Triathlon dla Martina

Piotr z Bibby Financial Services
organizator skarbonki

5 września 2012 r.

Tak jak obiecałem pokusiłem się po starcie o „krótkie” subiektywne podsumowanie. W sumie nie wiem od czego zacząć. Może zacznę od tego co przeczytałem w ulotce przedstartowej na dzień przed wyścigiem. „Pokonaj dystans 3,8 pływania, następnie przejedź 180 km na rowerze i na koniec przebiegnij koronny dystans maratonu. Zrób to a przez całe życie będziesz wspominał ten dzień jako coś wyjątkowego, dzień w którym zostałeś człowiekiem z żelaza” tymi słowami 30 lat temu John Collins – pomysłodawca zawodów Ironman – zachęcał triathlonistów do zmierzenia się z tym morderczym dystansem.  W dniu wyścigu śmialiśmy się w gronie zawodników, że gdyby ów jegomość wymyślił 5 km w wodzie 250 na rowerze i 60 km biegu pewnie też byśmy się stawili na starcie ; ) więc dziękowaliśmy opatrzności że to „tylko tyle”.

Dzień przed startem dojazd, odprawa, zapakowanie rowerów do boksów, pasta party (czyli po tygodniu jedzenia makaronu jeszcze ostatni raz makaron, nawet niezły i w sosie bolognese było rzeczywiście mięso). Dojazd do hotelu na nocleg. Pakowanie rzeczy na start do specjalnych worków oznaczonych numerkiem i czynnością do której są przeznaczone rzeczy w środku. Do biegania, czapka, okulary, buty, żele miękkie, MP3. Rower – kask, buty SPD, żele twarde, batony izotoniki do bidonów (na rowerze masz zazwyczaj 4-5 bidonów). Sen. W zasadzie brak snu bo w hotelu Focus w Bydgoszczy brakuje tylko lotniska za oknem do pełni dźwięków industrialnego świata. Kręciłem się w łóżku jak wał w silniku wysokoprężnym i tak do 4.30 rano. Pobudka, na śniadanie ciastka, witaminy, magnez no i jazda na start.

Po wbiciu w piankę stanęliśmy w 117 osób nad brzegiem jeziora. Było spokojnie. O 7.00 jezioro jest jeszcze zaspane poranną mgłą i nawet mnie włączył się pewien mistycyzm. Wschód słońca, mgła, wyzwanie, przygoda…te uczucia wyższe i kontekst przyrodniczy zakłóciły słowa Pana który zakomunikował że za 10 sekund zagoni nas do wody. Pływanie…bez historii, to trzeba odbębnić i nie dać się za bardzo pokopać przez kolegów w wodzie (i 2 koleżanki). Wyjście z wody, pianka off, kask i buty on i jedziemy. Rower to jeden wielki bufet, jesz jak na wigilii u mamy. Batony, żele, banany, izo. 6 kółek po 30 km. Tu założenie jest takie aby się …nie zmęczyć i nie zakatować nóg bo potem Cię przytka na biegu. Pogoda była dość dobra, delikatny wiatr czasem przeszkadzał ale nikt nie narzekał. Rower to też wyczekiwanie pierwszego kryzysu. Ten nadszedł u mnie na 160 km. Nie dobrze że tak późno. Zwalczyłem go 2 żelami wypitymi duszkiem i batonem z cyklu miliard kalorii ; ). Dojazd do strefy na 180 km i przebranie butów na bieg. No i tu się zaczęła walka. Bo po pływaniu i rowerze masz wrażenie że możesz Ironmana robić co tydzień. Bieg weryfikuje wszystko i robi to dość brutalnie. Pierwsze 10 km praktycznie bez bólu, tzn. bolało bardzo ale nie tak jak miało boleć później. Generalnie „bolenie” jest rzeczą względną i zawsze może boleć bardziej ; ). Potem mega kryzys. Większość z Was pamięta taki francuski serial animowany „Było sobie życie”. Tlen, hemoglobina, czerwone krwinki noszą tam takie śmieszne ludziki, całością bałaganu zarządzał taki starszy gość z brodą. No i ten gość wchodzi do małego pokoju „zarządzanie funkcjami” i zaczyna powoli rozłączać system. W moim przypadku najpierw były kolana (a dokładniej prawe które miałem zbite po upadku na rowerze i nie zdążyło się zregenerować). Potem żołądek, musisz jeść a nie możesz bo jest zakwaszony i dalej mięsnie dwugłowe, czterogłowe…cała walka polega na tym aby pan z brodą nie doszedł do przycisku „silna wola” jak to rozłączy to już jest po tobie. Padasz. Ja padłem raz na snopek siana wgryzając się weń zębami i operując słownictwem nazwijmy je „niekorporacyjnym”.  Ostatnie 10 km, pamiętam słabo. Było już ciemno, widziałem tylko światełka współtowarzyszy na trasie. Meta, medal…na satysfakcje przyszedł czas później po słowach uznania od rodziny i znajomych.

Podsumowując mogę powiedzieć że ten start uczy pokory do samego siebie i otoczenia w którym żyjesz. Uczysz się że to nie rzeczywistość kształtuje Ciebie a to ty jesteś jej pomysłodawcą i jej twórcą. Może to trochę przesadzone ale prawdziwe. Najważniejsza jest też wizualizacja „mety”. Odtwarzasz to przed startem tysiące razy, że dobiegasz, że osiągasz cel. To ważne. Meta przenosi Cię w świat ludzi z żelaza dla których wszystko od tego dnia jest możliwe.    

Moja przygoda z Triathlonem na razie się zakończyła (przynajmniej na kilka miesięcy ;) ), ale zbiórka na rehabilitację Martina trwa nadal. Pragnę podziękować wszystkim, którzy do tej pory wsparli zbiórkę i zachęcić pozostałych do wpłacania funduszy na te cel. Nie ma opcji, ta akcja też musi się zakończyć sukcesem!

29 sierpnia 2012r.
Nazywam się Piotrek, pracuję w Bibby Finacial Services. Pływam przeciętnie, biegam prawie jak każdy, rowerem jeżdżę nie jak każdy ;). Mam za sobą kilka imprez zorganizowanych, głównie biegowych (maratony, półmaratony). Z punktu widzenia triathlonisty nie jest to zbyt istotne gdyż w tym przypadku codziennie wychodzi się na wieczorny bieg około 15 km, tak aby nie stracić kontaktu z dyscypliną ;). 2 września wystartuje w Triathlonie (w formule Ironmana). Swoim wysiłkiem chcę wesprzeć 2,5 letniego niewidomego, cierpiacego na porażenie mózgowe Martina.

Pomysł na start zrodził się w październiku zeszłego roku. Chodziło mi to po głowie już  od dłuższego czasu. Jednak do podjęcia próby zrealizowania mojego marzenia dojrzałem całkiem niedawno, zaraz potem zarejestrowałem się jako uczestnik. Plan ziści się już za kilka dni. Ziści się oczywiście marzenie startu, bo od mety będzie dzieliło mnie 226 km podczas, których zdarzyć się może praktycznie wszystko. Dotarcie do finishu najlepszym zajmuje około 9 godzin. Ci najlepsi spotykają się co roku na Hawajach na Kona i tam rywalizują o tytuł mistrza świata. Eliminacje do tego wyścigu trwają praktycznie przez cały rok na różnych kontynentach. Mam oczywiście w głowie mój plan minimum ale tak jak wspomniałem triathlon to około 12 godzin wysiłku na granicach ludzkich możliwości gdzie jeden niezjedzony baton albo żel energetyczny może cię pozamiatać po kilku kilometrach. Zasłabnięcia i omdlenia są tu praktycznie na porządku dziennym i za bardzo nikt się tym nie przejmuje. Gdy coś takiego się zdarzy zdejmuje się człowieka z trasy podłącza kroplówkę, która za parę godzin postawi go na nogi. A’ propos nóg. Jak już dobiegniesz do mety przez parę dni lepiej omijać schody i inne podwyższenia, gdyż jesteś tak zakwaszony, że masz problemy np. z wejściem do samochodu! Generalnie zawody zaczynają się wtedy kiedy zaczyna boleć ;)
 

„Najprostszą” konkurencją jest pływanie, które zaczyna się o godzinie 7.00. Tutaj nie ma żadnej filozofii - masz przepłynąć 3,8 km tak aby się nie zmęczyć. Z uwagi na temperaturę wody (zawsze jeśli jest poniżej 22 stopni) pływa się w piankach. Ciekawym doświadczeniem jest wyjście z wody po przepłynięciu założonego dystansu – wówczas serce zaczyna pompować krew nie w poziomie a w pionie. To nie boli ale czujesz się tak jak nad ranem po dobrym wiejskim weselu!

Wsiadasz na rower i masz do przejechania 180 km. W tej konkurencji powinieneś już liczyć na różne niespodzianki, od zakwasów i skurczy (tu pomaga wbicie igły w mięsień) po przez wymioty, zasypiania na rowerze (tak od 130 km pijesz rozgazowaną colę i ładujesz w siebie cukry aby nie zasnąć) aż po pęknięte opony z przeciwnym wiatrem włącznie. Najważniejszą zasadą jest tzw. no drafting czyli przepis zabraniający jazdy na czyimś kole. Innymi słowy zabrania się jechać za innym rowerzystą w odległości mniejszej niż 10 metrów, gdyż tworzy się tunel aerodynamiczny, w którym łatwiej się jedzie.


Ostatnią konkurencją jest bieg obejmujący pełny maraton czyli 42 km 195 m. Przejście z roweru do biegu jest też ciekawym doświadczeniem dla nóg i mięśnia dwugłowego, o którym raczej nie będę się rozpisywał. Co najistotniejsze on też boli. W biegu najważniejszy jest rytm i stała prędkość. Punkty bufetowe znajdują się co 2,5 km i tam można uzupełnić płyny i węglowodany (na rowerze co 30 km). Podczas wyścigu spala się około 13 tys. kalorii i czymś to trzeba uzupełnić. Najzabawniejsze jest to, że mimo powyższego opisu, triathlon można polubić i czerpać korzyści z jego uprawiania w życiu codziennym. Relację z wyścigu opiszę w swoim czasie. Czyli po 2 września.

Cel dla, którego będę się zmagał  jest szczytny i dołożę wszelkich starań aby nie zawieść. Jednak mam zawsze z tyłu głowy myśl, że coś może się wydarzyć zatem jeśli ktoś będzie miał 2 września chwilę to będę wdzięczny jak na parę chwil potrzyma za mnie kciuka.


ZAPRASZAM DO UDZIAŁU W ZBIÓRCE!!!
 

Wsparli

50 zł

Anonymous

5 zł

Anonymous

50 zł

Anonymous

100 zł

Elzbieta Wojtczak

30 zł

Anonymous

200 zł

Anonymous

Piotrze, jestem dumna, że znam człowieka z żelaza! mam nadzieję, że dzięki Twojemu wysiłkowi, świat dla Martinka i jego rodziny bedzie choć trochę lepszy.

Show more

Darowizny trafiają bezpośrednio na zbiórkę charytatywną:
Piotr z Bibby Financial Services
Martin Walczak
Naprzód Martin
43%
2,585 zł Supported by 31 people CEL: 5,990 ZŁ