Sukienka w Plecaku
The money box was created on the initiative of the Organizer who is responsible for its content.

Sukienka w Plecaku dla Rak’n’Roll ❤️
We wrześniu wyruszymy do Samotni podczas kolejnej edycji „Sukienki w Plecaku”. Jak zawsze każda z nas będzie niosła w plecaku własną historię, doświadczenia, marzenia i intencje.
Tym razem chcemy, aby nasza wspólna wędrówka miała również wymiar pomocy innym kobietom.
Jedna z uczestniczek naszego wydarzenia ponad 15 lat temu usłyszała diagnozę nowotworu. Była młodą mamą, a jej życie z dnia na dzień zmieniło się nie do poznania. Dziś, pełna energii, pasji i wdzięczności za każdy dzień, chce podzielić się swoją historią oraz wesprzeć kobiety, które właśnie teraz mierzą się z podobnymi wyzwaniami.
Dlatego tworzymy tę skarbonkę dla Fundacji Rak’n’Roll.
Wierzymy, że nawet najmniejsza wpłata może stać się częścią czegoś większego. Każde 20 zł, każda złotówka i każde udostępnienie to znak, że żadna kobieta nie powinna przechodzić przez trudne chwile sama.
Nasze górskie wyjście jest symbolem drogi. Czasem łatwej, czasem wymagającej. Takiej, na której wsparcie drugiego człowieka potrafi dodać sił do kolejnego kroku.
Jeśli bliska jest Ci idea kobiecej solidarności, wsparcia i przekazywania dobra dalej, dołącz do naszej akcji.
Razem możemy zrobić coś pięknego. ❤️
Dziękujemy za każdą wpłatę i każde udostępnienie tej skarbonki.
Przeczytajcie uważnie historię naszej koleżanki z grupy:
"
To nie jest tak, że nie pamiętam albo zagłuszam w sobie przeszłość. Nigdy nie pisałam o tym, nie miałam chyba okazji, by powiedzieć z mojej perspektywy, jak to jest zachorować na nowotwór złośliwy.
Ale to też nie jest tak, że nie dzielę się tym z bliskimi czy znajomymi swoimi przebojami. Tak nazywam to, czego doświadczyłam i doświadczam.
Nowotwór nie odchodzi. Jest przy mnie cały czas, choć żyję tak, że ciężko niektórym uwierzyć, że choruję. Ludzie do mnie mówią, że w życiu by nie przypuszczali, że choruję.
Gdy słyszę, że to takie straszne, że trzeba walczyć, to czuję w sobie opór, niezgodę. Nie lubię słowa „straszne” czy „walka” w kontekście choroby, z którą żyję od ponad 15 lat.
Zaczęło się od zmęczenia, przeciążenia. Bardzo swędziała mnie skóra, a zwłaszcza piszczele. Drapałam się jak oszalała. Nie było wówczas balsamu do ciała, którego bym nie spróbowała. Myślałam, że to moje przypadłości, to efekt ciąży i porodu.
Córcia miała niecały roczek, kiedy nagle zaczęłam czuć się jak nie ja. Zawsze roznosiła mnie energia, wszędzie było mnie pełno. A tu nagle… brak siły, zmęczenie.
W głowie jedna myśl: to normalne.
Ale jakaś cząstka mnie, tak głęboko ukryta, dawała znać, że coś jest nie tak. Zaczęłam szukać przyczyny. Lekarz rodzinny mówił, że to alergia albo że antybiotyk trzeba mi podać.
Z dnia na dzień byłam coraz słabsza. Córcia wymagała stałej opieki, mąż pracował, rodzina była daleko. Nie miałam za bardzo na kogo liczyć.
Czułam się pozostawiona i samotna, czasami niezrozumiana. Sama wychowywałam córeczkę i zajmowałam się domem. Było mi coraz trudniej.
Nie przyznawałam się jednak do słabszych dni. Obiad zawsze na stole, obowiązkowe spacery, zakupy, sprzątanie, zabawa z córeczką — to była moja codzienność. I to chroniczne zmęczenie, senność.
Gdy córcia skończyła roczek, wyczułam na szyi duże guzy, wielkości śliwki, moreli. Poszłam prywatnie do doktor endokrynolog, która w trakcie ciąży monitorowała mi poziom tarczycy TSH.
Była to droga wizyta. W 2010 roku płaciłam 220 zł bez biopsji, z biopsją 400 zł.
Pani doktor nie mogła zrobić biopsji cienkoigłowej, by wbić się w te duże guzy. Powiedziała mi słowa, za które jestem jej do dziś bardzo wdzięczna:
„Nie jestem w tym specjalistą, nie znam się na tym i nie będę pani mówić o moich podejrzeniach. Proszę zadzwonić jutro do tego lekarza i powołać się na mnie”.
Wręczyła mi numer telefonu lekarza onkologa. Za wizytę nie wzięła ani złotówki i na sam koniec powiedziała mi, że pieniądze teraz bardzo mi się przydadzą i mam je wydać na leczenie.
Nie ukrywam, że pierwszy raz w życiu lekarz nie zainkasował ode mnie należności za wizytę.
Na drugi dzień zadzwoniłam pod podany numer, umówiłam się na wizytę na oddziale onkologicznym w szpitalu na ulicy Kamieńskiego i czekałam.
W tym czasie nie nakręcałam się. Szukałam pozytywów i nastawiłam się na konkrety i fakty. Bardzo nie lubię zamartwiać się na zapas, analizować, nakręcać się, szukać dziury w całym.
Całkowicie zaufałam mojej wewnętrznej intuicji.
Onkolog na wizycie zrobił biopsję gruboigłową, zlecił tomografię, rezonans magnetyczny, badania z krwi.
I z wynikami, gdy wróciłam do onkologa, usłyszałam: ziarnica złośliwa, chłoniak Hodgkina, trzeci stopień, zainfekowane narządy wewnętrzne. Nie da się operować… i skierowanie do onkologa chemioterapeuty.
Tam kolejne badania, pobranie szpiku kostnego, badanie PET-CT w dolnośląskim ośrodku medycyny nuklearnej…
Brzmiało to tak, jakbym miała być wysłana z misją kosmiczną.
I tak się czułam.
Świat zatrzymał się na chwilę dla mnie.
Mała córeczka, całe życie przede mną i 13.12.2010 — stan bojowy i myśl w głowie: noż cholera jasna, tak nie można.
Nie było paniki, nie było złości, żalu, łez…
Zadzwoniłam do brata, rodziców, męża.
I zaczęło się zupełnie coś nowego w moim życiu.
Szpital co tydzień. Miałam zaplanowane 12 cykli chemioterapii, naświetlania, przeszczep szpiku kostnego, bo w badaniach wyszły nacieki w kościach i w szpiku kostnym.
Musiałam znaleźć sposób na logistykę życia. Co dwa tygodnie, w piątki, jeździłam do szpitala na chemię. Ktoś musiał zająć się córką, pomóc mi w organizacji życia.
Mąż pracował, nie było innej możliwości.
Leki częściowo refundowane, ale i tak potwornie drogie. Badania zresztą też, a żyć trzeba.
I taki trwał kołowrotek.
Przyjechała do mnie koleżanka z Warszawy, rodzice… Bez ich pomocy nie wiem, jak by to wyglądało.
Dwie pierwsze chemie zniosłam nieźle… Trudno mi było, bo opadałam z sił, wypadały mi włosy…
Córcia lubiła się nimi bawić i wtedy ile złapała, tyle jej zostawało w maleńkich rączkach. Potem zaczęła i sobie wyrywać włoski. Doszło do zakażenia na jej główce. To pamiętam najbardziej.
W końcu poprosiłam męża, żeby ogolił mi głowę na łyso.
I sposób, w jaki to zrobił, jak zareagował, był chyba najbardziej wspierający w całej chorobie.
Pamiętam brak sił, wymioty, biegunki, chodzenie na czworaka po domu, upadki podczas spaceru z córeczką w wózku.
Przez cały czas nie czułam złości na to, że choruję. Mówiłam nawet, że „jedni wygrywają w totka, inni mają chłoniaka”. Na kogo trafi, na tego bęc.
Mówili mi ludzie: „Masz dla kogo żyć”.
To akurat mnie wkurzało, bo odpowiadałam, że córka i mąż beze mnie sobie poradzą, ja sama bez siebie sobie nie poradzę i chcę żyć dla siebie.
A rokowania były słabe. Miałam naprawdę marną szansę na wyjście z choroby i wyzdrowienie.
Każdy zabieg, każda kroplówka, każdy dzień spędzony w szpitalu był krokiem naprzód. Czasem małym, czasem bolesnym, ale zawsze w stronę przyszłości, którą chciałam zobaczyć.
Tak bardzo jestem i byłam zachłanna na życie.
W środku często wrzeszczałam do Boga, że nie może mi tego zrobić, że nie oddam się tak łatwo, że tak nie będzie. Wiedziałam, że musi się udać. Uczepiłam się tej myśli i nie odpuszczałam.
Ale Boga nie winiłam. Ciało to tylko biologia, może się zepsuć.
Modlitwa mi pomagała, wyciszała i dawała nadzieję.
I jednocześnie głos w głowie: dasz radę, przetrwasz, zobaczysz, jak córka idzie do szkoły, będziesz kłócić się z nią, będziesz przy niej.
I po czterech wlewach, po dwóch miesiącach, zrobiono mi kolejny raz badanie PET-CT.
I okazało się, że z ogromnej ilości guzów, rozsianych po całym organizmie, zostało kilkanaście.
Nikt nie wierzył. Powtórzono badanie, bo sądzono, że mogło dojść do pomylenia wyników.
Okazało się to samo — że mój organizm świetnie zareagował na chemioterapię, że nie będę mieć naświetlań ani przeszczepu szpiku.
A ja wchodzę w fazę: ja pierdziele… udało się.
Z zaplanowanego leczenia dostałam tylko część i wierzę, że moje nastawienie, brak szperania w internecie (bo według niego nie miałam szans lub były one znikome na wyjście z choroby), to, że moja miłość do życia i zaufanie do tego, co ono przynosi, pozwala mi dziś napisać tę historię.
Wspierałam się książkami księdza Jana Kaczkowskiego, który nazwał się onkocelebrytą, i polecam je każdemu człowiekowi.
Śp. ksiądz Johnny ma bardzo podobne podejście do choroby, co ja.
Nie dramatyzowałam, nie szukałam winnych i nie przeklinałam świata, Boga i ludzi.
Życie jest piękne, gdy się chce tak prawdziwie żyć.
Gdy łapie się szczęście tęczy odbitej w kałuży, siano we włosach po skakaniu z córką przy koniach, w kubku gorącej kawy, gdy idzie się w nocy z czołówką przez las i je jajecznicę na szczycie, gdy zachłannie odkrywa się małe cuda obok, gdy… gdy się nie planuje, a jest.
Mam grono bliskich i dalekich znajomych. Jednych zweryfikował czas i sytuacje, inni zawiesili znajomość na kołku.
Już nie dobijam się do nich. Co ma być, to będzie, a nawet to, co miało nigdy nie nastąpić, może się wydarzyć.
Pięknie jest żyć"
All funds accumulated in the money box are transferred
directly to the target Organization:
Sukienka w Plecaku dla Rak’n’Roll ❤️
We wrześniu wyruszymy do Samotni podczas kolejnej edycji „Sukienki w Plecaku”. Jak zawsze każda z nas będzie niosła w plecaku własną historię, doświadczenia, marzenia i intencje.
Tym razem chcemy, aby nasza wspólna wędrówka miała również wymiar pomocy innym kobietom.
Jedna z uczestniczek naszego wydarzenia ponad 15 lat temu usłyszała diagnozę nowotworu. Była młodą mamą, a jej życie z dnia na dzień zmieniło się nie do poznania. Dziś, pełna energii, pasji i wdzięczności za każdy dzień, chce podzielić się swoją historią oraz wesprzeć kobiety, które właśnie teraz mierzą się z podobnymi wyzwaniami.
Dlatego tworzymy tę skarbonkę dla Fundacji Rak’n’Roll.
Wierzymy, że nawet najmniejsza wpłata może stać się częścią czegoś większego. Każde 20 zł, każda złotówka i każde udostępnienie to znak, że żadna kobieta nie powinna przechodzić przez trudne chwile sama.
Nasze górskie wyjście jest symbolem drogi. Czasem łatwej, czasem wymagającej. Takiej, na której wsparcie drugiego człowieka potrafi dodać sił do kolejnego kroku.
Jeśli bliska jest Ci idea kobiecej solidarności, wsparcia i przekazywania dobra dalej, dołącz do naszej akcji.
Razem możemy zrobić coś pięknego. ❤️
Dziękujemy za każdą wpłatę i każde udostępnienie tej skarbonki.
Przeczytajcie uważnie historię naszej koleżanki z grupy:
"
To nie jest tak, że nie pamiętam albo zagłuszam w sobie przeszłość. Nigdy nie pisałam o tym, nie miałam chyba okazji, by powiedzieć z mojej perspektywy, jak to jest zachorować na nowotwór złośliwy.
Ale to też nie jest tak, że nie dzielę się tym z bliskimi czy znajomymi swoimi przebojami. Tak nazywam to, czego doświadczyłam i doświadczam.
Nowotwór nie odchodzi. Jest przy mnie cały czas, choć żyję tak, że ciężko niektórym uwierzyć, że choruję. Ludzie do mnie mówią, że w życiu by nie przypuszczali, że choruję.
Gdy słyszę, że to takie straszne, że trzeba walczyć, to czuję w sobie opór, niezgodę. Nie lubię słowa „straszne” czy „walka” w kontekście choroby, z którą żyję od ponad 15 lat.
Zaczęło się od zmęczenia, przeciążenia. Bardzo swędziała mnie skóra, a zwłaszcza piszczele. Drapałam się jak oszalała. Nie było wówczas balsamu do ciała, którego bym nie spróbowała. Myślałam, że to moje przypadłości, to efekt ciąży i porodu.
Córcia miała niecały roczek, kiedy nagle zaczęłam czuć się jak nie ja. Zawsze roznosiła mnie energia, wszędzie było mnie pełno. A tu nagle… brak siły, zmęczenie.
W głowie jedna myśl: to normalne.
Ale jakaś cząstka mnie, tak głęboko ukryta, dawała znać, że coś jest nie tak. Zaczęłam szukać przyczyny. Lekarz rodzinny mówił, że to alergia albo że antybiotyk trzeba mi podać.
Z dnia na dzień byłam coraz słabsza. Córcia wymagała stałej opieki, mąż pracował, rodzina była daleko. Nie miałam za bardzo na kogo liczyć.
Czułam się pozostawiona i samotna, czasami niezrozumiana. Sama wychowywałam córeczkę i zajmowałam się domem. Było mi coraz trudniej.
Nie przyznawałam się jednak do słabszych dni. Obiad zawsze na stole, obowiązkowe spacery, zakupy, sprzątanie, zabawa z córeczką — to była moja codzienność. I to chroniczne zmęczenie, senność.
Gdy córcia skończyła roczek, wyczułam na szyi duże guzy, wielkości śliwki, moreli. Poszłam prywatnie do doktor endokrynolog, która w trakcie ciąży monitorowała mi poziom tarczycy TSH.
Była to droga wizyta. W 2010 roku płaciłam 220 zł bez biopsji, z biopsją 400 zł.
Pani doktor nie mogła zrobić biopsji cienkoigłowej, by wbić się w te duże guzy. Powiedziała mi słowa, za które jestem jej do dziś bardzo wdzięczna:
„Nie jestem w tym specjalistą, nie znam się na tym i nie będę pani mówić o moich podejrzeniach. Proszę zadzwonić jutro do tego lekarza i powołać się na mnie”.
Wręczyła mi numer telefonu lekarza onkologa. Za wizytę nie wzięła ani złotówki i na sam koniec powiedziała mi, że pieniądze teraz bardzo mi się przydadzą i mam je wydać na leczenie.
Nie ukrywam, że pierwszy raz w życiu lekarz nie zainkasował ode mnie należności za wizytę.
Na drugi dzień zadzwoniłam pod podany numer, umówiłam się na wizytę na oddziale onkologicznym w szpitalu na ulicy Kamieńskiego i czekałam.
W tym czasie nie nakręcałam się. Szukałam pozytywów i nastawiłam się na konkrety i fakty. Bardzo nie lubię zamartwiać się na zapas, analizować, nakręcać się, szukać dziury w całym.
Całkowicie zaufałam mojej wewnętrznej intuicji.
Onkolog na wizycie zrobił biopsję gruboigłową, zlecił tomografię, rezonans magnetyczny, badania z krwi.
I z wynikami, gdy wróciłam do onkologa, usłyszałam: ziarnica złośliwa, chłoniak Hodgkina, trzeci stopień, zainfekowane narządy wewnętrzne. Nie da się operować… i skierowanie do onkologa chemioterapeuty.
Tam kolejne badania, pobranie szpiku kostnego, badanie PET-CT w dolnośląskim ośrodku medycyny nuklearnej…
Brzmiało to tak, jakbym miała być wysłana z misją kosmiczną.
I tak się czułam.
Świat zatrzymał się na chwilę dla mnie.
Mała córeczka, całe życie przede mną i 13.12.2010 — stan bojowy i myśl w głowie: noż cholera jasna, tak nie można.
Nie było paniki, nie było złości, żalu, łez…
Zadzwoniłam do brata, rodziców, męża.
I zaczęło się zupełnie coś nowego w moim życiu.
Szpital co tydzień. Miałam zaplanowane 12 cykli chemioterapii, naświetlania, przeszczep szpiku kostnego, bo w badaniach wyszły nacieki w kościach i w szpiku kostnym.
Musiałam znaleźć sposób na logistykę życia. Co dwa tygodnie, w piątki, jeździłam do szpitala na chemię. Ktoś musiał zająć się córką, pomóc mi w organizacji życia.
Mąż pracował, nie było innej możliwości.
Leki częściowo refundowane, ale i tak potwornie drogie. Badania zresztą też, a żyć trzeba.
I taki trwał kołowrotek.
Przyjechała do mnie koleżanka z Warszawy, rodzice… Bez ich pomocy nie wiem, jak by to wyglądało.
Dwie pierwsze chemie zniosłam nieźle… Trudno mi było, bo opadałam z sił, wypadały mi włosy…
Córcia lubiła się nimi bawić i wtedy ile złapała, tyle jej zostawało w maleńkich rączkach. Potem zaczęła i sobie wyrywać włoski. Doszło do zakażenia na jej główce. To pamiętam najbardziej.
W końcu poprosiłam męża, żeby ogolił mi głowę na łyso.
I sposób, w jaki to zrobił, jak zareagował, był chyba najbardziej wspierający w całej chorobie.
Pamiętam brak sił, wymioty, biegunki, chodzenie na czworaka po domu, upadki podczas spaceru z córeczką w wózku.
Przez cały czas nie czułam złości na to, że choruję. Mówiłam nawet, że „jedni wygrywają w totka, inni mają chłoniaka”. Na kogo trafi, na tego bęc.
Mówili mi ludzie: „Masz dla kogo żyć”.
To akurat mnie wkurzało, bo odpowiadałam, że córka i mąż beze mnie sobie poradzą, ja sama bez siebie sobie nie poradzę i chcę żyć dla siebie.
A rokowania były słabe. Miałam naprawdę marną szansę na wyjście z choroby i wyzdrowienie.
Każdy zabieg, każda kroplówka, każdy dzień spędzony w szpitalu był krokiem naprzód. Czasem małym, czasem bolesnym, ale zawsze w stronę przyszłości, którą chciałam zobaczyć.
Tak bardzo jestem i byłam zachłanna na życie.
W środku często wrzeszczałam do Boga, że nie może mi tego zrobić, że nie oddam się tak łatwo, że tak nie będzie. Wiedziałam, że musi się udać. Uczepiłam się tej myśli i nie odpuszczałam.
Ale Boga nie winiłam. Ciało to tylko biologia, może się zepsuć.
Modlitwa mi pomagała, wyciszała i dawała nadzieję.
I jednocześnie głos w głowie: dasz radę, przetrwasz, zobaczysz, jak córka idzie do szkoły, będziesz kłócić się z nią, będziesz przy niej.
I po czterech wlewach, po dwóch miesiącach, zrobiono mi kolejny raz badanie PET-CT.
I okazało się, że z ogromnej ilości guzów, rozsianych po całym organizmie, zostało kilkanaście.
Nikt nie wierzył. Powtórzono badanie, bo sądzono, że mogło dojść do pomylenia wyników.
Okazało się to samo — że mój organizm świetnie zareagował na chemioterapię, że nie będę mieć naświetlań ani przeszczepu szpiku.
A ja wchodzę w fazę: ja pierdziele… udało się.
Z zaplanowanego leczenia dostałam tylko część i wierzę, że moje nastawienie, brak szperania w internecie (bo według niego nie miałam szans lub były one znikome na wyjście z choroby), to, że moja miłość do życia i zaufanie do tego, co ono przynosi, pozwala mi dziś napisać tę historię.
Wspierałam się książkami księdza Jana Kaczkowskiego, który nazwał się onkocelebrytą, i polecam je każdemu człowiekowi.
Śp. ksiądz Johnny ma bardzo podobne podejście do choroby, co ja.
Nie dramatyzowałam, nie szukałam winnych i nie przeklinałam świata, Boga i ludzi.
Życie jest piękne, gdy się chce tak prawdziwie żyć.
Gdy łapie się szczęście tęczy odbitej w kałuży, siano we włosach po skakaniu z córką przy koniach, w kubku gorącej kawy, gdy idzie się w nocy z czołówką przez las i je jajecznicę na szczycie, gdy zachłannie odkrywa się małe cuda obok, gdy… gdy się nie planuje, a jest.
Mam grono bliskich i dalekich znajomych. Jednych zweryfikował czas i sytuacje, inni zawiesili znajomość na kołku.
Już nie dobijam się do nich. Co ma być, to będzie, a nawet to, co miało nigdy nie nastąpić, może się wydarzyć.
Pięknie jest żyć"