
Jan poślizgnął się w nocy przed domem i leżał nieprzytomny do rana❗️Ratuj jego życie❗️
Fundraiser goal: Leczenie i rehabilitacja
Donate via text
Pledge 1.5% of tax
Pledge 1.5% of tax
Recurring donation
Your Recurring Donations may appear here.
Donate every monthFundraiser goal: Leczenie i rehabilitacja
Fundraiser description
18 maja 2026 roku zapamiętam już do końca życia. Byłam akurat w Austrii, gdy mój ukochany mąż uległ nieszczęśliwemu wypadkowi. Poślizgnął się tuż przed wejściem do domu i uderzył głową o beton. Nikogo nie było wtedy w pobliżu. Dopiero rano mama znalazła go nieprzytomnego. To cud, że jeszcze żył!
Natychmiast wezwała pomoc. Jan od razu trafił na salę operacyjną i przeszedł operację ratującą życie. Ja w tym czasie ruszyłam w drogę do Polski. Byłam przerażona, że nie zdążę na czas... Że mój mąż umrze. Na szczęście lekarzom udało się go uratować, ale nie obiecywali cudów.

Jan spędził 6 tygodni na OIOMIE, z czego 3 tygodnie w śpiączce. Odwiedzałam go codziennie w nadziei, że mnie rozpozna i da znać, że wciąż tam jest. Niestety tak się nie stało. Mój mąż z dnia na dzień stał się osobą leżącą, wymagającą pomocy we wszystkich czynnościach. Nie rusza się, nie mówi, nie reaguje na żadne bodźcie.
Po wielu tygodniach potwornego lęku o życie Jana myślałam, że najgorsze mamy już za sobą. Jan miał zostać poddany kolejnej operacji ze względu na obrzęk głowy. Niestety okazało się, że wdała się jakaś bakteria, która doprowadziła do SEPSY! Lekarze radzili mi, żebym pożegnała się z moim mężem... Ale ja nie byłam na to gotowa! Nie mogłam go stracić!

Widok osłabionego Jana, podłączonego do aparatury medycznej, z trudem łapiącego powietrze, był nie do zniesienia. Zniekształcona głowa, liczne rany, dreny, rurki... To koszmar, który zapamiętam na zawsze. Na szczęście tym razem znów udało mu się uniknąć śmierci, a sytuacja ustabilizowała się na tyle, że mógł wreszcie przejść operację wymiany zastawki.
Następnie lekarze zdecydowali o przeniesieniu męża z OIOM-u na oddział chirurgiczny. Niestety Jan nie może już tam przebywać. 2 września trafił do ZOL-u w Rzeszowie, który jest oddalony prawie 2 godziny od naszego domu. Nigdzie bliżej nie ma miejsc. Chciałabym odwiedzać go codziennie, trzymać za rękę, wspierać jak tylko mogę, ale niestety to za daleko. Razem z rodzeństwem Jana jeździmy do Rzeszowa raz w tygodniu.

Od wypadku męża jestem wrakiem człowieka. Nie mogę spać, nie mogę funkcjonować. Schudłam 7 kilo i jestem pod opieką psychiatry. Chcę od życia tylko jednego: żeby mój mąż do mnie wrócił. Kiedyś dla niego nie było słowa „niemożliwe” – był taką naszą rodzinną „złotą rączką”. Dziś nie może poruszyć nawet jednym palcem u dłoni.
Koszty leczenia, rehabilitacji i dojazdów są tak wysokie, że aż ciężko sobie to wyobrazić. Jako rodzina nie jesteśmy w stanie ich udźwignąć. Dlatego dziś staję przed Wami i błagam o pomoc. Każda złotówka, udostępnienie i dobre słowo pomagają nam walczyć o Jana. Dają nadzieję, że to jeszcze nie koniec. Dziękuję, za okazane serce.
żona Jana, Monika z rodziną