
Nieoperacyjny nowotwór mózgu u mojego syna Wiktora, rak płuc z przerzutami u taty i rak tarczycy u mamy❗️Nie mogę wybierać, które z nich mam ratować – błagam o pomoc❗️
Fundraiser goal: Leczenie i rehabilitacja
Donate via text
Pledge 1.5% of tax
Pledge 1.5% of tax
Recurring donation
Your Recurring Donations may appear here.
Donate every monthFundraiser goal: Leczenie i rehabilitacja
Fundraiser description
Wszystko zaczęło się w październiku 2018 roku. Wiktorek już od jakiegoś czasu miewał napadowe zawroty i bóle głowy, wymioty, tracił równowagę. Szczegółowe badania wykazały dużego guza pnia mózgu o wymiarach 37/42/27,5 mm! Trafiliśmy pod opiekę oddziału neurochirurgii w Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie, gdzie przeszedł ponad 5-godzinną operację! Biopsja, badania histopatologiczne i kolejny cios – nowotwór jest nieoperacyjny! Nacieka na ważne struktury móżdżku!
Byłam przerażona... Wiktorek był poddawany licznym badaniom, które potwierdziły, że guz jest stabilny, więc trafiliśmy pod opiekę poradni onkologicznej. Aż do października 2020 roku, gdy po kolejnym rezonansie okazało się, że nowotwór zaczął rosnąć. W styczniu 2021 roku onkolog potwierdziła progresję choroby.
Zdecydowano o leczeniu chemioterapią w odstępach trzytygodniowych przez prawie rok. Chemioterapia uszkodziła słuch, narobiła spustoszenie w organizmie syna.

Choć guz jest na razie stabilny, walczymy z powikłaniami, a Wiktorek potrzebuje stałych kontroli, opieki specjalistów oraz intensywnej rehabilitacji. Los okazał się dla naszej rodziny wyjątkowo okrutny. Przez wszystkie lata moi rodzice byli dla mnie opoką i wsparciem. Dziś walczę nie tylko o Wiktorka, ale także o ich życie.
Mój tata, Zdzisław, w zeszłym roku tuż przed Świętami Bożego Narodzenia zaczął źle się czuć. Widział niewyraźnie, podwójnie, bardzo schudł i stracił panowanie nad prawą stroną ciała. Nagle z silnego i niezależnego mężczyzny stał się osobą potrzebującą pomocy. Kręciło mu się w głowie, nie był w stanie samodzielnie wstać z łóżka czy chodzić. Trafił do szpitala, gdzie przeprowadzono dokładne badania. Wynik był okrutny i bezlitosny: gruczolakorak z przerzutami - nowotwór złośliwy płuca, zmiany meta w OUN. Szok, niedowierzanie, rozpacz. Wpierw śmierć próbowała mi odebrać syna, a teraz mojego tatę!
Zamiast świątecznej atmosfery i radości z szykowania dwunastu potraw była cisza, smutek i lęk czy to nie jest nasza ostatnia wspólna Wigilia. Nie liczyły się żadne prezenty… Naszym jedynym marzeniem było, by Zdzisław pokonał raka.

Tata przeszedł chirurgiczne usunięcie największego guza w głowie, nie dało rady jednak usunąć wszystkich zmian. Rak płuc się rozsiał. Tata przeszedł radioterapię i rozpoczął immunoterapię, ale nowotwór wciąż rośnie w siłę…
Dodatkowo zaledwie parę miesięcy później, tuż przed wakacjami podczas rutynowych badań u endokrynologa u mojej mamy, Ewy, wykryto nowotwór złośliwy tarczycy! Nie mogliśmy w to uwierzyć!
Jak to możliwe? Dlaczego? Dlaczego właśnie nasza rodzina?
Cały świat się zawalił. Mój syn. Moja mama. Mój tata. Chciałam krzyczeć z rozpaczy, póki nie usłyszy mnie ktoś, kto pomoże przerwać ten koszmar.
Nowotwór jest bezwzględny. Nie pyta o plany, nie czeka, każdego dnia po kawałku odbiera siły, zdrowie i nadzieję. Widok ukochanych osób, które znikają w oczach, cierpią z bólu i patrzą na nas wzrokiem pełnym strachu, rozrywał moje serce na milion kawałków... Mamie usunięto całą tarczycę. Bardzo schudła, jest wyczerpana i nie ma na nic siły. Ma stale kontrolować swój stan zdrowia.

Nie wiem, dlaczego to wszystko potoczyło się w ten sposób. Moi rodzice mieli niedługo cieszyć się spokojną jesienią życia i wspólną emeryturą. Tata chciał łowić ryby, chodzić na grzyby i wyjeżdżać z żoną i wnukiem na wycieczki. Zawsze był bardzo aktywnym człowiekiem. Teraz wszystkie plany i marzenia zastąpiło tylko jedno: by żyli.
Koszty leczenia, leków, wyjazdów do lekarzy, konsultacje medyczne wynoszą kilka tysięcy złotych miesięcznie i pochłaniają wszystkie nasze dochody. Zrobiliśmy już wszystko. Oddaliśmy wszystkie oszczędności, poruszyliśmy niebo i ziemię, ale ta potworna choroba drenuje nie tylko organizm, ale i finanse. Idzie zima, a my nie mamy nawet za co zakupić opału, bo wszystkie pieniądze idą na leczenie, a i tak brakuje. Stanęliśmy pod ścianą.
Błagam o pomoc. Nie pozwól, by wygrały pieniądze... Z całego serca, ze łzami w oczach, błagam o ratunek dla mojego synka, mamy i taty. Nie mogę przecież wybierać, które z nich leczyć! Każda złotówka, każda wpłata, to dla nas dodatkowy dzień nadziei. To chwila mniej strachu i krok bliżej do cudu, na który tak bardzo czekamy.
Jeśli nie możesz wpłacić, podaj dalej mój krzyk o pomoc: Udostępnij ten apel na swojej tablicy. Może zobaczy go ktoś, kto zechce pomóc uratować życie. Pomyśl o nas ciepło. Każda dobra myśl i modlitwa daje nam siłę, by jutro rano wstać i walczyć dalej. Wasza dobroć to jedyne światło, jakie nam pozostało.
Małgosia – mama Wiktora i córka Ewy oraz Zdzisława