Umrzeć - nie mogę im tego zrobić!

Zbiórka na cel: leki onkologiczne - herceptyna i pertuzumab, mające uratować życie Marty
Zbiórka zakończona
Marta Hybza
Verified Zbiórka zweryfikowana przez Fundację Siepomaga
Wsparło 13 913 osób
339 495 zł (113,2%)

Marta, 32 lata

nowotwór złośliwy piersi z przerzutami do wątroby i otrzewnej

Poznań, wielkopolskie

Rozpoczęcie: 28 Marca 2017
Zakończenie: 03 Kwietnia 2017

Mam na imię Marta, mam 32 lata i dwie maleńkie córeczki. Mam też jego – złośliwy nowotwór, raka piersi z przerzutami do wątroby i otrzewnej. Całe życie powinno być przede mną, ale nie jest – w styczniu lekarze dawali mi jeszcze dwa miesiące... Rozpaczliwie walczę o to, by tu pozostać, bo mam misję do spełnienia, jestem i nadal chcę być mamą! NFZ nie zrefunduje mojego leczenia, a ja słabnę, brakuje mi sił, ale wiem jedno – chcę żyć, muszę żyć, bo mam dla kogo! Błagam o pomoc!

Dwa lata – tyle trwa moja walka z rakiem, tyle też ma moja najmłodsza córeczka Natalka. Rak zaatakował mnie, gdy byłam w ciąży. To paradoks mojej historii – nosiłam w sobie nowe życie, a jednocześnie śmierć… Byłam tak szczęśliwa, że spodziewam się mojego ukochanego dziecka - nie miałam pojęcia, że rozwija się we mnie też złośliwy nowotwór… Pamiętam, jak siedziałam w dziecięcym pokoiku, patrząc na czekające na Natalcię łóżeczko, słuchając dźwięku grających zabawek. Kładłam ręce na brzuchu, czułam, jak kopie, nie mogąc doczekać się jej przyjścia na świat. Nie sądziłam, że za kilka miesięcy to wszystko będzie tylko wspomnieniem, że zamiast patrzeć na kolorowe ściany pokoju moich dzieci będę widzieć sterylnie białe ściany oddziału onkologii, że zamiast ich śmiechu słyszeć będę buczenie medycznych urządzeń, zamiast karuzeli zabawek nad łóżeczkiem wisieć będzie nade mną kroplówka z chemią. Olcia miała wtedy trzy latka i czekała na narodziny siostry, tak samo jak mój ukochany mąż. Byliśmy tacy szczęśliwi, nie wiedząc wtedy, że w to szczęście jak cień wedrze się nowotwór, który rozdzieli naszą rodzinę, zabierze radość, a wprowadzi w jej miejsce strach i rozpacz.

Najpierw podczas kąpieli wyczułam w piersi guz. Twardy, duży, bolesny przy dotyku. Ale byłam w trzecim trymestrze ciąży, moje piersi się zmieniały. Uznałam, że moje ciało po prostu przygotowuje się do laktacji. Przecież miałam niedługo karmić córeczkę…

1 lipca 2015 roku urodziłam Natalkę. Trzy tygodnie – tyle trwało niezwykłe w swojej zwyczajności życie moje życie jako mamy dwóch córeczek. Karmiłam, przewijałam, śpiewałam piosenki, tuliłam do snu. Ból w piersi stawał się jednak nie do zniesienia. Po raz pierwszy zaczęłam się bać. Poszłam do ginekologa, z nadzieją, że rozwieje ten strach. W gabinecie usłyszałam jednak słowa, które mnie zmroziły – że mam rację, że coś tam – w mojej piersi - jest, że mam natychmiast zgłosić się na USG. Wyszłam z gabinetu ze skierowaniem, wiedząc już, że to koniec, że to moment, w którym moje szczęście znika bezpowrotnie.

Guz, umiejscowiony w mojej lewej piersi, był już wtedy wielkości pomarańczy.

Dalej wszystko potoczyło się jak we śnie, a raczej jak w koszmarze, onkologicznym koszmarze, w który zamieniło się moje życie. Miałam 30 lat, właśnie zostałam mamą i stanęłam oko w oko ze śmiercią, która przybrała postać złośliwego nowotworu piersi. Przestałam karmić Natalkę, choć lekarze mówili mi, że nie muszę. Ja jednak czułam wstręt do siebie, że w miejscu, gdzie powinien być tylko pokarm dla mojego dziecka, rozwija się potwór, który chce mnie zabić. Rak - to jedno słowo rozdzieliło moją rodzinę, jedno oblicze chorowania to strach, drugim jest samotność. Moimi córeczkami zajęły się babcie, a ja, ta, która dotąd opiekowała się bliskimi – żona i matka - stałam się pacjentką oddziału onkologicznego, która sama wymagała opieki. Czasami budziłam się w środku nocy i nie pamiętałam, gdzie jestem, myśląc, że zaraz usłyszę płacz moich córeczek, ale jedynymi dźwiękami były tylko oddechy innych chorych, kroki pielęgniarek i alarm aparatury, gdy ktoś odchodził. Moje szczęście okazało się kruche jak porcelana, zniknęło bezpieczeństwo, od tej pory otaczała mnie śmierć. Powtarzałam sobie jednak, że zwycięzca w tej walce, walce z rakiem, będzie jeden i będę nim ja, przecież mam tyle do zrobienia. Natalka jeszcze nawet nie powiedziała do mnie „mama”, jeśli teraz odejdę, nigdy nie będzie już mnie pamiętać!

Nie mogłam się załamać. Przeszłam podwójną mastektomię – zamiast rozpaczać z utraty piersi próbowałam cieszyć się z utraty nowotworu. Gdy wypadły mi włosy, powtarzałam sobie, że teraz mam szansę zobaczyć, jak będę wyglądać łysa. Usunięto mi część węzłów chłonnych, rozpoczęłam chemioterapię. Wróciłam do domu, co 3 tygodnie jeżdżąc do szpitala na chemię. Przechodziłam ją koszmarnie, słaniałam się na nogach. Nie byłam w stanie sama zająć się dziećmi, ogarnąć siebie, domu, niczego. Olką i Natalką znów zajęli się moi najbliżsi. To było najgorsze – nie  rak, ale rozłąka z nimi, świadomość tego, jak słaba jestem w obliczu śmierci. W chorobie nie ma nic pięknego, nic heroicznego. To tylko ból, jadłowstręt, czekanie, niepewność i strach. Walczyłam jednak o życie, o życie z moją rodziną, bo tylko ich uśmiechy dawały mi wtedy siłę.

Opłaciło się - zaczęłam wygrywać. Po chemii rozpoczęłam radioterapię, żeby dobić raka. Rozpoczęłam terapię hormonalną – trzeba było wywołać menopauzę, żeby nowotwór ponownie nie zaatakował. Odrosły mi włosy, zrekonstruowano mi piersi. Miałam dobre wyniki, siłę i nadzieję. Wróciłam – ja, Marta, mama, żona, kobieta. Znów byłam ze swoimi córeczkami, będąc dla nich matką – silną i zdrową, taką, jaką zawsze powinnam być.

Pod koniec zeszłego roku powrócił ból. Myślałam, że to zakwasy… Intensywnie ćwiczyłam, chodziłam na siłownię, chcąc odzyskać formę sprzed chemii. Bolały mnie żebra, bolał bark. Pojechałam do lekarza, który zbadał mnie, opukał, kazał przyjść następnego dnia na badania. Nie wytrzymałam jednak do następnego dnia, bo bolało mnie już dosłownie wszystko. Wylądowałam w szpitalu. Lekarze myśleli, że to zapalenie woreczka żółciowego, że konieczna będzie operacja. Mylili się. To były przerzuty. Setki nieoperacyjnych, zmian nowotworowych, umiejscowionych na wątrobie.

Nie było czasu na rozpacz, wiedziałam, że muszę działać, muszę żyć! Lekarze powiedzieli mi, że jak tylko poprawią się moje wyniki, zostanę zakwalifikowana do badań klinicznych. Wykupiłam leki, dalej niewiele pamiętam. Tylko zapach szpitala, wężyki kroplówki, w które stale się zaplątywałam, nieznajome twarze ludzi w białych kitlach. Majaczyłam, traciłam świadomość. Pamiętam, że patrzyłam na swój brzuch, jeszcze niedawno płaski, teraz napuchnięty, jakbym była w ostatnim miesiącu ciąży, co najmniej bliźniaczej… Okazało się, że w otrzewnej zebrał się płyn, a ja zapadłam w śpiączkę wątrobową. Nowotwór tak zniszczył moją wątrobę, że nie dawała rady neutralizować toksyn metabolicznych, które dostały się do krwi i zatruły cały organizm. Byłam w śpiączce 10 dni. Umierałam. Lekarze byli pewni, że to koniec, mówili, że jeśli z tego wyjdę, będzie to cud. Podano mi chemioterapię, która w moim stanie mogła mnie zabić lub uratować. Myślę, że to twarze moich córeczek, jedyne przebłyski, które pojawiały się wtedy w mroku, który mnie otaczał, sprawiły, że nadal żyję.

Dziś zabija mnie świadomość, że jest lek, który może mi pomóc, ale NFZ mi go nie zrefunduje, bo nie spełniam kryteriów – nie minął jeszcze rok od podania mi ostatniej dawki. Gdyby minęło ponad dwanaście miesięcy, za moje leczenie zapłaciłoby państwo, ale przez to, że rak zaatakował wcześniej, spisano mnie na straty! Lekarze zalecają, żebym mimo to brała herceptynę z pertumuzabem, tylko muszę za to sama zapłacić. Leki podawane mi są przez kroplówkę co 3 tygodnie. Szpital onkologiczny wycenił moje roczne leczenie na prawie trzysta tysięcy złotych! Jestem przerażona, dlatego błagam o pomoc, bo chcę żyć! Walczę! W marcu wzięłam pierwszą dawkę herceptyny. Mam odłożone środki na jeszcze jedną. I to wszystko… A nie mogę przerwać leczenia. Ten lek działa, jest skuteczniejszy w zwalczaniu komórek rakowych – guzy w wątrobie zmniejszyły się o prawie centymetr, rokowania się polepszyły. Powoduje też mniejsze skutki uboczne niż sama chemioterapia. To moja szansa, jedyna szansa...

Mam nadzieję, mam siłę do walki, ale potrzebuję wsparcia, Twojego wsparcia – bez niego przegram… Proszę o pomoc, w imieniu swoim, swojego męża, rodziny i moich dwóch córeczek. Nie mogę ich zawieść – Olka wie, że mama jest chora, nie można skakać jej po brzuchu, bo boli, Natalka nie wie jeszcze nic poza tym, ze trzeba tulić, całować i dawać siłę. Są takie malutkie, ochroniłabym je przed każdym złem, ale nie zrobię tego, jeśli mnie nie będzie. Proszę o pomoc! Nie mogę, nie chcę umrzeć...

50 zł

Anonimowy Pomagacz

20 zł

Anonimowy Pomagacz

50 zł

Anonimowy Pomagacz

30 zł

Anonimowy Pomagacz

10 zł

Anonimowy Pomagacz

100 zł

beata

Pokaż więcej

Verified Zbiórka zweryfikowana przez Fundację Siepomaga
Wsparło 13 913 osób
339 495 zł (113,2%)

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.

Ukryj tę wiadomość