Money box finished
Money box

Wspieramy Antosia!!! Bangkok, jedziemy!!!

Organizer's avatar
Organizer:Anonymous

The money box was created on the initiative of the Organizer who is responsible for its content.

Opis zbiórki:

Jestem ciocią Antosia i stworzyłam dodatkową skarbonke wspierającą głowną zbiórke dla Antosia. Poniżej znajdujecie opis głównej zbiórki :)


W zeszłym roku dzięki Waszemu wsparciu udało nam się wylecieć z Antosiem na terapię komórkami macierzystymi do Bangkoku. Mieliśmy wiele wątpliwości, ale okazało się że to była bardzo dobra decyzja i w przyszłym roku chcielibyśmy ten wyjazd powtorzyc, a to się ponownie wiąże z ogromnym wydatkiem, dlatego prosimy Was ponownie o pomoc. Oto nasza historia:

Nikt na niego nie czekał. Nikt nie cieszył się z jego pojawienia na świecie. Antek urodził się niechciany i został porzucony w szpitalu — z potwornym rachunkiem zdrowotnym do zapłacenia. Za wypalone w ciąży papierosy, za wypite litry alkoholu, za brak zainteresowania i miłości… Pokochaliśmy go z żoną od pierwszego wejrzenia. Daliśmy dom, nazwisko, rodzinę i nieskończenie wiele ciepła. Pomagamy mu też spłacić ten okrutny rachunek za zdrowie...

Od początku wszystko było nie tak, jak powinno. Jego mama podobno nie wiedziała, że jest w ciąży. Nie mieli badań, opieki lekarskiej, zdrowego trybu życia. Sam poród był długi i ciężki. Antoś urodził się 2 miesiące za wcześnie w zamartwicy z niedotlenieniem. W pierwszych godzinach stoczył walkę na śmierć i życie, ale nikogo to nie obchodziło. Przeżył cudem…

Dowiedzieliśmy się o nim jak miał 11 dni życia. Do tego momentu leżał sam w szpitalnym łóżeczku, gdzie przychodziły pielęgniarki, żeby zrobić tylko to, co trzeba — pieluchy, butla… Nie chcę sobie wyobrażać, co musiał czuć. Samotny, opuszczony, zapomniany. Po tych 11 dniach odwiedziliśmy go po raz pierwszy. Ogromny strach, bo nie wiedzieliśmy, czy dobrze robimy. Chcieliśmy adoptować zdrowe dziecko i byliśmy przekonani, że tak będzie — tak nas zapewniali lekarze…

Nie będę przed Wami zgrywał bohatera. Gdybyśmy wtedy wiedzieli, że niedotlenienie przyniesie tak dramatyczne skutki, że Antoś być może nigdy nie będzie mówić, przełykać, siedzieć, ani chodzić, pewnie byśmy uciekli albo w ogóle tam nie pojechali.

Odwiedzaliśmy go codziennie w szpitalu. Zapoznawanie się z dzieciątkiem w towarzystwie personelu. My nieznający się na dzieciach totalnie i Antoś malutki tak bardzo, że żona, widząc go pierwszy raz, powtarzała to kilka razy w kółko. W końcu zabraliśmy Antka do domu. Radość ogromna, nasze dziecko wymarzone.

 

Był dramatycznie chudziutki, nasz pediatra nawet wody nie pozwalał zbyt dużo dawać tylko mleko. Nogi jak patyki, buzia maleńka. Dzieci tak nie wyglądają po urodzeniu. I tysiące myśli... Czy jego mama jadła cokolwiek, kiedy była w ciąży? Czy piła dużo? Bo na pewno paliła... Jak on sobie radził z tymi wszystkimi brakami? Niestety, wraz z wyjściem ze szpitala zaczęły przychodzić pierwsze rachunki…

Problemy ze słuchem, kłopoty neurologiczne, padaczka lekooporna. Ta ostatnia jest najgorsza. Atak za atakiem. Antek nie patrzył na nas, odwracał się w łóżeczku i spał albo patrzył gdzieś w dal. Podczas ataków wyrzucał ręce w seriach do góry, gałki oczne nieruchomiały i zaczynał się mocny płacz. Jak to zatrzymać? Szpital, powrót do domu, znów szpital, powrót, nawrót ataków, znów szpital.

W wieku 8 miesięcy neurolog zabija nas diagnozą — Mózgowe Porażenie Dziecięce 4-kończynowe. Nigdy nie będzie chodził, chwytał, całe życie będzie zależny od innych. Ta pani nie dała Antkowi żadnych szans i nadziei. Kolejna pani doktor mówi do nas: to tylko kwestia czasu, niedługo wypadną mu biodra. Oj ciężko będziecie z nim mieć… Przyjmujemy cios za ciosem, spływają kolejne rachunki.

 

Trzeba je opłacać każdego dnia. Rehabilitacja, masaże, ćwiczenia wzroku, słuchu. Wyprawy na drugi koniec miasta, od wizyty do wizyty. Wszystko po to, żeby mu pomóc. Wszystko po to, żeby spróbować odzyskać jak najwięcej z utraconego zdrowia… On jest taki kochany, a jednocześnie koszmarnie poturbowany i bezradny. Płaci ogromną cenę za nieswoje błędy. A my kochamy go ponad życie i dzięki wielu wspaniałym darczyńcom dajemy mu wyjątkową szansę na ratunek — terapię komórkami macierzystymi w Bangkoku.

 

Na wyjazd miał miejsce w lutym 2020 roku - w ostatniej chwili przed rozpoczęciem pandemii. Mieliśmy wiele wątpliwości, ale okazało się ze to była bardzo dobra decyzja. Bardzo dużo się zmieniło. Antoś po przeszczepie komórek macierzystych w Bangkoku zaskoczył nas swoimi niesamowitymi postępami. Pokazał, że mimo wielu wątpliwości warto było pojechać taki kawał drogi. Dziecko, które miało być leżące, zaczęło samo siadać, raczkować, interesować się światem i nami. Przecieraliśmy oczy ze zdumienia a z nami rehabilitanci i lekarze. Każdego dnia walczymy o kolejne postępy i patrzymy na Antka jak się frustruje, że go nie rozumiemy, ponieważ nie mówi i nie potrafi nam powiedzieć, co chce. Nie potrafi sam odwrócić kartki w książeczce, nabrać sobie jedzenia na widelec.

Bardzo chce być samodzielny i denerwuje się, że do wszystkiego potrzebuje nas - rodziców. Jest nam bardzo przykro, kiedy widzimy, jak patrzy na inne dzieci, które biegają albo bawią się na placu zabaw. Antek już rozumie że jest inny, wyciąga rączkę, pokazując, że też chce, ale nie może, nie potrafi...

 


Dlatego też tak bardzo chcemy jeszcze raz pojechać do Bangkoku, widząc w tej terapii ogromną, realną szansę, dającą mu nowe możliwości, nowe umiejętności, dzięki którym będzie zdrowszym, bardziej samodzielnym, spełnionym i szczęśliwym dzieckiem. Bez Was nam się to jednak nie uda, więc kolejny raz prosimy Was o pomoc w realizacji marzeń Antosia.

 

Jest naszym synem i nie wyobrażamy sobie życia bez niego. Pojawił się nagle i wywrócił cały nasz porządek do góry nogami. Wiedzieliśmy, że codzienność z maluszkiem jest niczym obóz przetrwania, ale zamiast tego trafiliśmy na wojnę i to w pierwszej linii frontu. Nie ma odwrotu ani ucieczki. Jest codzienna walka o przyszłość tego kochanego szkraba. O sprawność i spłacenie rachunków zdrowotnych, z którymi się urodził… Proszę, nie zostawiaj go bez wsparcia z tym okropnym długiem.

Artur - tata

PLN 3,783Donated by 92 people

All funds accumulated in the money box were transferred
directly
to the target fundraiser:

Pledge 1.5% of tax

KRS0000396361
Purpose of 1.5% of tax0046748 Antoni

Opis zbiórki:

Jestem ciocią Antosia i stworzyłam dodatkową skarbonke wspierającą głowną zbiórke dla Antosia. Poniżej znajdujecie opis głównej zbiórki :)


W zeszłym roku dzięki Waszemu wsparciu udało nam się wylecieć z Antosiem na terapię komórkami macierzystymi do Bangkoku. Mieliśmy wiele wątpliwości, ale okazało się że to była bardzo dobra decyzja i w przyszłym roku chcielibyśmy ten wyjazd powtorzyc, a to się ponownie wiąże z ogromnym wydatkiem, dlatego prosimy Was ponownie o pomoc. Oto nasza historia:

Nikt na niego nie czekał. Nikt nie cieszył się z jego pojawienia na świecie. Antek urodził się niechciany i został porzucony w szpitalu — z potwornym rachunkiem zdrowotnym do zapłacenia. Za wypalone w ciąży papierosy, za wypite litry alkoholu, za brak zainteresowania i miłości… Pokochaliśmy go z żoną od pierwszego wejrzenia. Daliśmy dom, nazwisko, rodzinę i nieskończenie wiele ciepła. Pomagamy mu też spłacić ten okrutny rachunek za zdrowie...

Od początku wszystko było nie tak, jak powinno. Jego mama podobno nie wiedziała, że jest w ciąży. Nie mieli badań, opieki lekarskiej, zdrowego trybu życia. Sam poród był długi i ciężki. Antoś urodził się 2 miesiące za wcześnie w zamartwicy z niedotlenieniem. W pierwszych godzinach stoczył walkę na śmierć i życie, ale nikogo to nie obchodziło. Przeżył cudem…

Dowiedzieliśmy się o nim jak miał 11 dni życia. Do tego momentu leżał sam w szpitalnym łóżeczku, gdzie przychodziły pielęgniarki, żeby zrobić tylko to, co trzeba — pieluchy, butla… Nie chcę sobie wyobrażać, co musiał czuć. Samotny, opuszczony, zapomniany. Po tych 11 dniach odwiedziliśmy go po raz pierwszy. Ogromny strach, bo nie wiedzieliśmy, czy dobrze robimy. Chcieliśmy adoptować zdrowe dziecko i byliśmy przekonani, że tak będzie — tak nas zapewniali lekarze…

Nie będę przed Wami zgrywał bohatera. Gdybyśmy wtedy wiedzieli, że niedotlenienie przyniesie tak dramatyczne skutki, że Antoś być może nigdy nie będzie mówić, przełykać, siedzieć, ani chodzić, pewnie byśmy uciekli albo w ogóle tam nie pojechali.

Odwiedzaliśmy go codziennie w szpitalu. Zapoznawanie się z dzieciątkiem w towarzystwie personelu. My nieznający się na dzieciach totalnie i Antoś malutki tak bardzo, że żona, widząc go pierwszy raz, powtarzała to kilka razy w kółko. W końcu zabraliśmy Antka do domu. Radość ogromna, nasze dziecko wymarzone.

 

Był dramatycznie chudziutki, nasz pediatra nawet wody nie pozwalał zbyt dużo dawać tylko mleko. Nogi jak patyki, buzia maleńka. Dzieci tak nie wyglądają po urodzeniu. I tysiące myśli... Czy jego mama jadła cokolwiek, kiedy była w ciąży? Czy piła dużo? Bo na pewno paliła... Jak on sobie radził z tymi wszystkimi brakami? Niestety, wraz z wyjściem ze szpitala zaczęły przychodzić pierwsze rachunki…

Problemy ze słuchem, kłopoty neurologiczne, padaczka lekooporna. Ta ostatnia jest najgorsza. Atak za atakiem. Antek nie patrzył na nas, odwracał się w łóżeczku i spał albo patrzył gdzieś w dal. Podczas ataków wyrzucał ręce w seriach do góry, gałki oczne nieruchomiały i zaczynał się mocny płacz. Jak to zatrzymać? Szpital, powrót do domu, znów szpital, powrót, nawrót ataków, znów szpital.

W wieku 8 miesięcy neurolog zabija nas diagnozą — Mózgowe Porażenie Dziecięce 4-kończynowe. Nigdy nie będzie chodził, chwytał, całe życie będzie zależny od innych. Ta pani nie dała Antkowi żadnych szans i nadziei. Kolejna pani doktor mówi do nas: to tylko kwestia czasu, niedługo wypadną mu biodra. Oj ciężko będziecie z nim mieć… Przyjmujemy cios za ciosem, spływają kolejne rachunki.

 

Trzeba je opłacać każdego dnia. Rehabilitacja, masaże, ćwiczenia wzroku, słuchu. Wyprawy na drugi koniec miasta, od wizyty do wizyty. Wszystko po to, żeby mu pomóc. Wszystko po to, żeby spróbować odzyskać jak najwięcej z utraconego zdrowia… On jest taki kochany, a jednocześnie koszmarnie poturbowany i bezradny. Płaci ogromną cenę za nieswoje błędy. A my kochamy go ponad życie i dzięki wielu wspaniałym darczyńcom dajemy mu wyjątkową szansę na ratunek — terapię komórkami macierzystymi w Bangkoku.

 

Na wyjazd miał miejsce w lutym 2020 roku - w ostatniej chwili przed rozpoczęciem pandemii. Mieliśmy wiele wątpliwości, ale okazało się ze to była bardzo dobra decyzja. Bardzo dużo się zmieniło. Antoś po przeszczepie komórek macierzystych w Bangkoku zaskoczył nas swoimi niesamowitymi postępami. Pokazał, że mimo wielu wątpliwości warto było pojechać taki kawał drogi. Dziecko, które miało być leżące, zaczęło samo siadać, raczkować, interesować się światem i nami. Przecieraliśmy oczy ze zdumienia a z nami rehabilitanci i lekarze. Każdego dnia walczymy o kolejne postępy i patrzymy na Antka jak się frustruje, że go nie rozumiemy, ponieważ nie mówi i nie potrafi nam powiedzieć, co chce. Nie potrafi sam odwrócić kartki w książeczce, nabrać sobie jedzenia na widelec.

Bardzo chce być samodzielny i denerwuje się, że do wszystkiego potrzebuje nas - rodziców. Jest nam bardzo przykro, kiedy widzimy, jak patrzy na inne dzieci, które biegają albo bawią się na placu zabaw. Antek już rozumie że jest inny, wyciąga rączkę, pokazując, że też chce, ale nie może, nie potrafi...

 


Dlatego też tak bardzo chcemy jeszcze raz pojechać do Bangkoku, widząc w tej terapii ogromną, realną szansę, dającą mu nowe możliwości, nowe umiejętności, dzięki którym będzie zdrowszym, bardziej samodzielnym, spełnionym i szczęśliwym dzieckiem. Bez Was nam się to jednak nie uda, więc kolejny raz prosimy Was o pomoc w realizacji marzeń Antosia.

 

Jest naszym synem i nie wyobrażamy sobie życia bez niego. Pojawił się nagle i wywrócił cały nasz porządek do góry nogami. Wiedzieliśmy, że codzienność z maluszkiem jest niczym obóz przetrwania, ale zamiast tego trafiliśmy na wojnę i to w pierwszej linii frontu. Nie ma odwrotu ani ucieczki. Jest codzienna walka o przyszłość tego kochanego szkraba. O sprawność i spłacenie rachunków zdrowotnych, z którymi się urodził… Proszę, nie zostawiaj go bez wsparcia z tym okropnym długiem.

Artur - tata

Donations

Sort by