
Guz mózgu zabija Ryszarda. Pomóż nam ocalić Tatę!
Fundraiser goal: Badania, rehabilitacja, leczenie, opieka pielęgniarska, sprzęt rehabilitacyjny
The fundraiser includes alternative therapy
Fundraiser goal: Badania, rehabilitacja, leczenie, opieka pielęgniarska, sprzęt rehabilitacyjny
The fundraiser includes alternative therapy
Fundraiser description
Od ponad miesiąca każdego ranka po przebudzeniu zadaje sobie to samo pytanie: Jak dalej żyć? Jak pokonać raka, jak sprawić by tato wyzdrowiał? Jak mam patrzeć codziennie w jego oczy, w których widzę paniczny strach przed śmiercią? Tak tato, będziemy walczyć, musisz żyć, - odpowiadamy. Ale w głębi serca zadajemy sobie w kółko to samo pytanie: co dalej? Ile czasu mu zostało? Ile czasu zostało nam, aby spędzić go w gronie najbliższej rodziny? Tak bardzo chciałybyśmy go uratować, zatrzymać czas, który leci nieubłaganie szybko... Do tego jednak będą potrzebne ogromne pieniądze, których nie mamy.

W czwartek 8 lipca późnym wieczorem dowiedziałam się, że tato ma guza mózgu, dużego, trzyogniskowego. Guz. To jedno słowo, które zmieniło mój cały dotychczasowy świat. Następnego ranka byłam już na konsultacji u neurochirurga w Opolu, od którego usłyszałam: rok życia, góra dwa jeśli będzie miał szczęście... Bez operacji będzie żył 3 miesiące. Pytam czy jest szansa, że tato z tego wyjdzie? Odpowiedź brzmi: wie pani, cuda się zdarzają...
Potem bieganina, paniczna jazda po całej Polsce, szukanie lekarza, który tego cudu dokona. Zjeździłyśmy z siostrą pół Polski, byłyśmy u tych najbardziej doświadczonych, najbardziej wybitnych neurochirurgów w kraju, profesorów zajmujących się nawet najbardziej beznadziejnymi przypadkami. Bywało, że stałyśmy przed gabinetem po 6-7 godzin po to tylko, aby od każdego z nich usłyszeć: 12 miesięcy życia, nie ma dla niego ratunku. Można go operować, ale trzeba czekać miesiąc, dwa.

W końcu jakimś cudem udaje nam się trafić na lekarza, który podejmuje się operacji i wycina tacie 95% guza. Tato jest przytomny podczas operacji, dzięki czemu resekcja guza jest mocno radykalna, co teoretycznie ma wydłużyć mu życie. Operacja kosztuje ogromne pieniądze, musimy za nią zapłacić sami, bo NFZ tego nie refunduje...
Pierwszy etap za nami. Potem chemio i radioterapia. Według medycyny za pół roku, rok wznowa, bo glejak ma to do siebie, że bardzo szybko odrasta, dlatego jest taki zabójczy. Czy mój tato to wytrzyma? Ile razy jeszcze będzie musiał być operowany, przechodzić radio i chemioterapię. Czekając aż jego rana na głowie się zagoi, aby móc rozpocząć naświetlanie, natrafiłam na artykuł dotyczący immunoterapii komórkami dendrycznymi w Duderstadt w Niemczech. To metoda, która daje ludziom chorym na glejaka szansę na życie, być może na wiele lat bez wznowy i w dobrej kondycji. Dzięki leczeniu immunoterapią tato ma szansę walczyć z glejakiem przy użyciu własnych mechanizmów obronnych. Takie leczenie kosztuje jednak ogromne, liczone w dziesiątkach tysięcy euro kwoty.

Kochamy Cię tato. Przez całe życie zawsze myślałeś o innych, pomogłeś tylu ludziom, którzy przychodzili po pomoc lub poradę, ze mną i z moją siostrą Justynką na czele. Teraz nadszedł czas, abyśmy mogli Ci się odwdzięczyć za całe dobro, które uczyniłeś. I przysięgam Ci, że zrobimy wszystko, aby Cię z tego wyciągnąć. Pokonamy każdą przeszkodę, przeskoczymy góry i się nie poddamy. Będziemy wszyscy walczyć do końca, tak jak nas tego uczyłeś.
Za wszelką pomoc, udostępnianie tej zbiórki, za Wasze hojne wpłaty, za brak obojętności w obliczu naszego nieszczęścia, za każdą modlitwę w intencji naszego kochanego taty z całego serca dziękujemy! Bądźcie zdrowi i dobrzy dla siebie. Pomagajcie sobie wzajemnie, bo głęboko wierzę, że dobro do nas wszystkich wróci. Dziękujemy Wam za wszystko.
Patrycja i Justyna
