Dwuletnia Michelle

Beata Hein
organizator skarbonki

Kiedyś byliśmy zwykłą, szczęśliwą rodziną. Później w naszym życiu pojawił się rak – słowo, którego boi się każdy.  Zaatakował tę najmłodszą, najbardziej bezbronną. Misia miała tylko 1,5 roku. Zamiast poznawać świat, poznaje oddział onkologii. Jak zaczął się nasz dramat? Nagle. Któregoś dnia Michellka wstała z łóżka i po chwili upadła. Głowę i oczy miała przekręcone na prawą stronę. Nie czekałam, za kilka godzin znałam już przyczynę. Najgorszą z możliwych. Nie wierzyłam. Pierwsza myśl: “dlaczego to spotkało ją, a nie mnie?”. 

Diagnoza: glejak – guz mózgu w pniu rdzenia, nieoperacyjny.

Michell musiała natychmiast rozpocząć walkę z rakiem! Następnego dnia jechałyśmy karetką do innego szpitala. Trzymałam córeczkę na rękach i powtarzałam, że to musi być sen, z którego za chwilę obie się obudzimy. Że po zrobieniu jeszcze jednego badania lekarze powiedzą, że zaistniała pomyłka. 

Okazało się, że pierwszy cykl chemii był nieodpowiedni. Michellka nie otrzymała takiej chemii, jaką powinna. Po dwóch tygodniach otrzymała kolejną. Z dnia na dzień jej stan się pogarszał. Michell nie płakała – nie miała już siły. Przestała chodzić i mówić, doszło do bezwładu czterokończynowego. Leżała w bezruchu – jak “roślinka”. Nie reagowała na swoje imię, nie patrzyła na mnie. Traciłam ją…

Miałam  przeczucie, że coś jest nie tak. Stan mojego dziecka drastycznie się pogarszał. Chemia nie działała. Poprosiłam o natychmiastowe wykonanie rezonansu. Znów zniknęła ostatnia nadzieja – szybko, jak bańka mydlana. Guz się powiększył, chemia nie działała, bo była niewłaściwie dobrana. Usłyszałam, że nie ma pomysłu na dalsze leczenie…Następnego dnia na własne żądanie wyszłyśmy ze szpitala. Postanowiłam, że skoro nie ma ratunku tu, znajdę go gdzie indziej. Jestem mamą, moim obowiązkiem jest ratować moje dziecko. Pojechaliśmy do Warszawy, do Centrum Zdrowia Dziecka.  Jeszcze nie wygraliśmy, ale wróciła do nas wiara w pokonanie raka. Guz zmniejszył się, zaczął wapnieć, zrobił się dziurawy. 4 sierpnia, po kilku miesiącach spędzonych na onkologii, dostaliśmy pierwszą przepustkę do domu! Naszym domem od 15 marca do 4 sierpnia był szpital oraz hotel przy szpitalu...

Dźwigamy ciężar – koszmar, z którym się nie godzimy. Nigdy nie prosiliśmy o pomoc, ale w tej sytuacji nie mamy innego wyjścia. Rak wywrócił nasze życie do góry nogami. Teraz musimy zrobić wszystko, by naprawić to, co zniszczył. Nie chcemy, by Michelle cierpiała. Nie pozwolimy, by rak doszczętnie zniszczył jej dzieciństwo. Chcemy, by wróciła sprawność, którą zabrał. Chcemy, by wrócił ten długo oczekiwany czas sprzed choroby. Tylko z Tobą możemy tego dokonać, dlatego z całego serca prosimy Cię o pomoc.

Zapraszam wszystkich do pomocy po przez licytacje na moim profilu, link podany poniże

https://www.facebook.com/profile.php?id=1000166757 82146

Wsparli

25 zł

Małgorzata Maciejewska

LICYTACJA NR 13
45 zł

Aneta

LICYTACJA NR 1 M
50 zł

Ewelina Furmaniak

Licytacja 6
50 zł

Oscar Wojtyła

LICYTACJA NR 6
30 zł

licytacja nr 7

21 zł

Ela

LICYTACJA NR 5

Pokaż więcej

Darowizny trafiają bezpośrednio na zbiórkę charytatywną:
Beata Hein
Michelle Kotecka
Dwuletnie życie i rak
22%
441 zł Wsparło 8 osób CEL: 2 000 ZŁ