Miłość matki do dziecka ważniejsza niż jej życie

Zbiórka na cel: Leczenie ratujące życie Agaty
Agata Wieczorek-Toś
Verified Zbiórka zweryfikowana przez Fundację Siepomaga
Wsparły 9 603 osoby
193 810 zł (87,85%)
Brakuje jeszcze 26 794 zł
Wesprzyj

Agata

Złośliwy nowotwór piersi z przerzutami do płuc, wykryty w trakcie ciąży

Zielona Góra, lubuskie

Rozpoczęcie: 08 Czerwca 2017
Zakończenie: 05 Września 2018

O historii takiej jak ta mówiła niedawno cała Polska. To historia matki, której lekarz przekazał dwie informacje – “Jest Pani w ciąży”, a kilka tygodni później – “Ma Pani raka”. Rozpoczął się wyścig, który, choć trwa do dzisiaj, dla jednej z bohaterek tej historii już jest zwycięski. Agata podjęła decyzję, której nikt z nas nie umie sobie nawet wyobrazić. Najpierw urodzi wymarzoną córeczkę Kingę, a później zawalczy o własne życie z rakiem.


Agata pragnęła dziecka, odkąd pamiętam, kochała dzieci jak mało kto – wspomina jej przyjaciółka. Razem z ukochanym mężem starała się o dziecko wiele lat i kiedy zaczynała myśleć, że największe marzenie jej życia nigdy się nie urzeczywistni, stał się cud, upragnione dwie kreski na teście ciążowym, pierwsze od dawna łzy szczęścia na myśl o upragnionej maleńkiej istotce. Agata miała niebawem stać się najdumniejszą kobieta na świecie, miała być jedną z tych szczęśliwych mam, które pchają wózek z największym szczęściem w środku. Poznajcie opowieść matki, która podjęła najbardziej heroiczną decyzję, przed jaką może stanąć człowiek:

Czułam się ogromnie nagrodzona, szalenie doceniona przez los za te wszystkie lata wiary w to, że zostanę matką. Kochałam tę świadomość i to dziecko, które miało teraz dojrzewać we mnie, które miało być już na zawsze częścią mojego życia. Teraz wiem, że ten spokój niezmącony problemami nie powróci, teraz wiem, że za życie mojej córeczki muszę zapłacić swoim życiem, ale nie żałuję niczego. Nie żałuję chwil w gabinecie ginekologa, który mówił mi, że słyszy serce, później, że to serce to ona – dziewczynka, córeczka, która tak wspaniale się rozwija. Uwielbiałam te chwile i z trudem mogłam utrzymać łzy, kiedy docierało do mnie wszystko, co się działo. Tak minęły 22 najwspanialsze tygodnie w moim życiu, po których nastąpiła katastrofa. Silne zapalenie piersi, szybka wizyta u lekarza i rutynowe leczenie w takim przypadku, kontrolne badanie USG i o to coś na monitorze – rak, guz, bardzo złośliwy, we mnie, w moim ciele, obok najdroższej istoty w moim życiu, dojrzewało to straszne coś…

Pamiętam, kiedy lekarz mówił, że muszą operować, słyszałam to tak, jakby stał za szybą, a ja myślałam o mojej córeczce i o niczym więcej. Byłam gotowa zrobić dla niej wszystko. Operacja onkologiczna w zaawansowanej ciąży to ogromne ryzyko związane z narkozą, taka operacja trwa niekiedy wiele godzin, podczas których organizm nie jest w pełni kontrolowany i mogą pojawić się skurcze. Tak się bałam, jak nigdy przedtem i nigdy później. Musiałyśmy razem z moim największym szczęściem przez to przejść i przeszłyśmy. Mimo oszołomienia i wyczerpania jeszcze długo po operacji nasłuchiwałam serduszka Kingi, głaskałam brzuch, czekając na jakiś ruch, znak, że żyje, że wszystko w porządku.

W 27 tygodniu życia mojego dziecka stanęłam przed decyzją, która wszystkim wydawała się trudną, a dla mnie to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. Lekarze zaproponowali silne sterydy, które przyspieszą dojrzewanie płuc Kingi, tak by móc wywołać poród przed czasem i podać mi chemię, która z uwagi na wyjątkową agresywność raka, była moim być albo nie być.

Mojemu dziecku zabrakłoby wtedy 13 tygodni, to bardzo dużo, za dużo, by moje życie warte było tego ryzyka. Postanowiłam urodzić we właściwym czasie, bezpiecznie dla najważniejszej osoby w moim życiu. Czułam, że to jest teraz cały sens mojego istnienia, aby przekazać bezpiecznie życie dziecku, które noszę w brzuchu. Po co mi moje życie w chwili, gdybym skrzywdziła własne dziecko, a takie skrajne wcześniactwo to ogromne zagrożenie dla zdrowia, a nawet życia dziecka. Niektórzy powiedzą, że postąpiłam jak bohaterka, a ja odpowiem im że postąpiłam jak matka, która kieruje się sercem, która kocha nad życie swoje dziecko.


Dotrwałyśmy do porodu, a w moim ciele trwał wyścig życia ze śmiercią. Na świat przyszła Kinga, owoc miłości i jedynej słusznej decyzji, śliczna zdrowa dziewczynka. Na którą tak czekałam i w której oczach odbijałam się ja – jej kochająca matka, chora na śmiertelny nowotwór.

Po usunięciu jednej piersi kobieta wciąż może karmić dziecko, a tak bardzo o tym marzyłam. Nie udało się… Lekarze postanowili natychmiast przerwać laktację, bo za chwilę miałam przejść chemioterapię. Straciłam jedyną szansę w życiu, aby poczuć swoje dziecko przy piersi. Wtedy pielęgniarka powiedziała znamienne słowa – ona potrzebuje mamy, a nie mleka. Zrozumiałam, że muszę walczyć dla nas dwóch! Już 5 tygodni po porodzie poddano mnie półrocznej, jak się okazało bezskutecznej chemioterapii.

Nowotwór podczas chemii zaczął odrastać. Wznowa miejscowa w postaci prawie 9 cm guza na mięśniu piersiowym doprowadziła do kolejnej operacji, co zakończyło się usunięciem węzłów chłonnych. Wkrótce potem poddałam się również 6-tygodniowej radioterapii, która zakończyła się w styczniu br. i mogło być już po wszystkim... Miałam zacząć w pełni cieszyć się macierzyństwem, które do tej pory było ograniczone do niezbędnego minimum.

Rok 2017 miał być nasz, chciałam delektować się każdą chwilą z córeczką i mężem, nadrabiać czas stracony na walkę z wrogiem. Taki był plan, który przerwała kolejna informacja – przerzuty na płuca… Lekarze nie widzą żadnego skutecznego rozwiązania dla mnie, a wiecie, co jest w tym wszystkim najgorsze? To, że ta chemia jest tak agresywna, że nie mogę zbliżać się do dziecka, że radioterapia czyni mnie, matkę, zagrożeniem dla własnego dziecka, że widzę je tylko na zdjęciach – ja, matka, która kocha je nad życie!

Nie wiem, ile czasu mi zostało i jak długo Kinga będzie miała mamę, ale wiem, że nigdy się nie poddam, że zrobię wszystko, żeby dać nam szansę, żeby doczekać, aż Kinga będzie mnie pamiętała. Zbyt Ciebie, córeczko, pragnęłam, by poddać się teraz chorobie. Kilka tygodni temu rozpoczęłam terapię naturalną, która dała mi ogromnego kopa do życia. Bardzo drogie leczenie daje mi siłę, a każda kolejna kroplówka wtłacza w mój organizm nadzieję i optymizm. Koszty leczenia są ogromne, ale to jedyne leczenie, jakie rozpisano mi na 5 lat. To dla mnie 5 lat życia z córką! Ja się nie poddam, nie mogę, ale żeby walczyć, potrzebne są jeszcze pieniądze. Dlatego proszę Was o wsparcie, o pomoc w moim postanowieniu, aby pozostać matką dla mojego dziecka tak długo, jak tylko się da!

Pomogli

Ładuję

Verified Zbiórka zweryfikowana przez Fundację Siepomaga
Wsparły 9 603 osoby
193 810 zł (87,85%)
Brakuje jeszcze 26 794 zł
Wesprzyj

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.

Ukryj tę wiadomość