Kiedy urodzę, Laura zacznie umierać. Błagam o pomoc

Zbiórka na cel: Poród i operacja serca w Munster (I etap)
Zbiórka zakończona
Laura Biel
Verified Zbiórka zweryfikowana przez Fundację Siepomaga
Wsparły 8 903 osoby
239 359 zł (100,05%)

Laura

Wrodzona wada serca: dwuujściowa prawa komora serca - DORV, typ d-TGA, dextrocardia, criss cross heart, VSD

Opole, opolskie

Rozpoczęcie: 05 Lipca 2017
Zakończenie: 14 Sierpnia 2017

17 Sierpnia 2017, 12:45
Udało się - czekamy na narodziny Laury!

Przecięcie pępowiny - chwila, która dla innych oznacza magię, dla mojego dziecka może oznaczać śmierć. Z chwilą, kiedy płuca mojej córki wypełni pierwszy haust powietrza, rozpocznie się walka o jej życie! Jeśli 4 października nie będę w klinice w Munster, Laura umrze na moich oczach. Jeśli pomoc nie przyjdzie na czas, stracę moje dziecko. Noszę ją pod sercem, czuję jej ruchy w każdej chwili. Wiem, że ona jest, że mnie słyszy. Teraz, w moim brzuchu, jest bezpieczna. Moje serce bije i utrzymuje przy życiu serduszko Laury - malutkie i za słabe, by mogła żyć…

Laura musi przyjść na świat pod okiem jednego z najlepszych kardiochirurgów. To jedyna szansa na to, że dzień narodzin mojej córki nie będzie dniem, w którym zgaśnie jej życie. W dniu porodu, kiedy się rozdzielimy, Laurka będzie musiała poradzić sobie sama. Kiedy o tym myślę, czuję, jak zalewa mnie rozpacz. 

Zawsze liczyło się tylko jedno. Ponad wszystko chcieliśmy, aby nasze maleństwo było zdrowe… Czy chłopiec, czy dziewczynka, to nie miało znaczenia. Znaczenie miały dwie rączki, dwie nóżki, śliczne oczka i nosek. Ustka, które kiedyś będą się do nas uśmiechać.

To, że nasze dziecko będzie miało serduszko, wydawało się dla nas oczywistością. Właśnie wtedy, kiedy nasza radość sięgała zenitu, usłyszeliśmy słowa, które zgasiły całe nasze szczęście. Dzień porodu, którego wcześniej nie mogłam się doczekać, teraz prześladował mnie jak najgorszy koszmar, to miał być dzień, w którym Laura przestanie być bezpieczna. Rozżalenie szarpało mnie od środka.

“Wasze dziecko urodzi się z krytyczną wadą serca. Nie wiadomo, czy przeżyje.”

 

Dzień, który powinien być jednym z najszczęśliwszych w naszym życiu, był dniem, w którym zawalił się nasz świat. To był 12 tydzień ciąży. Naszego lekarza prowadzącego zaniepokoiła podwyższona przezierność karkowa i to, co dla nas było wtedy najgorsze - nieprawidłowy obraz czterech jam serca… Po tych słowach nie słyszałam już niczego więcej, nie docierały do mnie głosy. To było tak, jakby zatrzymał się czas. Łzy płynęły po moich policzkach i zapamiętałam tylko termin kolejnego badania. Tydzień później byłam w Katowicach, u Pani doktor, podobno jednej z najlepszych w badaniu wad serca. To było długie 7 dni oczekiwania na wizytę, która mogła mieć miejsce tylko dlatego, że ktoś wcześniej umówiony zrezygnował. 7 dni, podczas których przeżyliśmy najgorsze święta Wielkiej Nocy w naszym życiu. Byliśmy z rodziną, a tematu ciąży unikaliśmy jak ognia. Na każde wspomnienie o dziecku, reagowałam wybuchem płaczu.

Cały czas mieliśmy nadzieję, że zdarzy się cud. Że tym razem dowiemy się, że już widać więcej, że serce się wykształca… Jednak Pani doktor potwierdziła wadę serca. Na tym etapie widać było, że serduszko Laury jest po prawej stronie, jednak było ono za małe, by dowiedzieć się czegoś więcej. Miało tylko 6 mm, a już było tak bardzo chore… Było też widać ubytek w przegrodzie, oddzielającej komory serca. Załamani wróciliśmy do domu. W niewielkim stopniu pocieszała nas myśl, że zmniejszyła się przezierność karkowa. Wtedy pojawiły się wieści, które dosłownie zwaliły mnie z nóg - wynik badań przesiewowych i wysokie ryzyko wystąpienia zespołu Downa. Wtedy zaproponowano mi przerwanie ciąży. Powiedzieli, że w przypadku tak ciężkiej wady, nie muszę urodzić… Nie mogłam znieść tych słów. Nigdy wcześniej taka myśl nawet nie przyszła nam do głowy! “Przerwanie ciąży” to łagodniejsze określenie zabójstwa, zamordowania własnego dziecka.

To było coś, czego nie potrafiłam zrozumieć. Tuliłam brzuch, głaskałam moją dziewczynkę. Wady genetyczne? Przecież w naszej rodzinie wszystkie dzieci rodziły się zdrowe, nikt nawet nie słyszał o nazwach chorób, o których mówili do nas lekarze! Przecież jesteśmy młodzi, nigdy nie paliłam, nie piłam, dbałam o siebie w ciąży, a maleństwo, które we mnie rosło, traktowałam jak najdelikatniejszy skarb. “Wady genetyczne to często loteria” - usłyszałam. Najtragiczniejszy kaprys losu. Lekarze przeprowadzili amniopunkcję, wkłuli w mój brzuch wielką igłę… Musieliśmy wiedzieć, czy Laura urodzi się chora. My, rodzice - aby nauczyć się kochać ją jak najlepiej, tak, jak ona tego potrzebuje. Lekarze - by maksymalnie zwiększyć jej szansę na przeżycie. Nie czułam bólu, czułam jedynie ogromny, paraliżujący strach. Czekanie na wyniki było koszmarem - 4 tygodnie, podczas których przeżywałam piekło. O tym, że wykluczono wady genetyczne, dowiedziałam się w dniu moich urodzin. Laura podarowała mi najpiękniejszy prezent! Teraz wiedzieliśmy, że czekamy na zdrową córeczkę i mogliśmy poświęcić wszystkie siły na walkę o jej serduszko.

Nie mogłam już dłużej żyć w niepewności. Musiałam wiedzieć, jak poważna jest wada serca mojego dziecka. Półtorej godziny w gabinecie lekarskim i diagnoza - dwuujściowa prawa komora, odejście obu dużych tętnic z prawej komory serca - DORV - to wada, w której aorta i tętnica płucna odchodzą w całości z prawej komory. Dodatkowo wada ta współistnieje z ubytkiem przegrody międzykomorowej, który jest jedyną drogą odpływu krwi z lewej komory. W przypadku serca Laurki jest też podejrzenie skrzyżowanych napływów, co jeszcze bardziej komplikuje i tak już złożoną wadę serca…

Wtedy pierwszy raz widziałam, jak mój mąż tak bardzo płacze. Strumień łez płynął nie tylko po moich policzkach. Trzymałam dłoń mojego męża - zawsze ciepłą, kochającą, która jest moim oparciem, a teraz zimną i drżącą. Pani doktor rozrysowała nam dokładnie, co jest nie tak z serduszkiem Laury. Myślę, że to był moment, w którym pierwszy raz zrozumiałam, z czym będziemy musieli się zmierzyć. Płakaliśmy tak dużo, aż w końcu zabrakło nam łez. Cały czas mieliśmy nadzieję, że wada będzie mniej skomplikowana, że jedna operacja uratuje życie naszego dziecka. Oddać ją aż trzy razy? Za każdym razem umierać ze strachu, żegnać się i mieć nadzieję, że po kilkunastu godzinach walki otworzy ukochane przeze mnie oczka? Nie potrafiłam sobie z tym poradzić...

Chociaż za Laurę oddałabym własne życie, to tego dnia, w którym ją powitamy, nie będę mogła niczego zrobić. Nie wiem nawet, czy będę mogła ją zobaczyć i pocałować, zanim trafi na stół operacyjny. Myśl o tej chwili łamie moje serce, a przecież muszę być silna.

16 czerwca byliśmy na konsultacji u profesora Edwarda Malca - specjalisty, który ocalił już tak wiele maleńkich żyć. Laura może żyć! Istnieje też ogromna szansa na to, że uda się ocalić obie komory serca naszej córki! Wszystko zależy od tego, czy pień płucny będzie się zwężał… Jest jeszcze za wcześnie, by wyrokować. Tak naprawdę wszystko okaże się, kiedy Laura przyjdzie na świat. Wierzę, że prof. Malec uratuje życie naszego dziecka. Wiem, że ten człowiek potrafi dokonywać cudów, dlatego go wybraliśmy. Laura musi żyć! Do tego czasu musimy się modlić, dodawać naszej córeczce sił, kochać ją i mieć nadzieję, że miłość pomoże jej przetrwać.

Prawie 250 tysięcy - ogromna kwota, bez której Laura umrze w pierwszej dobie swojego życia. To są pieniądze, których nie mamy. Czasu jest nieproporcjonalnie mało. 4 października o 8 rano, dwa tygodnie przed planowanym porodem, muszę być w klinice w Niemczech. Nasza córka może żyć jak inne dzieci, chore serce niczego nie zmienia! Musi po prostu przeżyć! Laura potrzebuje ratunku, który ma swoją cenę…

Proszę o pomoc tak, jak potrafi tylko matka, która może stracić cały swój świat. Tylko z Wami mogę uratować moje dziecko. Błagam, nie zostawiajcie nas...

Verified Zbiórka zweryfikowana przez Fundację Siepomaga
Wsparły 8 903 osoby
239 359 zł (100,05%)

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.

Ukryj tę wiadomość