Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Ukryj

Rak kontra rak

  • Miejsce:
    Warszawa, mazowieckie
  • Nasz cel:
    leczenie onkologiczne w klinice w Wiedniu wg austriackiego protokołu Memmat
  • Diagnoza:
    Złośliwy guz mózgu - Medulloblastoma IV st.
  • Trwa od:
    22 Lipca 2016
  • Zakończenie:
    22 Marca 2017

wsparło 19 550 osób

715 492,33 zł (73.6%)

Potrzebne jeszcze: 256 707,67 zł

Listopad 2016 r.

Drugi etap leczenia Mateusza

Koszt - ponad 800 000 złotych.

Chory na nowotwór Mateusz przybywa w klinice w Wiedniu. Jego organizm podjął walkę z rakiem - to  dobra wiadomość. Niestety środki z depozytu, dzięki którym był leczony, zostały już wyczerpane. Aby chłopiec mógł kontynuować leczenie potrzeba ponad 800 000 złotych. Zła wiadomość to ta, że jest to jedyna i ostatnia szansa chłopca... I trzeba zebrać środki, by móc ją wykorzystać.

 

Trzy miesiące temu opuściliśmy nasz dom, ukochaną rodzinę i przyjaciół. Zebraliśmy w sobie wszystkie siły i pojechaliśmy walczyć z rakiem. Tak, życie jest niesprawiedliwe. Zachorowałam na raka ja, niedługo później zachorował mój synek. Teraz ja jestem teoretycznie zdrowa, więc dlaczego on nie? Skoro los pociagnął go za mną w stronę raka, powinien mi go już oddać... A może powinnam pokornie podziękować za to, jak jest. Że mam siłę o niego walczyć. Mętlik w głowie. Bo wolałabym, by to on zdrowy czekał na mnie. Tymczasem guz mózgu cały czas zagraża życiu mojego synka. Mi odrosły włosy. Jego główka jest wciąż łysa.

 




Nadzieja, że rak reaguje na zaproponowane leczenie. Nadzieja, że dobrych ludzi wystarczy, by nam pomóc. Strach - że nie zdążymy. Strach - że Mateuszkowi nie starczy sił, że nie doczeka. Już nie raz odebrano nam nadzieję. Nie raz czuliśmy strach. To nas - mnie - nauczyło mysleć faktami. Mateusz żyje. Leczenie, które mu zaproponowano rzeczywiście okazało się być ostatnią szansą. Muszę zebrać prawie milion złotych, by mogł dalej żyć. Dam radę. Muszę.

 

Lekarze w Wiedniu stanęli na wysokości zadania, zrobili wszystkie możliwe badania łącznie z genetycznymi, aby lepiej poznać nowotwór, który atakuje Mateuszka - nowotwór odporny na leczenie standardowym protokołem. Zbiornik Ommaya został założony do głowy, a chemioterapia rozpoczęta. Mati dobrze znosi dotychczasowe leczenie. Ostatni rezonans pokazuje, że zaczęło ono powstrzymywać progresję choroby. STABILNIE – to ostatnio moje ulubione słowo. Za to zapłaciliśmy 300 000 złotych. Teraz musimy zdobyć kolejne 800 000 złotych, by nie odesłano nas do domu. Bo na tym etapie dom, to koniec. 

 

W pamięci mam jeszcze swoją walkę z nowotworem. Ostatnią, bardzo ciężką chemioterapię. Na badania kontrolne jechałam bez większych emocji. Moje myśli zajmuje i tak jeden, główny cel -  wyleczenie Mateuszka! To on ma żyć.

 




Wiem, że się nie poddam. Żadne pieniądze nie odbiorą mi dziecka. Dlatego błagam pomóżcie nam zebrać potrzebną kwotę - abym mogła leczyć synka. By moje dziecko mogło wyzdrowieć. Nie chcemy, nie możemy zmarnować tej szansy… Wierzymy, że sprawisz, że nam się uda"

Milena - mama

 

---

Lipiec 2016 r.

Walka o depozyt na pierwszy etap leczenia  Mateusza.

 Koszt - ponad 300 000 złotych.

 

Rak próbuje zabić mnie nie tylko mnie, ale też mojego syna. Trzy lata temu wykryto u mnie nowotwór jajnika. Dwa lata później okazało się, że Mateusz ma guza mózgu. Od tego czasu dwa nowotwory prowadzą ze sobą wyścig, jakby sprawdzając, który z nich zwycięży jako pierwszy, który sprawi, że się poddamy, opadniemy z sił. Ale ja nie zamierzam się poddać. Walczę o siebie, ale przede wszystkim walczę o Niego, o życie Matiego, mojego jedynego dziecka.

 




Nie znam lepszej osoby niż mój syn. Ma tylko 6 lat, ale to on daje mi siłę, chęć do codziennej walki z losem, który okazał się dla nas taki okrutny. Jesteśmy nierozłączni, wszędzie razem. Nigdy jednak nie sądziłam, że trafimy razem również na oddział onkologii…

 

Zaczęło się banalnie. To miała być zwykła operacja usunięcia torbieli na jajniku. Kiedy się wybudziłam i zobaczyłam wyraz twarzy mojego taty i siostry, już wiedziałam, że coś poszło strasznie nie tak. Okazało się, że w trakcie badań śródoperacyjnych wykryto coś więcej niż torbiel. Rak jajnika. Wraz ze zmianami nowotworowymi musiano wyciąć mi wszystko, nie mogę mieć więcej dzieci. Operacja, która miała być zwykłym zabiegiem, stała się operacją ratującą mi życie.

 

Byłam zszokowana, zrozpaczona. Słowo „rak” brzmiało mi w uszach jak echo. Jak to się mogło stać? Dlaczego ja? Ale przede wszystkim kołatało mi w głowie pytanie: Co teraz z moim synkiem?! Natychmiast rozpoczęłam chemioterapię. Źle się czułam, wypadły mi włosy, brwi, rzęsy. Nie mogłam dojść do siebie. Ale to Mateusz pomógł mi ogarnąć się po wstrząsającej diagnozie. Bawiłam się z nim, czytałam bajki, wypełniłam swoje myśli nim, a nie chorobą. Mateusz miał wtedy 3 latka. Wiedział, że mama jest chora. Na początku przestraszył się, gdy zobaczył mnie bez peruki, ale zrozumiał. Potem przychodził mnie tulić, głaskać i całować po brzuchu, gdzie według niego siedział rak. Tak bardzo o mnie dbał. To dzięki niemu miałam siłę. To dzięki jego wsparciu chemioterapia zadziałała. Wyniki miałam coraz lepsze, aż w końcu wszystko było w porządku. Myślałam, że słowo „rak“ będzie w naszym życiu tylko wspomnieniem, koszmarem, który już zniknął. Nie sądziłam, że choć udało mi się pokonać jeden nowotwór, to drugi już czeka, aby zaatakować. I tym razem uderzy w kogoś słabszego niż ja, kogoś, kogo kocham bardziej niż siebie – moje dziecko.

 

Wiosną 2015 roku Mateusz zaczął mieć kłopoty z równowagą. Potykał się, miał problemy z chodzeniem. Myślałam, że to kwestia nowych butów, ale bez nich było tak samo. Przestał jeździć na rowerku, mimo że to uwielbiał. Miał dziwne nastroje... 1 kwietnia poszliśmy do pediatry. Natychmiast wysłał nas do szpitala. Nie wiedzieliśmy, co się dzieje. To wszystko potoczyło się tak szybko - tomograf, błyskawiczna karetka do Centrum Zdrowia Dziecka, rezonans, diagnoza.

 

W głowie mojego synka wykryto złośliwy guz mózgu, zagrażający  życiu.

 

 

Nie ma słów, żeby opisać to, co się wtedy ze mną działo. Zawalił mi się świat. Wiedziałam, co to znaczy mieć raka, przechodzić chemię, walczyć. Zrobiłabym wszystko, żeby oszczędzić tego mojemu dziecku.

 

Nie mogłam zrobić nic, tylko być przy Mateuszu w trakcie operacji. Odbyła się w Wielki Piątek. Medulloblastoma, rak, który zaatakował moje dziecko, był bezlitosny. Po operacji Mateusza dopadły powikłania, w tym mutyzm pooperacyjny. Przez tydzień nic nie mówił, ani słowa. Walczyłam o niego. Czytałam bajki, opowiadałam historie. Okazało się też, że Mateusz musi mieć zakładaną zastawkę, aby uniknąć wodogłowia. Zabieg odbył się w moje urodziny. To, że się udał, było dla mnie najpiękniejszym prezentem.

 

Potem Mateusz rozpoczął chemioterapię. Ciężko ją znosił - ciągłe wymioty, brak apetytu, spadające wyniki. Po 3 cyklach okazało się, że w głowie mojego synka pojawiły się nowe ogniska. Włączono radioterapię. Mateusz był niesamowicie dzielny. Przez 30 dni dzielnie zakładał maskę i kładł się grzecznie na łóżku, aby promienie zniszczyły komórki nowotworowe.

 

W międzyczasie poszłam na badania kontrolne. Tam okazało się, że do rozgrywki o nasze życia wrócił pierwszy przeciwnik, rak jajnika. Miałam wznowę. Znów skierowano mnie na chemioterapię. Przechodziłam ją razem z moim synem. Dwa nowotwory rozpoczęły wyścig o to, który z nich wygra pierwszy.

 

Nie wiem, jak wtedy daliśmy radę… chyba tylko dzięki pomocy mojej kochanej rodziny i wspaniałych przyjaciół. Robiłam wszystko, żeby być silna, jeszcze bardziej niż za pierwszym razem. Walczyłam nie tylko z atakującym mnie rakiem, ale też tym, który próbował ukraść życie mojemu synkowi.

 

 

Wydawało się, że wygrywamy. Moja chemia okazała się skuteczna, markery wróciły do normy. Rezonans Mateusza wykazał częściową regresję choroby. Powolutku zaczęliśmy wracać do normalnego życia. Do Mateusza zaczęli przychodzić nauczyciele przedszkolni, parę razy udało mu się nawet odwiedzić przedszkolne sala. Pełna nadziei umówiłam kolejne badania kontrolne – u Mateusza w czerwcu, u siebie w lipcu. Zaczęłam naprawdę wierzyć w to, że będzie dobrze.

 

Nie było. Okazało się, że wyścig o to, który rak z nami wygra, trwa w najlepsze. Rezonans wykazał, że u Mateusza pojawiły się nowe ogniska nowotworowe. Moje dziecko ma przerzuty. Nasz kruchy, ledwo co odbudowany świat zawalił się po raz kolejny.

 

Nie chcę, nie mogę patrzeć na to, jak Mateusz umiera... Nowotwór jest odporny na leczenie. Lekarze w Polsce starają się, ale nie za wiele mogą już zaproponować. Skonsultowali się z kliniką w Wiedniu, gdzie leczonych jest już kilka dzieci z Polski, w tym trójka na to samo, co Mateusz. Leczonych skutecznie. Tam podaje się inną chemię, dooponową. Podaje się też kombinację innych leków. Lekarze w Wiedniu są ostrożni, nie obiecują nam cudu. Ale każą nam przyjechać jak najszybciej. Mamy poparcie lekarzy prowadzących Mateusza, że to dobry kierunek, że mamy nie zwlekać. Leczenie kosztuje fortunę. Zbieramy teraz dopiero na depozyt, który sprawi, że w ogóle będzie można je planować, że w ogóle Mateusza zobaczą, zbadają, opracują schemat walki z rakiem... Jednak kalkulacja jest prosta: tam Mateusz ma szansę. Ostatnią szansę. Tutaj jej nie ma.
 

Mati ma teraz 6 lat, uwielbia zwierzęta - ma psa Gucia i kota o imieniu Jerry. Jest prawdziwym samochodziarzem, a marki samochodów rozpoznaje już z daleka - nawet po kształcie świateł. Jest wesoły, cały czas uśmiechnięty, mimo choroby. Jest moim największym wsparciem – każdy jego uśmiech przypomina mi o tym, że nie mogę się poddać.

 

Tak bardzo chcemy żyć, chcemy walczyć, mamy siłę ale.. brak nam środków! Za parę dni mój kontrolny tomograf. Ale nie myślę teraz o sobie. Najważniejszy jest mój syn! Teraz trwa walka z czasem! Dlatego teraz pisze do Was – ludzi o dobrym sercu. Błagam, pomóżcie mi ocalić moje jedyne dziecko.

Twoj SMS zasili zbiórkę na której właśnie jesteś

numer: 72365

treść: S4548

koszt 2,46 zł brutto (w tym VAT)

Jeśli chcesz wesprzeć większą kwotą kliknij tutaj

Ajax loader ładuję...