

Białaczka wróciła i zabiera moją małą córeczkę… OSTATNIA szansa na życie 4-latki❗️
Fundraiser goal: Ratowanie życia – przeszczep szpiku kostnego i leczenie onkologiczne w Turcji
Donate via text
Pledge 1.5% of tax to me
Pledge 1.5% of tax to me
Fundraiser goal: Ratowanie życia – przeszczep szpiku kostnego i leczenie onkologiczne w Turcji
Fundraiser description
Moja córeczka ma zaledwie cztery latka, a już musi walczyć o życie! Ostra białaczka limfoblastyczna zabrała jej dzieciństwo, a mnie – spokój i poczucie bezpieczeństwa, które kiedyś uważałam za oczywiste... Został tylko strach, czy życie mojego maleństwa nie skończy się, zanim dopiero się zaczęło... Choroba jest nieprzewidywalna, przyszłość niepewna, rokowania naprawdę złe... Ja nie proszę, ja błagam o ratunek! To walka o jej życie!
Każdy dzień zaczyna się od strachu. Każdy poranek od sprawdzania, czy jej maleńkie, pokłute od kroplówek rączki nie drżą bardziej niż wczoraj. A każdy wieczór kończy się widokiem kolejnych włosków rozsypanych na poduszce… Włoski czteroletniego dziecka. Włoski mojej dziewczynki, które jeszcze niedawno zaplatałam w dwa małe warkoczyki. To widok, który łamie serce i odbiera siły...

Dostaliśmy od losu tylko 2 lata... 2 lata, w którym Karakat była zdrową, radosną, ciekawą świata dziewczynką. Teraz, kiedy o tym myślę... Jacy my byliśmy wtedy szczęśliwi! Wydawało mi się, że problemem są nieprzespane noce czy kolki... Ile bym dała, żeby wrócić do tych czasów, do tych problemów... Żeby białaczka zniknęła.
Pamiętam ten czas, kiecy córka się zmieniła, kiedy zrobiła się płaczliwa, marudna, jakby coś jej nie dolegało... Kiedy jednak przyszły wyniki badań krwi, nie sądziłam, że skończy się to natychmiastowym skierowaniem do szpitala. Białaczka - usłyszałam i przestałam na chwilę oddychać. Taka diagnoza to moment, w którym cały świat nagle pęka na pół — życie sprzed choroby i życie po niej nigdy nie będą już takie same...

Życie na onkologii... to przerażająca bezsilność, gdy patrzy się na dziecko, które bawi się wenflonem i wężykiem kroplówki z chemią zamiast zabawkami... To łzy i krzyk, codziennie w szpitalnej kaplicy. To jednocześnie desperacka siła, by walczyć o każdy dzień i by zapewnić. To codzienny lęk, który ściska serce, ale też nadzieja, która mimo wszystko nie pozwala się poddać.
Kiedy opuszczaliśmy onkologię, myślałam, że to koniec naszej historii, że pokonaliśmy chorobę. Że po miesiącach bólu, chemii i strachu wreszcie wracamy do życia. Ale białaczka wróciła - mocniejsza, bardziej agresywna, jakby chciała nam udowodnić, że nie pozwoli o sobie zapomnieć... Kiedy pojawia się informacja o wznowie… to już nie jest tylko strach — to czysta rozpacz. Nic nie boli bardziej niż świadomość, że po całej przebytej męce trzeba stanąć do walki jeszcze raz, z jeszcze większym lękiem, z jeszcze bardziej kruchą nadzieją.
Po dwóch cyklach chemii w Kazachstanie lekarze rozłożyli ręce. Powiedzieli, że potrzebujemy pomocy za granicą... Zielone światło dostaliśmy od szpitala w Turcji. Spakowaliśmy walizkę i bez wahania polecieliśmy, żeby ratować życie córeczki. Bo gdy chodzi o życie dziecka, nie ma czasu na wahanie.

Niestety, koszt leczenia jest gigantyczny, to blisko 150 tysięcy dolarów Dla naszej rodziny – nieosiągalna kwota. Mamy czwórkę dzieci. Kochamy je wszystkie i staramy się zrobić wszystko, by choć jedno z nich nie musiało dorastać w cieniu choroby siostry. Ale sami tego nie udźwigniemy.
Proszę o pomoc jako mama, której pęka serce. Mama, która pada na kolana i błaga o jakikolwiek gest wsparcia, bo w pojedynkę nie uratuje swojego dziecka. Mama, która bez wahania oddałaby życie, gdyby to tylko miało pomóc... Zrobiłabym dla córeczki wszystko.
Błagam o życie dla Karakat. Wasza pomoc może być światłem, które rozświetli naszą ciemność. Dziękuję z całego serca za każdą formę wsparcia.
Mama