Moje dzieci błagają, bym wygrała z rakiem. Pokonam dla nich śmierć?

Zbiórka na cel: Leczenie ostatniej szansy – badanie genowe nowotworu, specjalistyczny wózek
Zbiórka zakończona
Joanna Konkel
Verified Zbiórka zweryfikowana przez Fundację Siepomaga
Wsparły 5 933 osoby
77 446,95 zł (101,41%)

Joanna, 42 lata

nowotwór wewnątrzrdzeniowy EPENDYMOMA WITO II, PO OPERACJI CZĘŚCIOWO SPARALIŻOWANA-czterokończynowo

Głogów, dolnośląskie

Rozpoczęcie: 25 Września 2017
Zakończenie: 14 Października 2017

09 Października 2017, 21:40
Pełna mobilizacja!

"Stała się rzecz bardzo trudna i straszna. Dzisiaj odbierałam wycinki z patomorfologii... okazał się, że źle zbadano mój wycinek histopatologii. Drugi nowotwór jest złośliwy, ma inną nazwę i większy stopień złośliwości. Dlatego tak szybko się rozrasta, ciągle powoduje nowe ubytki neurologiczne. Badania genetyczne trzeba przyspieszyć – tak mówi Doktor. Nie wiem jak to zrobić. Zła diagnoza. Boże jestem 7 miesięcy do tyłu z leczeniem..." 

Taką dramatyczną wiadomość otrzymaliśmy od Joanny. Teraz musimy zrobić wszystko, aby nadrobić stracony czas. Do dzieła! Nie pozwólmy jej stracić nadzieji!

 

Gdy kilku lekarzy weszło do szpitala powiedzieć, jaka jest diagnoza, wiedziałam, że nie jest dobrze. Gdy usłyszałam, że to nowotwór wewnątrz rdzenia od odcinka szyjnego rozlewający się aż do odcinka piersiowego, to… zemdlałam.

Zanim postawili mi diagnozę, przez dwa lata bolały mnie nogi, zanikało czucie i oddech stawał się ciężki. Najpierw bolała mnie stopa, później noga i biodra. Lekarze zarzucali wszystko na przepuklinę w kręgosłupie. Rehabilitacja w postaci zabiegów fizykalnych pogorszyła bóle. Przestałam chodzić, zrobili rezonans kręgosłupa, który nic nie wykazał. Przez przypadek trafiłam na dobrego neurologa, który w trybie pilnym wysłał mnie na rezonans z kontrastem.

Tłumaczyli, że to bardzo rzadki guz, że jest wielki, że potrzebna jest natychmiastowa operacja, ale oni w tym szpitalu nie mają odpowiedniego sprzętu. Wszystkie zabiegi, na które odsyłali mnie specjaliści, spowodowały, że dzisiaj jest o wiele gorzej, niż by mogło być. Przez nie rozlał się guz, który chciał mi odebrać życie. Dostałam dwa telefony do specjalistów, zajmujących się operacjami na rdzeniach. Tamtego dnia długo zbierałam się, żeby zadzwonić. Jeden profesor odmówił, nie podjął się operacji, gdyż po obejrzeniu wyników, nie widział żadnej szansy. Płakałam i modliłam się. Pamiętam, jak powiedział, że mam może dwa tygodnie, aby pozałatwiać sprawy, bo nowotwór tak rozlany, że - nawet gdyby zaczął operację - to ja nie przeżyję. A tak mam te dwa tygodnie na bycie z rodziną…

Do drugiego profesora w ogóle nie zadzwoniłam, zabrakło mi sił i odwagi. Tamtego dnia pierwszy raz się poddałam. Nie miałam już sił walczyć. Mam szczęście, że moja rodzina nie pogodziła się z moim umieraniem... Tak znalazłam się u kolejnego lekarza.

Profesorze, nie mam jeszcze czterdziestki, mam za to troje cudnych dzieci, męża, kocham życie, proszę mnie ratować – płakałam.
Z dnia na dzień zostałam przyjęta na oddział neurochirurgii.

Profesor nic nie obiecywał, ale jako jedyny zdecydował się mi pomóc. Szanse na przeżycie były na granicy 5-10%. Operacja bardzo trudna, ciężka. Wycięto prawie wszystko. Jednak część pozostała. Umknęłam śmierci. Po operacji czterokończynowe porażenie, przerażenie, smutek i płacz, kiedy przyszły dzieci, a ja nawet nie mogłam ich pogłaskać, dotknąć, przytulić… Profesor na każdym obchodzie pocieszał mnie, starał się zarazić mnie optymizmem i w końcu mu się udało. Pomyślałam sobie, że skoro on - lekarz - we mnie wierzy, to dlaczego ja mam wątpić? Gdy rana się zagoiła, przewieźli mnie do szpitala rehabilitacyjnego. To tam pierwszy raz usiadłam na wózek inwalidzki i tam uczyłam się nowej rzeczywistości. Zleconą radioterapię również ciężko przeszłam – poparzenia na klatce piersiowej, złe wyniki. Mimo to ciągle wierzyłam, że w końcu wyzdrowieję.

Nie wróciłam do chodzenia na własnych nogach, poruszałam się na krótkie dystanse o kulach, ale większość czasu spędzałam na wózku. Co 2-3 miesiące robiłam rezonans, i wszystko było w porządku aż do czasu... W styczniu 2017 zaczęłam tracić siły, nogi zaczęły słabnąć, problemy neurologiczne powróciły.

Gdy usłyszałam, że w moim rdzeniu zagnieździł się drugi wielki guz, nie uwierzyłam. Jak? Kiedy? Przecież ciągle robiłam badania. Guz był duży, od odcinka piersiowego, aż do końca lędźwiowego. Konsultacja u mojego profesora. Złe diagnozy i znowu płacz. Dlaczego znowu ja? Profesor musiał zastanowić się, bo ta operacja była obciążona nie tylko ogromnym ryzykiem, ale powodzenie jej to niecałe 4%. Czekając na decyzję, napisałam do moich dzieci listy pożegnalne. Każdy dzień to jeden list. Chciałam im powiedzieć, że bardzo je kocham, pomimo że było nam dane krótko cieszyć się razem jako rodzina, to zawsze będę z nimi, na zawsze. Że są najdzielniejszymi moimi maluchami, bo zawsze były przy mnie i wspierały w chorobie. List był odpowiednią formą na tamten czas, bo wiedziałam, że nie dam rady im tego powiedzieć w oczy.

Zadzwonił profesor, czułam, że chciał usłyszeć ode mnie, że decyduję się na tę trudną operację, a on zrobi co w jego mocy, żeby mi pomóc. Ten wspaniały człowiek drugi raz uratował mi życie. Od operacji mam sprawne tylko ręce. Wózek inwalidzki to już konieczność, bo rdzeń został przerwany. Zaakceptowałam już nawet to, że nigdy nie zdołam stanąć na własnych nogach. Chciałam wygrać coś znacznie cenniejszego niż chodzenie – życie wśród moich dzieci, które powinny mieć matkę. Teraz znów boję się, że mi się to nie uda. Guz odrósł, zrobił się większy niż przed operacją.

Nie ma już metod leczenia które by mi pomogły. Tylko radioterapia lub wycięcie może tutaj pomóc, ale wykorzystano już maksymalną dawkę promieniowania, jaką jestem w stanie przeżyć. Guzy są nieooperacyjne. Pierwszy raz stoję zupełnie pod ścianą.

Mój onkolog zaproponował badanie genowe w Oncompassie. Tylko takie badanie daje mi ostatnią szansę na życie. Cena jest duża, bo zbadać należy dwa guzy. Każdy z nich ma inną budowę. Tylko w ten sposób można znaleźć odpowiednie lekarstwo.

Bardzo ważną rolę odgrywa tutaj czas, gdyż komórki nowotworowe bardzo szybko się namnażają. Badanie rozpocznie się w momencie przelania pieniędzy. Nie mam takich pieniędzy, nikt z moich bliskich, znajomych też nie. Jeśli się teraz poddam, będzie to oznaczało tylko jedno – śmierć. Listy, które napisałam do moich dzieci, nadal trzymam w szufladzie. Proszę, pomóżcie mi sprawić, by moje dzieci przeczytały je jak najpóźniej.

Verified Zbiórka zweryfikowana przez Fundację Siepomaga
Wsparły 5 933 osoby
77 446,95 zł (101,41%)

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.

Ukryj tę wiadomość