Straciliśmy wszystko...

Zbiórka zakończona
Zbiórka zweryfikowana przez Fundację Siepomaga
Wsparło 1 819 osób
60 032 zł (100,05%)
Zbiórka na cel
Odbudować dom, na który zawaliło się drzewo pozbawiając 8-osobową rodzinę dachu nad głową. W rodzinie ojciec cierpi na nowotwór płuc i jest ciężko chore dziecko

Zofia i Andrzej Giełdoń

Barwałd, małopolskie

zawalenie budynku

Rozpoczęcie: 23 Września 2017
Zakończenie: 23 Maja 2018

Poprzednie zbiórki

80 834,86 zł (66,26%)
Odbudować dom, na który zawaliło się drzewo pozbawiając 8-osobową rodzinę dachu nad głową. W rodzinie ojciec cierpi na nowotwór płuc i jest ciężko chore dziecko

1 445

06.08.2015 - 06.09.2016

Odbudować dom, na który zawaliło się drzewo pozbawiając 8-osobową rodzinę dachu nad głową. W rodzinie ojciec cierpi na nowotwór płuc i jest ciężko chore dziecko

1 445

80 834,86 zł

06.08.2015 - 06.09.2016

23 Września 2017, 13:26
Idzie zima – pomóżcie nam zdążyć!

Gdy ponad dwa lata temu nasza ośmioosobowa rodzina, podczas potężnej nawałnicy straciła dom, myśleliśmy, że już nic więcej złego nas nie spotka. Przeżyliśmy tragedię nie do opisania, tracąc wszystko. Nie otrząsnęliśmy się wtedy jeszcze po leczeniu onkologicznym taty  i po chorobie najmłodszego  synka,  a znów los nas doświadczył. Tym razem  zabierając wszystko, co jeszcze mieliśmy, zostawiając ruiny domu. Jedyne co nam wówczas zostało w całości to my sami i Wasze wielkie serca.


Na szczęście los postawił na naszej drodze wspaniałych ludzi, którzy przywrócili nam wiarę w lepsze jutro. Dali nam nadzieję, wsparcie i pomoc, której dramatycznie potrzebowaliśmy. Wydawało się, że szybko wyremontujemy zniszczony dom i wrócimy do siebie...

I znów przewrotne fatum stawia na naszej drodze, urzędnika. Urzędnika, który z sobie tylko wiadomych powodów, wbrew opinii technicznej budynku, na przekór wszystkim dokumentom, nie pozwala wymienić grożącego zawaleniem stropu.  Prośby,  błagania o zmianę decyzji nic nie dają. Pozostałości domu niszczeją jeszcze bardziej. Po roku pism  decyzję urzędnika zmienia jego zwierzchnik. Stwierdza, że urzędnik rażąco naruszył prawo i wydał decyzję niewykonalną.  Niestety, te resztki budynku, który był kiedyś naszą ostoją, nadawały się tylko do wyburzenia.  Pozostałości domu zgodnie z postanowieniem urzędu  zostały wyburzone zgodnie z wytycznymi w listopadzie 2016.

Nadszedł dla nas magiczny czerwiec 2017 roku. Po wielu perypetiach, załatwieniu tony papierologii ruszyliśmy z odbudową domu.  Z zebranych środków oraz naszych skromnych oszczędności udało nam się  odbudować część domu mniejszego o 50 m2 niż ten poprzedni. Będzie mały, ale wystarczający dla naszej rodziny. Stoją  już fundamenty, parter oraz strop nad parterem.

Do wykonania pozostało nam jeszcze ścianki poddasza, dach, okna, drzwi wejściowe, instalacje elektryczne. Bardzo pragniemy wykonać te prace jeszcze w tym roku, a zwłaszcza przykryć dachem budynek, aby nie niszczał przez zimę.

Bardzo prosimy, choć prosić nie jest łatwo, (zwłaszcza że do czasu utraty domu byliśmy samowystarczalni), o jakąkolwiek pomoc w dokończeniu tego etapu odbudowy naszego domu. Mimo, że mocno oszczędzamy, nie jesteśmy w stanie uzbierać brakującej kwoty na dokończenie stanu surowego, zamkniętego  domu.

Najstraszniejsze są chwile, kiedy dzieci pytają –  mamo, tato ,kiedy wrócimy do naszego domu? Co im odpowiedzieć? Jaką dać nadzieję? Na te pytania, my dorośli, nie znamy odpowiedzi. Jak im wytłumaczyć, że jeden urzędnik postanowił stanąć ponad prawem i zabrać nam normalne życie na całe dwa długie lata?

Mamy nadzieję, że dzięki Państwu będziemy mogli powiedzieć naszym dzieciom – wracamy do domu. Zrobiliście już dla nas tak wiele... Dziękujemy za wszystko z całego serca.

... ale wciąż mamy jeszcze siebie - to najważniejsze. Dzięki Bogu, że nie zawaliła się ściana, za którą spało czworo dzieci. Wtedy dopiero zawaliłby się nam świat, nie tylko dom.

Bycie tatą to największe szczęście, jakie mnie spotkało w życiu. Chciałbym moim dzieciom dać wszystko, co sprawi im radość. Dziecięce marzenia to: lalka, rower, piłka, mały samochodzik z witryny kiosku… Jednak marzenia moich dzieci od kilku lat są zupełnie inne. Ja dobrze wiem, czego one pragnęłyby ode mnie najbardziej – abym z nimi pozostał, żebym nie umarł zbyt szybko… Moje dzieci chciałyby nie stracić taty i mieć dach nad głową, a ja, choć staram się ze wszystkich sił, obecnie nawet tego nie jestem im w stanie zapewnić… Choruję na nowotwór płuc, a 8 lipca 2015 roku na nasz dom zawaliło się drzewo i zamieniając go w ruinę, pozbawiło nas wszystkiego… Moja bezsilność jako ojca, gdy widzę łzy w oczach moich dzieci, boli mocniej niż cokolwiek innego na świecie…

Zofia i Andrzej Giełdoń

Jeszcze kilka lat temu byliśmy szczęśliwą rodziną z 6 dzieci: Antoś 3 latka, Oliwia 6 lat, Andżelika 9 lat, Samanta 12 lat, Wojtek 13 lat, Jasiek 15 lat. Pracowałem ja, pracowała żona, dawaliśmy radę, jak każda rodzina. Kilka lat temu nad naszą rodziną zawisło jakieś fatum. Najpierw wykryto u mnie guza na prawym płucu. Przez kilka lat byłem leczony w wielu szpitalach, przenoszony z oddziału na odział. Przed chorobą całe życie ciężko pracowałem, miałem własną działalność - zakład stolarski, robiłem meble. Choroba odebrała mi siły, odczuła to też cała nasza rodzina - orzeczono całkowitą niezdolność do pracy, stopień niepełnosprawności i obecnie otrzymuje rentę 440,23 zł.

Żona pracowała w banku, więc żyliśmy skromniej, ale udawało nam się wiązać koniec z końcem. Gdy żona zaszła w ciążę z Antosiem, 6 miesięcy przeleżała w szpitalu.  Antoś przyszedł na świat jako wcześniak, z obustronnym zapaleniem płuc, zespołem zaburzeń oddychania, był żywiony pozajelitowo, wymagał wsparcia tlenowego. Kolejne pobyty w szpitalu przyniosły nowe bolesne informacje - zakażenie układu moczowego, atopowe zapalenie skóry, astma i dychawica oskrzelowa. W związku z chorobą synka moja żona musiała zrezygnować z pracy, aby zająć się dzieckiem, bo ja przez nowotwór coraz bardziej tracę już siły… Kolejne moje pobyty w szpitalu przygnębiały coraz bardziej - to nie ja pokonuję nowotwór, tylko on mnie. Kiedy czekam na wynik kolejnego badania, mam świadomość, że to, co odczytuje lekarz, może być moim wybawieniem lub wprost przeciwnie – wyrokiem.  Kolejne badania wykazują nowe guzki w moich płucach, a ja staram się tłumić łzy, aby nigdy moje dzieci ich nie widziały…

Zofia i Andrzej Giełdoń

Nie wiem, co będzie dalej. Naszą sytuację pogłębiła wielka tragedia - na początku lipca tego roku wichura zwaliła na nasz dom ogromne drzewo, pozbawiając nas schronienia i całego dobytku. Z domu pozostała ruina. Od 5 lat było pozwolenie na wycinkę drzewa, jednak nie mieliśmy pieniędzy, aby je usunąć. O pomoc zwróciliśmy się do strażaków, oni przyjechali, popatrzyli i stwierdzili, że drzewo jest bezpieczne… Obecnie nie mamy gdzie mieszkać, ciśniemy się w jednym pokoiku w 8 osób u babci, czekając na wybawienie… Szczęściem w nieszczęściu jest to, że nie zawaliła się ściana, bo nie mielibyśmy już dzieci, które spały w tej chwili w pokoju obok. Nadzór budowlany nakazał rozbiórkę tego, co po naszym domu pozostało. Zostajemy z niczym. Nasza przyszłość pozostaje w rękach dobrych ludzi, którzy pomogą odbudować to, na co pracowaliśmy przez całe życie i co straciliśmy w jednej chwili. Odbudowa domu, samych murów bez wykończenia to koszt ponad 170.000 zł, a my obecnie nie mamy nic… Te mury to dla nas fundamenty nowego życia po tym, co nas spotkało. O wykończenie zwrócimy się do telewizji, wiemy, że jest taki program, mamy nadzieję, że nam pomogą.

Jako tata proszę o pomoc dla moich dzieci, aby miały dach nad głową. Obiecuję, że będę walczył z całych sił, aby nie zostały same, ale moja choroba nie pyta mnie o zdanie, więc nie ode mnie to zależy... Chcę żyć, bo mam dla kogo. Kocham ich całym sercem. Marzę, aby zobaczyć, że moja rodzina jest bezpieczna i ma gdzie mieszkać. Chcę, aby dzieci przestały się bać burzy, tego, że ktoś zabierze je do domu dziecka. Chcę po prostu być  dla nich… i zapewnić im schronienie. Zawalił nam się dom, jednak z pomocą dobrych ludzi nie zawali się nam świat.

Andrzej - tata i mąż

Zbiórka zweryfikowana przez Fundację Siepomaga
Wsparło 1 819 osób
60 032 zł (100,05%)