
Diagnoza: glejak IV stopnia❗️Trwa rozpaczliwa walka o Martę – ukochaną żonę i mamę... RATUJ❗️
Fundraiser goal: Leczenie i rehabilitacja
Donate via text
Pledge 1.5% of tax
Pledge 1.5% of tax
Recurring donation
1 monthly supporterYour Recurring Donations may appear here.
Donate every month- Anonymousstarted monthly donation
Fundraiser goal: Leczenie i rehabilitacja
Fundraiser description
Żadne słowa nie są w stanie opisać, jaki koszmar przeżywa nasza rodzina. Jeszcze parę miesięcy wiedliśmy zwyczajne życie – takie jak większość z Was. Ja, Marta i nasza 8-letnia córeczka, Polcia...
A dziś? Dziś odwiedzam żonę w hospicjum i piszę tę zbiórkę, bo to jedyna szansa na ratunek.
Wszystko zaczęło się w kwietniu, w drugi dzień Świąt Wielkanocnych. To właśnie wtedy żona po raz pierwszy powiedziała mi, że bardzo boli ją głowa. Znam Martusię już od wielu lat, więc wiedziałem, że nigdy nie żali się z byle powodu. Nie wiedziałem jednak, że w jej głowie rośnie śmiertelnie niebezpieczny glejak.
Pojechaliśmy na SOR. W ciągu kolejnych paru tygodni trafiliśmy tam jeszcze dwukrotnie. Nikt nie był w stanie powiedzieć, co dzieje się z moją ukochaną żoną. Nie wiedziałem, co robić. Tak ciężko było widzieć jej ból i nie móc jej pomóc. Leki przeciwbólowe, antybiotyki… Wszystko pomagało jedynie na krótką chwilę. Z każdym kolejnym dniem objawy się nasilały, a Marta stawała się coraz słabsza.
Gdy trafiliśmy na SOR po raz trzeci, został wykonany tomograf. „Przykro mi, w płacie czołowym znajduje się guz” – usłyszeliśmy. Kolejne 2 tygodnie żona spędziła w szpitalu, gdzie lekarze wykluczali pojawienie się przerzutów. Choć nie doszło do przerzutów, to usłyszeliśmy najgorszą możliwą diagnozę: nowotwór złośliwy mózgu – glejak IV stopnia.
Poczułem, jakby ktoś z całej siły mnie uderzył. Szok, niedowierzanie, rozpacz… Przecież to niemożliwe! Nie moja Martusia… Nie ona. Czułem, że rozpadam się od środka, musiałem jednak być silny. Nie było czasu do stracenia. Już 12 maja Marta przeszła operację usunięcia glejaka…
Niestety, nie było możliwe usunięcie nowotworu w całości. Część wciąż pozostaje w jej głowie do dziś. Po operacji pojawiła się padaczka i choć Marta trzykrotnie przeszła radioterapię, to jej stan z każdym kolejnym dniem się pogarszał… W końcu stała się tak słaba, że nie była już w stanie nawet samodzielnie chodzić…
Stan żony się załamał... Nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. To nie jest ciężar, który ktokolwiek jest w stanie unieść na swoich barkach sam. Dlatego każde z nas – zarówno Marta, ja, jak i nasza córeczka jesteśmy objęci opieką specjalistów.
Przez ostatnie miesiące szukaliśmy ratunku dla żony, gdzie tylko się dało. Byliśmy w stanie poświęcić wszystko, co mieliśmy, by znaleźć skuteczne leczenie. Konsultowaliśmy się z placówkami w Polsce i zagranicą. Niestety, z każdym kolejnym konsylium nadzieja pękała niczym bańka mydlana.
Dziś Marta przebywa w hospicjum, gdzie jest otoczone profesjonalną opieką, a ja zajmuję się naszą córeczką w domu. Staram się jak najczęściej odwiedzać Martusię. Chcę, by wiedziała, że choć ciałem czasem muszę być daleko, to duchem zawsze jestem przy niej. Myślę o niej codziennie, w każdej chwili.
Choć sytuacja jest bardzo trudna, to wierzę, że mamy jeszcze szansę. Przecież jeszcze niedawno żyliśmy tak, jak każda inna rodzina. Byliśmy szczęśliwi, podróżowaliśmy i zabieraliśmy Polę na rowerowe wycieczki do lasu. O niczym tak bardzo nie marzę, jak o tym, by te momenty wróciły. By móc jeszcze raz wyjechać z żoną i córeczką na wspólną przejażdżkę…
Ślubowałem, że będę z Martą na dobre i na złe, w zdrowiu i chorobie. Zamierzam dotrzymać tej obietnicy do jej ostatniego słowa. Jestem mężem i tatą i zrobię wszystko, co możliwe, by wyrwać nas z tego koszmaru… Niestety, koszty związane z leczeniem i poszukiwaniem ratunku dla mojej żony są zawrotne i nie jestem w stanie ich udźwignąć sam. Dlatego proszę… Wpłać choć złotówkę i udostępnij tę zbiórkę. Dla Ciebie to tylko chwila – dla mnie i mojej rodziny to wszystko…
Mąż Marty, Arek