Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Ukryj

W główce naszej córki tkwi śmiertelny nowotwór

  • Miejsce:
    Gniezno, wielkopolskie
  • Nasz cel:
    leczenie immunologiczne guza pnia mózgu
  • Diagnoza:
    rozlany guz pnia mózgu
  • Trwa od:
    25 Marca 2016
  • Zakończenie:
    13 Czerwca 2016

wsparło 43 730 osób

760 740 zł (108.29%)

Cel zakończony

 

20.05.2016.

Dzięki Państwa ogromnemu zaangażowaniu, kwotę na ratowanie Martusi udało nam się zebrać w zaledwie 2 dni! Dzięki wszystkim pomagającym Marta jeszcze raz zawalczy o swoje życie. Pieniądze, które wspólnie zebraliśmy otworzyły Martusi drogę do kliniki w Giessen gdzie lekarze wciąż mają nadzieję, że uda się pokonać raka. Z uwagi na to, że wiele osób pyta jak mogą jeszcze pomóc, zdecydowaliśmy o pozostawieniu otwartej zbiórki i umożliwieniu dokonywania wpłat. Pieniądze z nadwyżki wykorzystamy na pokrycie ewentualnych, dodatkowych kosztów leczenia Marty, dla której wdrożenie planowanego leczenia to zaledwie początek drogi. Teraz wstrzymujemy oddech i czekamy na dobre wieści.

18.05.2016. 

 

Wczoraj Martusia obchodziła piąte urodziny. Tak bardzo nie chcemy, by były to jej ostatnie. Przegraliśmy bitwę w Kolonii! 9 maja Martusia miała badanie – rezonans magnetyczny głowy, który objawił najgorszą prawdę – wzrost guza. Leczenie za pomocą szczepionki immunologicznej nie przyniosło spodziewanej poprawy. Wszystko to, na czym opieraliśmy nasze nadzieje, posypało się jednego dnia. Cierpienie Martusi przerywają już jedynie ciągłe ataki epilepsji, po których traci przytomność. Jest jeszcze jedna, ostatnia już szansa na uratowanie życia naszego dziecka. Szansą tą jest dr Herzog, który chce zawalczyć o Martusię. Nasza córka może zostać przyjęta do kliniki w Giessen, by podjąć leczenie ostatniej szansy. Terapia skojarzona to połączenie leczenia immunologicznego z radioterapią 4D, hipertermią, terapią magnetyczną i hiperbaryczną. To ostatnie zmasowane uderzenie w raka i zarazem ostatnia szansa na to, by Marta żyła! Padła cena za to życie – 150 000 Euro. Jeśli nie uzbieramy tych pieniędzy, możemy zabrać Martusię do Polski i patrzeć, jak powoli umiera. Nie możemy na to patrzeć. Nie możemy się poddać. Ostatni raz błagamy o pomoc!

 

 

–––––––––––––––––––––––––––––––––

Przyszła na świat taka malutka. Od tamtej chwili kocham, przychylam nieba. Zarywam noce - ale to nic, naprawdę. Niewielka cena za szczęście. Czuwam więc dalej, gdy nie może spać. Oddaję wszystko, bo serce, bo rozum, bo instynkt. Postawiona w sytuacji życie za życie nie zawahałabym się. Ale przyszedł ON. Pan życia i śmierci - rak. Nie zapukał. Nawet mnie, matki nie spytał czy może. Nie dał wyboru. Wgryzł się w moje dziecko i zaczął wysysać życie.

 

O tamtej chwili minęło zaledwie kilka tygodni. ON nie zdążył zabrać jej pięknych włosów, porozdzierać żył, mimo to już postawił nad przepaścią. Nasza córka stoi na skraju życia. A my szaleństwa.  Jej życie zależy  od mądrości lekarzy i dobra, które jest w ludziach. Wymyka nam się z rąk...

 

 

Gdy na świat przyszło nasze drugie dziecko dostałam od Marty pierwszy sygnał - Mamusiu, boli mnie głowa, nie mogę już wytrzymać. Zaczęliśmy szukać przyczyny bólu. Kręcz szyi miała wyjaśnić wszytko - okazała się być jednak zmyłką kradnącą bezcenny czas. Jeśli kruchość życia można namalować, to Martusia jest niewątpliwie najlepszym modelem, tego potwornego dzieła.

 

Zawsze to ona swoim istnieniem kolorowała rzeczywistość. Teraz, gdy patrzymy w te duże, przerażone oczy, wiemy, że jest nasza kolej. Dziecko rozumie wszystko - to prawda. Marta nie dała się zwieść "bajkami" o kilku dniach w szpitalu. Chwila nieuwagi. Usłyszała rozmowę z lekarzem. Jej sprytny umysł natychmiast przetworzył informacje. Widok dzieci z oddziału plus potwierdzające lęki słowa. W głowie Państwa dziecka ulokował się wielki guz (5 x 6 cm), którego położenie nie daje szans na operację, a jedyne co możemy zrobić to podać małej chemię - pozamiatane. Od tej chwili nasza córka wiedziała, że ma raka i grozi jej śmiertelne niebezpieczeństwo. Ciężki balast, jak dla kilkuletniego dziecka.

 

Gniewem ze śmiercią wygrać nie można. Pozostało nam kochać, wierzyć i wspierać. Mamo, proszę pomaluj mi paznokcie, chcę być najpiękniejsza, jeśli mam poznać inne chore dzieci. Ta dziecięca naiwna wiara w to, że będzie dobrze rozrywa serce na milion kawałków. Przyszedł ten dzień, a ona z kolorowymi paznokciami i ulubioną lalką ruszyła walczyć o siebie, o życie, o nas.

 

 

Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie. Trucizna wymierzona w guz, wypełniała jej ciało, a ona znosiła to z godnością właściwą tylko komuś, kto ufa. Totalne wycieńczenie na twarzy, wenflon w jej małej rączce, większy od nadgarstka. Te obrazy zostaną już z nami na zawsze. Martusia przeszła dwa cykle chemioterapii, wyjątkowo silnej z uwagi na to, że lekarze nie znali przeciwnika. Umiejscowienie guza wykluczyło biopsję, stąd decyzja o zastosowaniu leczenia, wymierzonego w najbardziej złośliwy nowotwór, jakim jest glejak IV stopnia. Życie zatoczyło krąg. Znów siedzieliśmy nad metalowym szpitalnym łóżkiem z nadzieją, że nasze dziecko narodzi się na nowo.

 

Martusia nie poskarżyła się ani razu mimo że, jej oczy to ocean smutku. Gdy opowiadała o płaczącym w sąsiedniej sali chłopcu dotarło do nas, że jest wciąż tą samą dziewczynką. Choroba nie odebrała jej wspaniałej osobowości i wrażliwości. Do dziś jednak wpatrujemy się w nią godzinami, jakbyśmy wzrokiem mogli zatrzymać przy sobie chore dziecko.

 

 

Chemia w końcu była za nami. Guz się zmniejszył, ale nie ustąpił, więc przyszedł czas na kolejny etap. Jak obłąkani przemierzyliśmy wszystkie kliniki w kraju. Najpierw Poznań, później Wrocław, Katowice, Warszawa, Bydgoszcz. Nikt nie chciał dać nadziei i nikt nie widział szansy. Kurtyna. 

 

To już koniec? Przegraliśmy? Widząc jej odwagę uświadomiliśmy sobie, że jest przecież naszym odbiciem.  Jabłko, obok jabłoni. Uczyła się obserwując nas, więc i my mamy w sobie tą siłę. Rozpoczynają się konsultacje, wymieniamy dokumenty, wypisy, badania. Odmowa w Austrii i w końcu wymarzone zielone światło z Niemiec. Szansa ubiera nas w skrzydła. Lecimy.

 

Nasza córeczka zakwalifikowała się do leczenia immunologicznego. To dla niej jedyna szansa, by żyć. Pierwszy cykl leczenia zaplanowano na 29 marca. Kolejny już trzy tygodnie później. To być może wystarczy, ale liczymy się z tym, że nasza droga może być dłuższa. Dlatego, gdyby to od nas zależało, jechalibyśmy już dzisiaj. Zbieramy siły do walki. Mamy znów nadzieję, która wraz z wiarą i miłością przetrzyma wszystko. Mądrość lekarzy jest po naszej stronie. Jedyne, czego nam jeszcze trzeba, to tego dobra, które jest w ludziach.

 

14.06.16.

Każda walka kiedyś dobiega końca. Takiego zwieńczenia historii obawialiśmy się najbardziej. Teraz gdy te obawy stały się rzeczywistością, pojawiły się pytania, jak wiele straciliśmy wraz z chwilą odejścia Martusi. Ten piękny, szczery i niewinny uśmiech dziecka, któremu niedane było dorosnąć, pozostanie na zawsze w naszej pamięci.

 

Przez ostatnie tygodnie, wszyscy żyliśmy nadzieją, która nie słabła nawet pod lawiną złych wiadomości, nie gasła, mimo że rozum nakazywał zachować rozsądek. Martusia w tej ostatniej walce zdobyła wiele ludzkich serc, skupiła na sobie setki myśli i pokazała wszystkim, że będąc małą, kruchą dziewczynką, potrafiła zjednoczyć w działaniu olbrzymie pokłady ludzkiej dobroci.

 

Kiedy dotarła do nas informacja — Kochani z każdym dniem nadzieja gaśnie coraz bardziej...wynik rezonansu  guz trzykrotnie większy...Dlaczego? Czemu chcą nam ją odebrać? Martusia jest nadal w szpitalu w Giessen, jednak nie dostanie tutaj już żadnego leczenia, a jest zbyt słaba na podróż do domu...najgorsze chwile nastały — wszyscy wstrzymaliśmy oddech. Około godziny 18:00, przyszły te najgorsze wieści. Serduszko, któremu kibicowało tak wielu ludzi, przestało bić. Nie ma słów, które oddałyby ból, w chwili, gdy umiera dziecko.

 

Wspomnienie Martusi zostanie z nami na zawsze.


Rodzinie i bliskim pragniemy złożyć najszczersze wyrazy współczucia.

Twoj SMS zasili zbiórkę na której właśnie jesteś

numer: 72365

treść: S3937

koszt 2,46 zł brutto (w tym VAT)

Jeśli chcesz wesprzeć większą kwotą kliknij tutaj

Ajax loader ładuję...