych to w sytuacji taty ostatnia deska ratunku. Gdy dowiedzieliśmy się o tej możliwości leczenia, robiliśmy wszystko, by zebrać potrzebną, ogromną kwotę. Udało nam się zgromadzić środki na serię 3 podań. Tata odzyskał nadzieję, że to jeszcze nie koniec, że jeszcze będzie mógł być ze swoją rodziną! Choroba została tymczasowo powstrzymana, nie postępuje tak szybko, jak przewidywali lekarze. Mamy też nadzieję, że komórki macierzyste odwrócą choć niektóre skutki choroby. Walczymy o to ze wszystkich sił… Żeby tak się stało, tata musi przejść kolejną serię podań. Ale na nią już nie mamy pieniędzy… To jedyna nadzieja na powstrzymanie SLA, bo nikt jeszcze nie wynalazł leku na całkowite wyleczenie. Musimy wierzyć, że tak się kiedyś stanie i że tata doczeka tego dnia. Tymczasem ze wszystkich sił staramy się, by został z nami jak najdłużej; by choroba nie zabrała sensu życia, sił do walki i nie pogrążyła w beznadziei. By nie upokorzyła najsilniejszego człowieka, jakiego znam… Jeszcze niedawno tata był aktywny, uwielbiał motoryzację, często jeździł samochodem. Przeszedł na emeryturę, miał mieć w końcu czas dla siebie dla swojej rodziny, ukochanych wnuków… Tymczasem choroba zabrała wszystko: plany, marzenia, przyszłość. Przykuła do wózka, zabrała siły i pasję. Ale nie zabrała nas, rodziny, a my nie pozwolimy tacie się poddać. Wygnamy chorobę, powstrzymamy ją, by śmierć nie zabrała najważniejszej osoby w naszym życiu. Proszę, pomóż nam w tym...

22 468,48 zł ( 50,89% )
Brakuje: 21 680,52 zł

Obserwuj ważne zbiórki