
Nie pozwól, by moja córeczka odeszła w moich ramionach❗️Błagam o życie, o ostatnią nadzieję❗️
Cel zbiórki: Ratowanie życia – leczenie onkologiczne w Izraelu
Wpłać, wysyłając SMS
Przekaż 1,5% podatku
Przekaż 1,5% podatku
Stała pomoc
4 wspierających co miesiącTu może pojawić się Twoja Stała Pomoc.
Wspieraj co miesiąc- Anonimowy Pomagaczzaczyna wspierać co miesiąc
- Anonimowy Pomagaczzaczyna wspierać co miesiąc
- Anonimowy Pomagaczzaczyna wspierać co miesiąc
Cel zbiórki: Ratowanie życia – leczenie onkologiczne w Izraelu
Aktualizacje
Cierpienie Anastasii dosięga granic... Te zdjęcia złamią nawet najtwardsze serce – BŁAGAMY O RATUNEK❗️
Minęło dziewięć miesięcy od przeszczepu szpiku kostnego, ale niestety leczenie NasteńkI się nie zakończyło. Nasza córeczka wciąż zmaga się z poważnym powikłaniem skórnym – przeszczep przeciw gospodarzowi (skórne GVHD).
Pomimo wszystkich zabiegów i terapii, jej skóra goi się bardzo powoli. Ponadto nadal martwimy się o jej wysokie wyniki badań wątrobowych, dlatego kontynuujemy stałe monitorowanie organizmu i leczenie.
Przychodzimy do kliniki prawie co tydzień na zabiegi i badania. Aby zwalczyć GVHD, Nasteńka przechodzi przeszczep komórek mezenchymalnych. To kolejny etap leczenia, który, mamy szczerą nadzieję, pomoże jej małemu organizmowi poradzić sobie z konsekwencjami przeszczepu.

Nasteńka jest już bardzo zmęczona... Ma zaledwie 6 lat, a już doświadczyła więcej bólu, strachu, zabiegów i pobytów w szpitalu, niż jakiekolwiek dziecko powinno kiedykolwiek znosić. Przeżywa teraz wyjątkowo trudny czas. Bardzo tęskni za ukochanym bratem, domem i normalnym dzieciństwem, które wciąż pozostaje dla nas jedynie marzeniem.
Bardzo chcemy wrócić do domu. Chcemy, żeby Nasteńka w końcu przestała żyć od operacji do operacji i stała się normalną, szczęśliwą dziewczynką...
Niestety, rzeczywistość jest brutalna... Leczenie trwa I MUSI TRWAĆ – inaczej nasza córeczka straci szansę na życie... Koszty są bardzo wysokie. Jesteśmy wyczerpani i wyczerpane są też wszystkie środki, które posiadaliśmy, dlatego raz jeszcze prosimy, nie zostawiajcie nas samych na tej trudnej drodze.
Dla nas każda pomoc to szansa na dalsze leczenie i kolejny krok w kierunku zdrowia naszej córeczki...Mama Nasteńki
KRYTYCZNIE PILNE: Brakuje środków❗️Na kolanach BŁAGAM Was o pomoc❗️
Kochani,
dzisiaj chcemy podzielić się z Wami tym, co działo się u nas przez ostatnie miesiące. Razem z Nasteńką nadal przebywamy w Izraelu. Choć droga, którą przeszłyśmy, była pełna wybojów i chwil zwątpienia, dzisiaj piszemy do Was z odrobiną większej nadziei.
W kwietniu córeczka przeszła kontrolną biopsję. Kiedy usłyszałam wyniki, kamień spadł mi z serca i popłakałam się ze wzruszenia – szpik jest całkowicie czysty, nie ma ani śladu choroby! Komórki dawcy przyjęły się w stu procentach. To oznacza, że organizm mojej Nastii w końcu wygrał tę najważniejszą bitwę i sam produkuje zdrową krew. Lekarze potwierdzili, że przeszczep się udał. To dla nas najpiękniejsza nagroda za wszystko, co Nastia musiała wycierpieć.

Niestety, nasz spokój nie trwał długo. Organizm córeczki zaczął buntować się przeciwko nowemu szpikowi. Trafiłyśmy do tych pechowych 15% pacjentów, u których rozwinęło się poważne powikłanie – choroba „przeszczep przeciwko gospodarzowi” (GvHD), która zaatakowała skórę.
Przeszłyśmy przez piekło. Najpierw pojawiła się potworna wysypka, potem skóra zaczęła schodzić płatami. Do tego doszła ciągła, wysoka gorączka, dreszcze i bolesne rany w buzi. Przez te wszystkie komplikacje i ciężką infekcję, prawie cały czas od stycznia do końca maja spędziłyśmy zamknięte w szpitalu. Każda próba odstawienia leków kończyła się ponownym skokiem temperatury. Serce mi pękało, gdy patrzyłam na jej cierpienie.
Lekarze robili, co mogli. Pod koniec maja i w połowie czerwca Nastia dostała w klinice specjalne komórki mezenchymalne, które miały wyciszyć ten atak na jej własny organizm. I stał się kolejny mały cud – gorączka w końcu odpuściła, rany zaczęły się goić, a skóra powoli się regeneruje.

Dziś Nasteńka czuje się o niebo lepiej! Wreszcie wrócił jej apetyt, a ja z najgłębszą radością pichcę dla niej to, co lubi najbardziej. Tak bardzo tęsknimy za domem, za rodziną, za normalnym dzieciństwem dla Nastii – bez igieł, szpitali i bólu. Jedyne, o czym marzę, to móc w końcu spakować walizki i wrócić do domu.
Niestety, dług w szpitalu rośnie. Przez te wszystkie komplikacje, leczenie powikłań i długie tygodnie w szpitalu, koszty poszybowały w kosmos. Całość leczenia wyniosła już 660 000 dolarów, a nasz obecny, niezapłacony rachunek z kliniki to aż 200 000 dolarów. Pukam do każdych drzwi, ale zebrane środki to wciąż za mało, by pokryć tę kwotę.
Z całego serca dziękuję Wam za to, że jesteście. Za każdą wpłatę, ciepłe słowo i to, że nie zostawiliście nas samych w najciemniejszym momencie życia. Dzięki Wam Nasteńka wciąż walczy i ma szansę na normalne życie. Proszę, bądźcie z nami jeszcze przez ten ostatni, najtrudniejszy etap.
Mama Anastasii
Opis zbiórki
Nigdy nie spodziewałam się, że znajdziemy się w takiej sytuacji. Nigdy nie pomyślałabym, że będziemy musieli prosić o pomoc w ratowaniu życia naszej małej córeczki... Dziś stoimy przed największym dramatem naszego życia. Anastasia, nasza ukochana córeczka, jest śmiertelnie chora! Jej życie zależy od bardzo drogiego leczenia, na które nie mamy pieniędzy...
Z całych sił prosimy Was o pomoc!
Nasza historia zaczęła się niewinnie. Od zwykłej infekcji – tak wtedy myśleliśmy. Anastasia gorączkowała. Podaliśmy jej leki na zbicie temperatury. Niestety, w kolejnych dniach jej stan się nie polepszał.
Pogorszył się apetyt, pojawiła się apatia, osłabienie, szybkie zmęczenie. Takie objawy przecież zwykle towarzyszą dziecku, gdy przechodzi grypę. Jednak tym razem coś mnie zaniepokoiło – zawsze wcześniej miała też katar, a teraz go zupełnie nie było.

Postanowiliśmy wezwać lekarza rodzinnego do domu. Po badaniu postawił diagnozę: zapalenie gardła, i przepisał antybiotyk. Byłam bardzo zaskoczona, bo Nasteńka wcale nie skarżyła się na ból gardła. Mimo to rozpoczęliśmy leczenie. Niestety, bez skutku. Gorączka wracała, często towarzyszyły jej wymioty, nawet po przyjęciu antybiotyku…
W kolejnych dniach zdecydowaliśmy się zrobić badania krwi i moczu. Po wizycie odwiozłam córeczkę do domu, gdzie została z dziadkami, a sama pojechałam do pracy.
Nie pamiętam dokładnie godziny... Może było między 15:00 a 16:00. Zadzwonił mój telefon. To była pani doktor. Jej głos pamiętam do dziś, każde słowo. Przedstawiła się i od razu powiedziała, że muszę natychmiast przyjechać do przychodni po skierowanie do szpitala na odział onkologiczny – wyniki badań sugerują, że Nastusia ma białaczkę.
Pamiętam, jakby to było wczoraj. Najpierw ogarnęło mnie całkowite osłupienie, a potem próbowałam zebrać się w sobie. Moja koleżanka z pracy była obok mnie. Powtórzyłam jej słowa lekarki, po czym zaczęłam nerwowo się pakować… Całą siłą starałam się powstrzymać krzyk, który rozdzierał mnie od środka.

W drodze powtarzałam sobie bez końca: „To pomyłka. To niemożliwe. To nie może dotyczyć naszej córeczki…” Zabrałam skierowanie, zadzwoniłam do męża, do przyjaciółki, szukałam wsparcia, chciałam tylko usłyszeć od nich, że będzie dobrze, że to na pewno nie jest prawda.
Gdy jechałyśmy do szpitala, cały czas tłumiłam w sobie łzy. Nie chciałam, by córka zobaczyła mój strach. W samochodzie ciągle dopytywała, dokąd jedziemy…
Bałam się wejść na onkologię. Bałam się spojrzeć w oczy dzieciom, które walczą z tą straszną chorobą. Zawsze, gdy słyszałam w telewizji apele o pomoc dla chorych dzieci, głęboko to przeżywałam, starałam się pomóc. A teraz? To my tam staliśmy.
Po przyjęciu na oddział już wieczorem usłyszałam od lekarzy: „To białaczka. Nie ma żadnych wątpliwości.”
Całą noc otwierałam i zamykałam oczy, błagając, żeby to był tylko zły sen. Ale kiedy otwierałam oczy, nic się nie zmieniało – szpitalna sala z sześcioma łóżeczkami, nasz nowy, koszmarny świat.

Następnego dnia z niecierpliwością czekałam na wynik badania szpiku. Nie mogłam znaleźć sobie miejsca, serce rozdzierał ból. W korytarzu spotkałam naszą lekarkę. Powiedziała: „To ostra białaczka szpikowa. Bardzo ciężka forma. Gdyby to była limfoblastyczna, szanse byłyby większe. W waszym przypadku - 50 na 50. Proszę się przygotować na to, że może zdarzyć się najgorsze.”
Totalnie się załamałam. Cała się trzęsłam, płakałam bez opamiętania. Po chwili pomyślałam – nie ma czasu na łzy. Musimy być silni. Jesteśmy rodzicami. Daliśmy jej życie i za wszelką cenę musimy je ratować.
Zaczęłam rozmawiać z przyjaciółmi, szukać pomocy, nie wiedząc jeszcze, co robić, jak postępować. Dziękuję z całego serca moim bliskim, przyjaciołom – wszyscy przeżywali to razem z nami, choć byli w takim samym szoku, jak my.
Dzięki nim udało się nawiązać kontakt z przedstawicielem kliniki Schneider w Izraelu. Przekazaliśmy wszystkie wyniki badań i opis sytuacji. Przedstawiciele kliniki skontaktowali się ze mną i powiedzieli, że chorobę Nastii można leczyć i że są gotowi nam pomóc. To oni dali mi nadzieję. Powiedzieli, że mogą uratować naszą córeczkę.
Leczenie w Izraelu jest jednak bardzo kosztowne, a nasza rodzina nie jest w stanie samodzielnie pokryć tych wydatków. Nie mamy takich środków. Dlatego jesteśmy tu, by prosić Wam o pomoc! Proszę, pomóżcie nam ratować naszą córeczkę! Dajcie jej szansę na zdrowe i szczęśliwe życie... Nie wybaczę sobie, jeśli jej nie uratuję.
Mama Anastasii
- Wpłata anonimowaX zł
- Wpłata anonimowa5 zł
- Wpłata anonimowa20 zł
- Wpłata anonimowaX zł
- Wpłata anonimowaX zł
- Wpłata anonimowaX zł