Staś - walcząc o życie bezbronnego - II etap

Zbiórka na cel: II etap korekty wady serca - operacja Glenna w Munster
Zbiórka zakończona
Big 4594cce2 ca40 4057 b5ad 3256461e5708
Wsparło 5 780 osób
154 470 zł (100%)

Staś, 5 miesięcy

wada serca: zespół hipoplazji lewego serca - HLHS

Wrocław, dolnośląskie

Rozpoczęcie: 01 Marca 2017
Zakończenie: 29 Maja 2017

29 Marca 2017, 21:07
Mamy już termin operacji!
19 czerwca 2017 musimy być w Klinice Uniwersyteckiej w Munster, 21 czerwca Staś trafi na stół operacyjny! Conajmniej 2 tygodnie wcześniej musi być zapłacona pełna kwotą za operację... Bardzo się martwię, bo to oznacza, że musimy skrócić zbiórkę o miesiąc, czasu jest bardzo mało, a potrzebnych środków jeszcze baaardzo dużo... Nie można jednak dłużej czekać, bo inaczej życie Stasia będzie w niebezpieczeństwie - jego serduszko mogłoby dłużej nie wytrzymać. Proszę, pomóżcie uratować mojego synka...

Staś przyszedł na świat w najbardziej magiczny dzień w roku – Wigilię. Jego życie to cud, Wasz cud – to dzięki Waszej pomocy on żyje, a ja budzę się z uśmiechem, by codziennie grać tę najpiękniejszą, najważniejszą rolę, jaką napisało dla mnie życie – jestem mamą. Śmierć, która chciała zabrać mi synka, nie odeszła jednak, tylko ukryła się na pewien czas. Krytyczna wada serca, z którą Staś przyszedł na świat, wciąż stanowi śmiertelne zagrożenie. Za kilka miesięcy, w czerwcu, mój synek będzie musiał przejść kolejną operację, która zadecyduje o wszystkim… Za życie Stasia znów wyznaczono ogromną cenę. Kolejny raz muszę błagać Was o pomoc, bo choć zrobiłabym dla niego wszystko, sama nie jestem w stanie jej zapłacić…




Pojawienie się Stasia na świecie zmieniło na zawsze życie naszej rodziny – moje, jego taty, jego braciszka. Przeżyliśmy sporo, ale dzisiaj jesteśmy silniejsi. Oczekiwanie na przyjście świat dziecka powinno być pełne radości, spokoju, nadziei. Dla mnie czas ciąży był koszmarem. Zamiast cieszyć się z tego, że noszę w sobie nowe życie, kazano mi myśleć o śmierci, jego śmierci… Sugerowano, że sama mam na Stasia tą śmierć sprowadzić. Gdy dziś patrzę na niego, gdy biorę go na ręce, przytulam do piersi, nie wyobrażam sobie, że mogłabym podjąć inną decyzję, że mogłoby go nie być. To moje dziecko, moje ukochane dziecko – choć chore, choć słabe, to żyje. A ja zrobię wszystko, by to życie ochronić.

Bardzo długo się o niego staraliśmy. Jedną ciążę poroniłam – Staś stracił brata lub siostrę, a my synka lub córkę, nie dane było nam poznać… Kiedy więc ponownie okazało się, że jestem w ciąży, radości nie było końca. Pierwsze badanie napełniło moje serce szczęśćiem, pokazało bowiem, że dziecko będzie zdrowe, że rozwija się prawidłowo. Drugie zmieniło wszystko. Zamiast wesołych słów lekarza była cisza, a potem mnóstwo medycznych terminów, które można było zamknąć w trzech prostych słowach – śmiertelnie niebezpiecznie wada serca. HLHS, hipoplazja (niedorozwój) jego lewej komory. Okazało się, że w sercu Stasia wykształciła się tylko jedna, prawa komora. Pół serca na całe życie…




Zastanawiam się, czy dziś, patrząc na mnie i synka, ktoś powtórzyłby mi w twarz te same słowa, które słyszałam wtedy.  „To nie ma sensu”, „nic z niego nie będzie”, nie wolicie kolejnego, zdrowego zamiast tego?” Nie, nie zamieniłabym Stasia na żadne inne dziecko! Jak dobrze, że trafiłam wtedy na specjalistów, którzy uświadomili mi, że takie wady można leczyć. Leczenie składa się z trzech etapów, trzech operacji – jednej po narodzinach, drugiej, gdy dziecko ma pół roku i trzeciej, w okolicach drugich lub trzecich urodzin. Jak dobrze, że poznałam rodziców innych dzieci z wadami serca. Że zobaczyłam zdjęcia tych dzieci, jak bawią się, chodzą do szkoły, dokazują… Dziś wiem, że Staś będzie wśród nich. Ci ludzie dali mi nadzieję i siłę. Dali też adres i namiary Szpitala Uniwersyteckiego w Munster, jednego z najlepszych ośrodków kardiologicznych w Europie, gdzie operuje wybitny kardiochirurg dziecięcy profesor Edward Malec. Dzięki niemu biją setki dziecięcych serc, gdzie indziej skazanych na śmierć. Szansa na to, aby Staś żył, miała jednak swoją cenę – w Niemczech byłam prywatną pacjentką, za poród i operację maleństwa musiałam zapłacić wysoką cenę. Ponad trzysta tysięcy złotych.




Gdy usłyszałam kwotę, chciałam krzyczeć do nieba z bezsilności. Mało kto wierzył, że się uda, ale ja nie miałam nic do stracenia. Postanowiłam poprosić o pomoc. I wtedy z pomocą przyszliście Wy, udowadniając mi, że anioły istnieją, są obok mnie, w sklepie, na ulicy, w Internecie. Wypełniliście brakującą połowę serca Stasia wsparciem, wiarą i miłością, sprawiając, że to, co było niemożliwe, stało się prawdą. Udało się zebrać środki, w grudniu pojechałam do kliniki w Munster. Gdy zatrzasnęły się za mną drzwi szpitala, zniknął strach, a pojawił się spokój. Wiedziałam, że zrobiłam wszystko, żeby uratować życie Stasia. Wiedziałam, że będzie żył, bo jesteśmy w najlepszych rękach.


Wigilia zawsze była dla mnie czasem wyjątkowym, ale teraz będzie nim już podwójnie. Zapach choinki, melodia kolęd, gwar głosów, życzących sobie Wesołych Świąt… Narodziny dzieciątka. Mojego dzieciątka. Przez chwilę wszystko było tak, jakby nie istniała wada serca. Usłyszałam jego pierwszy głośny krzyk, zobaczyłam jego maleńką, bezbronną buźkę, przytuliłam go, pocałowałam. To trwało jednak tylko chwilę, bo moje ramiona, mimo ogromu miłości, nie byłyby w stanie ochronić gasnącego płomyczka życia Stasia. Musiał to zrobić inkubator i pompa infuzyjna, podająca mu lek, ratujący życie.




Sylwestra spędziliśmy w szpitalu, witając Nowy Rok, dla nas szczególny podwójnie – pierwszy rok życia Stasia. Pierwszy, w którym jesteśmy w czwórkę, Mateusz, tata Stasia, Jasiek, Stasiu i ja.


Pierwszy raz nasz synek narodził się w Wigilię, drugi raz 4 stycznia, z chwilą pierwszej z czekających go trzech operacji - operacji Norwooda. Nie obyło się bez łez, panicznego strachu i bezradności, kiedy zamknęły się drzwi bloku operacyjnego, wiedziałam jednak, że powierzam synka w szczególne ręce, najlepsze ręce, które uratowały już tyle dziecięcych serduszek. Modliłam się wtedy. Obiecałam Bogu, że jeśli operacja się uda, nie spocznę, ale zrobię wszystko, żeby być dla moich dzieci najlepszą mamą na świecie. Pamiętam trzy momenty. Ten, w którym powiedziano mi, że operacja się udała i  wraz z Mateuszem mogliśmy zobaczyć Stasia, a potem czuwać przy jego maleńkim, żółtym od jodyny, nieprzytomnym ciałku, oplecionym tysiącami kabli, rurkami intubacyjnymi, otoczonym pikającymi maszynami, od których zależało jego życie.  Ten, w którym nasz synek po raz pierwszy otworzył swoje zmęczone oczka i spojrzał na nas, a jedno jego spojrzenie sprawiło, że przestały płynąć łzy, a serce wypełniło szczęście. Ten, w którym Staś próbował się rozpłakać, a rurka intubacyjna nie pozwoliła na wydanie dźwięku, więc płakał bezgłośnie, a mi pękało serce. Widziałam jednak, że dochodzi do siebie, że jego stan się polepsza, że będzie żyć…



 

Po ośmiu dniach po operacji Staś był w na tyle dobrym stanie, że przeniesiono go na oddział kardiologii. Po upływie kolejnego tygodnia wróciliśmy do domu.


Staś to najlepsza odpowiedź na listy do bociana, które wysyłał Jasiek, prosząc o braciszka. To spełnienie naszych modlitw, ucieleśnienie marzeń o kolejnym dziecku. To nasza radość i nasze największe szczęście. Kochamy go najbardziej na świecie, ta miłość jest jednak podszyta lękiem, bo wiemy, że operacja Norwooda to tylko tymczasowe rozwiązanie. Staś rośnie i bez kolejnej operacji jego serce tego nie wytrzyma. Wiemy jednak, że Staś nigdzie nie będzie w lepszych rękach niż tam, w Klinice Uniwersyteckiej w Munster. Byłam świadkiem niesamowitej opieki, jaką zostało otoczone moje dziecko. Widziałam, jak dzieci na drugi, trzeci dzień po ciężkich operacjach serduszek wstawały z łóżeczek, wsiadały na rowerki i zasuwały po całym oddziale. Byliśmy świadkami, jak Profesor wraz z Docent Januszewską kilka razy dziennie z największą troską doglądali swoich małych pacjentów. W skali od 1 do 10 oceniam ich podejście i profesjonalizm na milion. Wiem, że największą szansę na życie mój synek ma właśnie tam.



Mamy już kwalifikację z Munster – druga z czekających Stasia operacji, operacja Glenna, powinna odbyć się w czerwcu tego roku. Mamy też kosztorys – ponad 30 tysięcy euro! Znów czuję to, co wtedy, kilka miesięcy temu. Tą przeraźliwą bezradność wobec tego, że życie mojego dziecka nie zależy tylko ode mnie. Czuję też lęk wobec śmierci, wobec choroby. Ostatnie problemy serduszka Stasia z częstoskurczem przypomniały mi, jak bardzo potrafię się bać. Ale jest też determinacja, tym bardziej, że Staś jest teraz obok mnie, każde jego spojrzenie, uśmiech, każdy uścisk dodaje mi sił do walki. I jest też nadzieja. Dzięki Wam, dzięki tysiącom osób o dobrych sercach, to maleńkie, chore serduszko mojego synka dzisiaj bije. Mateusz i ja jesteśmy rodzicami Stasia, ale jego życie to także Wasze dzieło, Wasza zasługa. Prosimy, pomóżcie nam w opłaceniu operacji Stasieńka. Sprawcie, aby ten cud, jakim jest życie mojego synka, mógł dalej trwać...

390,5 zł

Anonimowy Pomagacz

14 zł

Anonimowy Pomagacz

trzymaj się Stachu :)
7 zł

Anonimowy Pomagacz

100 zł

Anonimowy Pomagacz

10 zł

Anonimowy Pomagacz

400 zł

Klasa 2A SP 24 STO w Warszawie

Stasiu, trzymamy za Ciebie kciuki!

Pokaż więcej

Wsparło 5 780 osób
154 470 zł (100%)

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.

Ukryj tę wiadomość