Odmówiono mi prawa do życia. Błagam o pomoc!

Zbiórka na cel: leki onkologiczne - Perjeta i Herceptyna, ratujące życie Marioli
Mariola Markiewicz
Verified Zbiórka zweryfikowana przez Fundację Siepomaga
Wsparło 9 867 osób
299 992 zł (39,17%)
Brakuje jeszcze 465 968 zł
Wesprzyj

Mariola, 38 lat

rak piersi

Dwikozy, świętokrzyskie

Rozpoczęcie: 16 Maja 2017
Zakończenie: 16 Listopada 2017

Płaczę nie tylko dlatego, że mam raka, ale także dlatego, że nasz kraj uznał, że nie jestem warta tego, aby żyć! Mam wznowę – mimo chemioterapii i usunięcia piersi złośliwy nowotwór powrócił – i choć istnieje lek, który mnie uratuje, odmówiono mi jego refundacji! Dano mi dwa wyjścia – mogę się poddać i umrzeć albo zapłacić za leczenie sama. Koszt jednej dawki, którą muszę brać co 3 tygodnie, to 40 tysięcy złotych… Błagam Cię o pomoc, ja po prostu chcę żyć!

Mam na imię Mariola, mam 37 lat, kochającego męża Marcina, synka Adasia, który jest dla mnie wszystkim. Mam też śmiertelny nowotwór… I wolę walki, żeby go pokonać, żeby żyć! Co z tego, jeśli jedyny lek, który może mi pomóc, jest poza moim zasięgiem?! Ktoś w NFZ uznał, że nieodpłatnie przysługiwać będzie tylko wtedy, jeśli minie 12 miesięcy od zakończenia poprzedniego leczenia. U mnie nowy guz pojawił się po kilku miesiącach… Dlaczego ktoś, u kogo wznowa nastąpiła później, ma prawo do bezpłatnego leczenia, a ja nie? Mam powiedzieć rakowi, że ma poczekać 12 miesięcy, nie 5?! Dlaczego jakiś urzędnik bawi się w Boga i decyduje o tym, kto może żyć, a kto umrzeć? Urodziłam się w Polsce, mieszkam tu całe życie, uczyłam się, pracowałam, tu urodził się Adaś. Myślałam, że dożyję spokojnej starości, że jeśli zachoruję, będę mogła się leczyć. Teraz żałuję, że nie mieszkam gdziekolwiek indziej, w jakimkolwiek innym kraju, któremu zależy na życiu swoich obywateli. Lek, którego potrzebuję, jest refundowany w całej Unii Europejskiej, bez żadnych ograniczeń, bez absurdalnych wymogów - tylko w Polsce jest inaczej! Gdybym mieszkała w innym kraju, mogłabym już leczyć się i wygrywać z rakiem. Tymczasem odchodzę od zmysłów ze strachu, że umrę, bo nie mam pieniędzy. W Polsce życie jest tylko dla bogatych…

Żyliśmy w trójkę – Marcin, Adaś i ja, skromnie, ale szczęśliwie, bo razem. Ten czas sprzed choroby, ta cudowna w swojej zwyczajności codzienność, wolna od onkologicznego koszmaru, od lęku, od myśli o śmierci, dziś jest już tylko wspomnieniem. Pod koniec 2014 roku do naszej trójki dołączył ten czwarty, nieproszony, który zakradł się ukradkiem, aby wszystko zniszczyć, ten, który sprowadził na mnie ciemność, rozpacz i ból – rak.  

Zaczęło się od dziwnie wyglądającej skóry wokół brodawki – poszłam do dermatologa, zapisał mi leki i kremy. Umarłam ze strachu, gdy wyczułam w piersi guz – usiłowałam odgonić myśli, że to nie rak, że to na pewno coś innego. Zebrałam się jednak w sobie i poszłam do onkologa. Jego słowa uspokoiły mnie – powiedział, że nic się nie dzieje, a w każdym razie nic groźnego. Guz jednak cały czas rósł, a wraz z nim mój niepokój, mimo uspokajających słów lekarza. Pod koniec 2014 roku poszłam na badanie USG piersi. Tym razem nie było już uśmiechu i słów pełnych otuchy, wszystko potoczyło się szybko – natychmiastowe skierowanie na biopsję. Jej wyniki przyszły w Święta Bożego Narodzenia. Najgorszy dzień w moim życiu. Miałam nadzieję, że zadziała magia Wigilii, że otworzę kopertę i okaże się, że to nic poważnego, że będę mogła usiąść do stołu z rodziną, wdzięczna za zdrowie i pełna nadziei i wiary. Los jednak miał dla mnie koszmarny podarunek. Nowotwór złośliwy piersi.

Przepłakałam całe Święta, nic nie widziałam przez łzy, tylko gdy w pobliżu był mój syn, starałam się powstrzymać płacz. Myślałam tylko o tym, jak bardzo mały jest Adaś, jak bardzo potrzebuje mamy. Wiedziałam, że będę walczyć, bo muszę żyć dla mojego dziecka. Przecież minęły już czasy, gdy rak oznaczał wyrok, można wyzdrowieć! Obiecałam sobie i swojej rodzinie, że zrobię wszystko, by pokonać raka, że będzie dobrze, musi.

Z początkiem 2015 roku rozpoczęłam leczenie. Nowy rok, nowa ja – pacjentka oddziału onkologicznego, podłączona do kroplówki z chemią. Spodziewałam się, że będzie ciężko, nie spodziewałam, że aż tak – po podaniu chemioterapii czasem byłam tak słaba, że trzy kolejne dni leżałam w łóżku, nie będąc w stanie ruszyć ręką ani nogą. Pamiętam moment, gdy obudziłam się i na poduszce znalazłam pukle swoich włosów. Poprosiłam wtedy męża, by obciął mi włosy; on obcinał, a ja płakałam jak bóbr. Mąż pocieszał mnie wtedy, mówił, że przecież włosy rzecz nabyta, odrosną… Jest przy mnie cały czas i to dawało mi siłę, gdy rak pozbawiał mnie po kolei wszystkich atrybutów kobiecości, najpierw włosów, potem piersi. Potem była radioterapia, 5 razy w tygodniu, w szpitalu oddalonym o kilkaset kilometrów. Na weekendy wracałam do domu, po to, by zobaczyć uśmiech mojego syna, by pamiętać, dlaczego walczę. Chodziłam przy nim w peruce, nie chciałam, by widział tą inną, chora, pozbawioną włosów mamę. Powtarzałam mu, że ma się nie bać, że mamusia wyzdrowieje. Wierzyłam w to. Wierzyli też lekarze. We wrześniu 2016 roku zakończyłam ostatni etap leczenia – dożylne leczenie herceptyną, tym lekiem, o który walczę teraz. Czułam się doskonale. Rak został pokonany. Zwyciężyłam.

2017 rok miał być rokiem wolnym od onkologicznego piekła, rokiem, w którym będziemy znów tylko w trójkę – Marcin, Adaś i ja, a rak będzie tylko złym wspomnieniem, pokonanym przeciwnikiem. Gdy na miejscu wyciętej piersi palcami wyczułam podskórne guzy, nie wierzyłam. W marcu miałam badanie kontrolne. Potwierdziło wznowę choroby. Załamałam się, przecież przeszłam to wszystko – miesiące cierpienia, które czasem powodowało, że chciało mi się wyć z rozpaczy – przecież miało być dobrze, a nie jest. Nie sądziłam, że czeka mnie gorszy cios od tego o wznowie nowotworu. Lekarze byli ze mną szczerzy - chemia refundowana, którą mogą mi podać, kupi mi miesiące. Herceptyna, nierefundowana już w moim przypadku, kupi mi lata. Cena jednej dawki zabiła mnie, 40 tysięcy na 3 tygodnie, skąd zwykły człowiek ma wziąć na to pieniądze, takie pieniądze?! Czy dlatego, że rak zaatakował wcześniej, odmawia mi się prawa do życia?!

Pisałam już wszędzie, do mediów, do NFZ, do Ministerstwa Zdrowia, do premiera, prezydenta, bez odpowiedzi. Oprócz raka zabija mnie rozpacz, nie wiem już, co mam robić. Moje życie jest w Twoich rękach – to slogan, ale tak jest naprawdę, bez Twojej pomocy umrę. Patrzę na mojego synka i nie wiem, co mam mu powiedzieć. Guzy rosną, nie biorę żadnego leku, nie wiem, czy nie doszło do przerzutów… To leczenie to moja jedyna szansa! Błagam o pomoc, ja po prostu chcę żyć, nie chcę umierać!

Pomogli

Ładuję

Verified Zbiórka zweryfikowana przez Fundację Siepomaga
Wsparło 9 867 osób
299 992 zł (39,17%)
Brakuje jeszcze 465 968 zł
Wesprzyj

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.

Ukryj tę wiadomość