
Heroiczna walka o życie dzieci! Ta historia brzmi jak koszmar
Cel zbiórki: Leczenie i rehabilitacja
Przekaż 1,5% podatku
Przekaż 1,5% podatku
Cel zbiórki: Leczenie i rehabilitacja
Rezultat zbiórki
Kochani! Dziękujemy za Wasze wsparcie!
To był dla nas wyjątkowo trudny czas. Strata Jasia to niewyobrażalny cios dla naszej rodziny...
Jesteśmy wdzięczni, że w tak wyjątkowo ciężkich chwilach okazaliście, jak wielkie macie serca.
Dziękujemy, że Ewa i Franek mogli liczyć na pomoc.
To nie koniec naszej walki o zdrowie dzieci. Prosimy Was o dalszą pomoc w kolejnym etapie zbiórki, który zakładamy już tylko dla Ewuni i Franka.
Rodzice
Aktualizacje
Z ostatniej chwili❗️PEŁNA MOBILIZACJA! Dramatyczne wołanie o pomoc.
Kilka miesięcy temu umarł Jaś, brat Ewy! Świat się zawalił, ale teraz może runąć ponownie.
Ewa cierpi na Galaktozemię, chorobę, która niszczy jej życie.
Ciężko jej prosić o pomoc, ale nie poddaje się, walczy. Bez pomocy ta walka nie ma sensu!Prosimy, pomóżcie jej teraz, bo jutra może już nie być...
Z ostatniej chwili❗️Błagamy Was o pomoc!
Ewa i Franek Oczkowscy – pomóż chorym młodym ludziom w tym, by mogli być sobą!
Ewa i Franek to niezwykli młodzi ludzie. To rodzeństwo, które ze względu na swoje niepełnosprawności, potrzebuje wsparcia, by móc po prostu żyć. Czy Ty możesz im pomóc?Ewa to młoda kobieta, która cierpi na galaktozemię i która wkracza w dorosłość. Nie, nie jest jej łatwo. Jej ścieżka jest bardziej wyboista, a wszystko przez chorobę, która nie jest widoczna na pierwszy rzut oka. Wygląda tak jak inne dziewczyny w jej wieku. Lubi się ładnie uczesać i ubrać.
Jest też całkiem towarzyska, przepada za kontaktem z ludźmi. Niestety z rozmową idzie już trochę gorzej.
Mówi wolniej od innych, potrzebuje czasu na znalezienie odpowiednich słów, by odpowiedzieć. To trudne dla rozmówców, szczególnie tych, którzy potrzebują szybkich reakcji, sprawnych odpowiedzi.
W kontakcie z Ewą muszą się uzbroić w cierpliwość.
Imię Ewa w języku sumeryjskim znaczy „dająca życie”. Gdyby nie choroba, pewnie mieszkałaby już gdzieś poza rodzinnym domem. Miałaby może chłopaka, planowała dziecko. Choroba odebrała jej tę
możliwość. Nigdy nie urodzi swojego dziecka.Ale Ewa się nie poddaje. Ewa pracuje w żłobku. Opiekuje się dziećmi i uwielbia to zajęcie. W swojej pracy czuje się potrzebna. To jej pasja, co jest z pewnością dużym szczęściem.
Nie, Ewie nie było łatwo znaleźć pracę. Pomimo, że ma skończony kurs opiekunki dziecięcej, jej kandydatura albo była odrzucana, albo proponowano jej staże, które wprawdzie były płatne, ale za
chwile się kończyły. Mogła pracować, ale tylko na chwilę. Dlaczego?Bo jest osobą z niepełnosprawnością. Wreszcie, po wielu latach poszukiwań, udało się Ewie znaleźć pracę na stałe.
Na pół etatu i za minimalne wynagrodzenie. To oczywiście nie wystarczy na opłacenie leczenia…
Ewa urodziła się z wadą genetyczną, którą za późno rozpoznano. Galaktozemia, bo tak nazywa się ta choroba, spowodowała nieodwracalne zmiany w Ewy mózgu. Nigdy nie rozwijała się tak, jak inne dzieci. Nie mogła jeść tego, co wszyscy, nie mówiła do piątego roku życia.Zawsze walczyłam o normalne życie – mówi Ewa. Moi rodzice dali z siebie wszystko, co mogli – dzięki ich wsparciu skończyłam normalną szkołę. Nie, nie było mi łatwo. Bywały dni, gdy naprawdę nie
wierzyłam, że sobie poradzę. Nie wierzyłam, że mogę mieć życzliwe mi koleżanki i kolegów.
Ci normalni bywali okrutni. Odsuwali się ode mnie, tak, jakby się mnie bali. Tak, jakbym była gorsza. Nie wiem czemu, przecież niczego złego nikomu nie robiłam. Niektórzy nauczyciele też nie ułatwiali mi życia. Zawsze miałam jednak bezpieczną przystań – mój dom. Moja mama, tata, babcia, rodzeństwo i moje psy – oni zawsze potrafili zmienić najczarniejszy dzień w czas wytchnienia, ulgi.
Dodawali sił, motywowali. Zawsze miałam się do kogo przytulić, komu się wypłakać. To dzięki nim się nie
poddawałam i nadal nie poddaję.Ewa bardzo źle znosi stres. Gdy dzieje się coś, co wytrąca ją z równowagi, drżą jej ręce, nie zawsze potrafi kontrolować nerwowe odruchy. Czasem ma ochotę się ukryć. Nie czyta wszystkich sygnałów, które wysyłane są gestami, nawet jeśli wyczuwa negatywną energię, nie bardzo wie, co z tym zrobić.
Wolniej czyta, wolniej pisze, wolniej się uczy. Wolniej nie znaczy gorzej.Franek jest już nastolatkiem i czuje się prawie dorosły. Urodził się bez prawego przedramienia, ma cukrzycę typu 1 i guz na podwzgórzu mózgu. Pomimo swoich chorób, chce żyć normalnie, jak każdy robić to, co lubi, wychodzić ze znajomymi, realizować swoje pasje. Chciałbym pokazywać swoje życie i przez to uświadamiać innym, że ludzie z niepełnosprawnościami mają dokładnie te same marzenia, potrzeby i sprawy, co wszyscy.

Tekst na siepomaga.pl – październik 2022
Franek ma wrażenie, że to jest coś, co wymaga pokazania. Że ludzie wciąż o tym wiedzą za mało i dlatego się boją. Że nadal wielu osobom wydaje się, że niepełnosprawni powinni siedzieć zamknięci
w ośrodkach pomocy, nie wychylać się, nie narzucać, może nawet nie żyć.Misją Franka jest oswajanie niepełnosprawności dzień po dniu. Oswajanie jej na tyle, by ludzie przestali się bać. By zobaczyli, że osoby z niepełnosprawnościami też są ludźmi.
Świat dowiaduje się o nas szerzej i szerzej, ale ja mam wrażenie, że ciągle za mało – mówi Franek. Nie ma co czekać, trzeba się włączyć. W tym roku kandyduję do Samorządu Szkolnego i przygotowuję się
do olimpiady historycznej. Uczę się razem z tatą, bo od niego zaraziłem się pasją do historii. To tutaj tętni życie, to tutaj można być całkowicie sobą i to tutaj nikt nie będzie sprawdzać, czy masz dwie
ręce, czy tylko jedną, tak jak ja. Zabiorę się za to i dołożę swoją cegiełkę, by zmieniać ten świat na lepsze.Myślę, że wiem, jak to zrobić. Myślę, że nie muszę od razu wejść na K2 ani zostać zdobywcą bieguna – wystarczy, jak pokażę, że pomimo braku ręki i leczenia onkologicznego mogę jeździć na rowerze, trenować tenisa , grać na gitarze, biegać i podróżować. To nic, że w kieszeni jest zawsze połączona z moim ciałem pompa insulinowa. I tak pokażę, że prowadzę normalne życie licealisty, wkurzam się na zbyt częste sprawdziany z matmy, jeżdżę na koncerty z przyjaciółmi. Wystarczy, że pokażę, że wszystko jest możliwe, a ja na moim festiwalu życia, mogę się naprawdę świetnie bawić – dopóki trwa! I inni też – obojętnie, czy są sprawni czy nie.
Jeśli wesprzesz Ewę i Franka – może naprawdę im się uda?Żyłem 14 lat...
Nie wiem, jakie lubiłem życie, ale wiem, że nie zamieniałabym mojego umierania z Wami na żadne inne. Chciałem, byście zapamiętali mnie żywego. Odszedłem silny, odszedłem zdrowy. Takim mnie zapamiętajcie.
Umarłem z dala od `Was. Przepraszam, nie chciałem. Wkrótce dowiecie się, dlaczego tak się stało. Wiem, że się dowiecie.
Na chwilę mojego odejścia przygotowywaliście się od dawna. Zamiast umierać, trwałem. Uśmiechałem się, czując Waszą miłość.
Chcieliście być przy mnie. Wiem to. Jesteście dorośli, dojrzali, mądrzy. Ale nie jesteście wszechmogący.
Żyłem 14 lat. To może krótko, może długo. To dłużej niż żyje motyl.
Nie udało mi się dłużej. Mamo, tato przepraszam. Nie mogło się udać.
Żyłem tak długo dzięki Wam. Dzięki Waszej czułości, miłości, opiece. Nasz dom był moją oazą. Moim rajem. Moim światem.
Nie mówiłem, nie jadłem, nie chodziłem. Uśmiechałem się.
Dalej to robię.Jestem Mamo. Jestem Tato. Wracam z deszczem. Po prostu jestem.
To już nieważne. Nieważna już ta walka. Ta niemoc. To wszystko. To całe cierpienie uleciało. Skończyło się.Teraz jestem w gwiazdach. Patrzę na Was. Już mogę wszystko. Mogę mówić, śpiewać, biegać.
Wsiąkam w ziemię. Paruję. Jestem w kosmosie. Po prostu jestem.
Nie wiem, jak to wytłumaczyć. Czy ktoś wie? Czy ktoś wie, jak wytłumaczyć sens mojego życia? Mojej śmierci? Jak wytłumaczyć to, co będzie dalej?
Jak sprawić, by moja śmierć stała się początkiem czegoś ważnego.
Kochaliście mnie za to, że byłem, kim byłem. Nie musiałem być nikim lepszym. Moje bycie, moje trwanie w bezruchu było ruchem Waszych myśli. A tyle się działo przy mnie! Te wszystkie wizyty, wydarzenia wokół mnie. Tysiące rozmów o sensie, ale i bezsensie, o moim uśmiechu, ale i łzach. O okruchach szczęścia. O strumieniach cierpienia. O iskrach życia we mnie. O wyczerpaniu i niemocy. O
bezdechach i wdechach. O karmieniu niepracujących zmysłów. O smaku. O wzroku. O dotyku. O nadziei i beznadziei. O monotonii nieuleczalnych chorób. O okrucieństwie. O niesprawiedliwości.
O tajemnicy. O filozofii. O teologii. O bytach i niebytach. I przede wszystkim o miłości.
Świat tańczy po kostki w błocie. Czy macie kalosze?
Wiem, że czujecie teraz żal. Gniew, złość, niepogodzenie. Ale ja paruję. Wracam z deszczem. Po prostu jestem.
Mamo, Tato – moje życie i moja śmierć są po coś. To pewne. Dowiedział się już o nas świat i dowie się teraz jeszcze mocniej. Wiem, że to się stanie, bo dzieci takie jak ja też mają prawo
do dobrego życia i dobrego umierania. Tak jak każdy.
Ty Mamo. Ty Tato. Wy – wiecie o tym, jak mało kto. O walce o przetrwanie. O każdy dzień. O każdy
oddech. O każdą spokojniej przespaną noc. O każdy dzień bez niemego krzyku. Bez bólu.Ja wynagradzałem Wam uśmiechem. Wokół mnie toczył się Wasz świat. Twój Mamo. Twój Tato. Twój Ewo. Twój Franku. Twój Babciu. Wasz – Przyjaciele i znajomi. Rehabilitanci, lekarze. Dziennikarze,
reporterzy, widzowie. Nasze psy.
Patrzyliście na mnie i nie rozumieliście – skąd to całe szczęście we mnie. W chłopcu takim jak ja, który ma doskonale przerobione ćwiczenia z utraty. A jednak skądś była ta moja radość życia. Zachłanność.
Chciałem więcej. Wy chcieliście mnie więcej. Mieliśmy masę planów.
Nie wszystko zdążyliśmy, ale wciąż możemy.
Czuję teraz moc świetlików. Obecność. Wy poczujcie moją. Nie pożegnałem się z Wami, bo nie odszedłem. Nie umarłem. Nie opuściłem Was. Jestem w Was.
Opis zbiórki
Przepraszam, że nie mam już sił…
Przepraszam Was moje kochane Dzieci, przepraszam mój Mężu, że nie mam już sił…
Tracę nadzieję, tracę siebie, tracę kontakt ze światem… Prawie codziennie wylewam tony łez, a gdy czasem nie płaczę, to nieruchomieję i wykonuję różne czynności tak, jakbym była jakimś automatem. Ulatnia się ze mnie moje człowieczeństwo, nie pamiętam, że jestem piękną kobietą, już nie rozumiem, co to znaczy… Nie wiem, kiedy ostatnio zrobiłam makijaż, czy założyłam kolorową sukienkę…

Może to przez brak snu, bo nie przespałam ani jednej nocy chyba już od kilkunastu ładnych lat. Może to przez izolację i samotność, która towarzyszy mi jak zły duch, właściwie, odkąd po raz pierwszy zostałam mamą.
Te ponad dwadzieścia lat temu, gdy postawiono diagnozę o Twojej chorobie, kochana Córeczko i, gdy, jako kilkumiesięczne niemowlę, cudem wymknęłaś się śmierci – to był dopiero początek dramatycznych wydarzeń w naszym rodzinnym życiu. Wtedy mało kto wiedział, czym jest galaktozemia, na którą Ewo cierpisz
i która, zbyt późno odkryta, spowodowała nieodwracalne zmiany neurologiczne, z którymi zmagać się będziesz do końca życia…
Potem na świat przyszedłeś Ty Franku, i wszystko wskazywało na to, że nie będziesz miał wady genetycznej. Bałam się o to przez całą ciążę, upewnialiśmy się z Twoim ojcem wielokrotnie, że wszystko będzie dobrze…
Ku zdumieniu wszystkich i mojej ogromnej rozpaczy – urodziłeś się bez rączki. Jak to możliwe, nie wiem i lekarze też tego nie potrafili wyjaśnić. Żeby tego było mało, gdy miałeś zaledwie 8 lat, ujawniła się u Ciebie straszna choroba – cukrzyca typu pierwszego – odtąd obliczanie insuliny stało się naszą codzienności. A potem przyszła jeszcze informacja o guzie, który urósł w Twojej główce… Jaka matka by to zniosła… To życie w ciągłym strachu, ta pulsująca wciąż myśl o tym, żeby guz nie urósł i żebyś Synku nie stracił wzroku… Codzienne zadręczanie się – dlaczego to Ciebie spotyka? Za jakie grzechy? Dlaczego Ciebie, a nie mnie?
Ale to, co się nawyprawiało z Tobą kochany Jasiu – mój najmłodszy Synku – to jest już szczyt naszej rodzinnej tragedii…
Ach jak marzę, by kłócić się z Tobą, że za długo gapisz się w telefon zamiast poświęcać czas na naukę… Nawet nie wiesz, jak pragnę, byś za późno wrócił ze spotkania z przyjaciółmi, albo nawet miał zagrożenie na semestr z fizyki… Tego nie ma i nie będzie. Te pragnienia nigdy się nie ziszczą. 
Przepraszam, że nie mam już sił też Ciebie kochany Mężu... Ty Tomaszu jesteś jednym z tych wyjątkowych ojców, którzy nie odchodzą w tak trudnej sytuacji rodzinnej. Ty zawsze jesteś i zawsze wspierasz mnie i nasze dzieci.
Ale musisz ciężko pracować, by zarobić na sprzęt rehabilitacyjny, opiekunów, terapeutów, nauczycieli domowych i leki dla wszystkich naszych Dzieci. Ta odpowiedzialność musi być straszna, musi ciążyć. To, że właściwie nigdy nie możemy sami wyjść na tak potrzebną nam chwilę oddechu, gdzieś, choć na moment wyjechać bez strachu, że w tym czasie coś się stanie Jasiowi, że nie mamy żadnej możliwości spełnienia marzeń o wspólnym domu, podróżach – to też musi Ciebie męczyć. Wiem, że Ty jesteś i tak wdzięczny za wszystko, co mamy. Nie myślisz o tym, czego nie mamy, cieszysz się z każdego lepszego dnia Jasia, sukcesu Franka, faktu, że Ewa pokonała kolejne ograniczenie. Wciąż podnosisz nas wszystkich na duchu i wierzysz, że wszystko jakoś się ułoży. Ale powiedz mi Tomaszu, jak to właściwie ma się ułożyć? Jak? Przecież jesteśmy coraz starsi, kto zajmie się naszymi dziećmi, gdy umrzemy?
Powiedz mi Tomaszu, kto będzie wymieniać rurkę tracheostomijną, przez którą Jaś oddycha??? Trzeba przecież pokonać lęk i wymieniać ją regularnie. Choć robię to już wiele lat, za każdym razem boję się, że coś pójdzie nie tak i Jaś się udusi... Szczególnie, że Jasiowi często zdarzają się duszności. Bardzo trudne jest wtedy dopasowanie parametrów respiratora tak, żeby przynieść mu ulgę. Kto więc to będzie robił?
A co Tomaszu stanie się z naszą Ewą? Przecież galaktozemia daje jej w kość od urodzenia… Teraz jest piękną młodą dziewczyną, a już musi się godzić ze stratą – nigdy nie urodzi własnego dziecka, choć tak strasznie dzieci kocha… Od zawsze zmaga się nie tylko z fizycznymi problemami, takimi jak drżenie rąk czy skandowana mowa, ale też z zaburzeniami neurologicznymi i zanikami pamięci. Nasza Córeczka od zawsze walczy też o swoje miejsce w społeczeństwie... Pamiętasz, jak ją wykluczali w szkole? Jak koledzy nie chcieli się z nią bawić? Mimo tego, dzięki wielkiemu wysiłkowi nas wszystkich i swojej determinacji skończyła edukację, Ale chyba widzisz Tomaszu, że Ewa bez naszego wsparcia nie ma żadnych perspektyw? Co się z nią stanie Tomaszu?
Tomaszu, a nasz Franek? Jest taki dzielny, ale co, jeśli ten guz w jego głowie się powiększy? Nasz niezwykły Synek ma tyle planów, pasji, jest ogromnie lubiany, niesamowity. Pokazuje, że mimo niepełnosprawności, można żyć aktywnie, jeździć na rowerze, grać w tenisa. I że można bez ręki! Ale czy taki radosny będzie zawsze? Czy nie dopadnie go bezsilność i złość na niesprawiedliwy los? Czy wreszcie poradzi sobie bez nas? Czy jesteś tego pewien Tomaszu?
Przepraszam Was, że nie mam już sił… Wiem, że powinnam je mieć i zrobię wszystko, by ich na nowo nabrać. Jestem w końcu matką trójki wspaniałych dzieci, szczęśliwą żoną, wykształconą i prawą osobą.
Teraz mam jednak depresję, muszę brać leki, bo czuję się tak strasznie sama… I tak bardzo przerażona perspektywą, że może mnie zabraknąć… W ubiegłym roku przeszłam udar… Przeżyłam, ale dało mi to do myślenia, że człowiek jest jednak kruchy. Pandemia też pokazała, że nie jesteśmy niezniszczalni.
A teraz tracę siły z powodu depresji… I z tego powodu, że jestem coraz starsza. Nie ma już tyle siły fizycznej, a Jaś jednak jest coraz cięższy… Mam stany lękowe, wpadam w panikę… I muszę się zmuszać do wstania z łóżka, wstawienia prania, posprzątania mieszkania… Depresja to straszna rzecz, której musze jak najszybciej się pozbyć. Nie mam na nią czasu. Nie mam czasu na słabość. Na chorobę, na śmierć. Nie wolno mi umierać!

Muszę na nowo nauczyć się siebie, muszę wyjść z tego strasznego odrętwienia z pomocą terapeuty. Już się zdecydowałam zrobić wszystko, co się da, bo przecież wciąż muszę walczyć o fundusze na leczenie moich Dzieci. Muszę znowu poprosić o wsparcie dobrych ludzi, nie mogę zaprzestać, bo inaczej nie stać by nas było praktycznie na nic… Potrzeby naszych Dzieci w związku z ich niepełnosprawnościami to koszty rzędu ponad 6 tysięcy złotych miesięcznie. Poza tym trzeba żyć, jeść, płacić rachunki, a ja nie mogę pracować, bo Państwo nie zakłada takiej możliwości, jeśli pobieram głodowy zasiłek opiekuńczy oczywiście tylko na jedno dziecko, bo przecież nikt nie zakłada, że można mieć więcej chorych dzieci…
Myślę, że moja depresja wynika z przewlekłego stresu, braku snu i wreszcie ogromnego poczucia winy, że może mogłabym coś więcej zrobić, by uniknąć drogie dzieci Waszych chorób? Może mogłabym więcej wiedzieć? Spotkać cudotwórców? Uzdrowić Was dzięki specjalistycznemu leczeniu w jakimś ośrodku za granicą. Znaleźć sposób? Jest też poczucie bezsilności, że nic więcej nie mogę zrobić… Mogę tylko prosić o pomoc i wciąż szukać sposobów, by zapewnić Wam, kochane dzieci jakąś przyszłość, gdy mnie i Tomasza już zabraknie…
Przepraszam więc, ale… muszę o to prosić…
Jeśli możesz wesprzeć moją Rodzinę – wpłać proszę dowolną kwotę na ich rzecz przez stronę siepomaga.pl zbieramy na dalsze leczenie moich kochanych Dzieci.
Z góry dziękuję za każdą sumę.
Agnieszka Oczkowska – mama Jasia, Franka i Ewy, żona Tomasza.
- Wpłata anonimowa50 zł
- Wpłata anonimowa150 zł
- Wpłata anonimowa10 zł
- Barbara Adamczyk100 zł
- Wpłata anonimowa20 zł
- Asia100 zł
Modlę się za Was.