Tymek walczy o życie. Drugiej szansy nie będzie!

Zbiórka na cel: immunoterapia przeciwciałami monoklonalnymi anty - GD2
Zbiórka zakończona
Tymoteusz Bajer
Verified Zbiórka zweryfikowana przez Fundację Siepomaga
Wsparły 27 832 osoby
955 671,42 zł (102,79%)

Tymoteusz Bajer, 6 lat

nowotwór złośliwy IV stopnia - zwojak zarodkowy klatki piersiowej z przerzutami do węzłów chłonnych szyi i brzucha

Koziegłowy, wielkopolskie

Rozpoczęcie: 03 Stycznia 2018
Zakończenie: 05 Marca 2018

27 Marca 2018, 11:06
Rozpoczęcie immunoterapii

Tymek właśnie rozpoczął leczenie - kciuki mocno zaciśnięte! 

Pokaż wszystkie aktualizacje

Tymek walczy z rakiem, a my walczymy o niego, bo jeśli jego życie się skończy, to będzie koniec również dla nas. Nie ma słów, żeby opisać rozpacz, ten lęk, ten ból, gdy widzi się, jak Twoje maleńkie dziecko zmaga się ze śmiercią, tak bezbronne, tak słabe wobec zabójczej choroby. Mamy czas tylko do marca, żeby uzbierać ogromną kwotę na leczenie naszego synka, czyli tak naprawdę nie mamy go w ogóle. Błagamy o pomoc! Żeby nasz synek pokonał raka, żeby opuścił onkologiczne piekło, zrobimy wszystko i oddamy wszystko, bo nie liczy się dla nas już nic poza jego życiem...

"To nowotwór. Nie wiemy jeszcze jaki, ale na pewno nowotwór" - usłyszeliśmy dokładnie w Wielkanoc. W święto życia dowiedzieliśmy się, że nasze dziecko umiera, że jeśli natychmiast nie zostanie podjęte leczenie, to będzie nasz ostatni rok, ostatnie święta, bo życie naszego synka bezpowrotnie zgaśnie. Jeszcze przed chwilą siedzieliśmy przy wielkanocnym stole, a kilka godzin później byliśmy już na oddziale hematologii i onkologii, zdruzgotani, zszokowani, przerażeni. Od kilkunastu dni Tymek uskarżał się na bóle brzuszka - byliśmy u lekarza, zrobiliśmy mu USG, nic nie wyszło… W Wielkanoc zaczęło go boleć serduszko. Gdy usiedliśmy do stołu, rozpłakał się; łkając, powiedział nam, że tak bardzo go boli… Rzuciliśmy wszystko, pojechaliśmy do szpitala. Baliśmy się. Przez głowę przemykały nam różne myśli, ale ani przez chwilę taka, że to może być rak. Tak było do momentu, gdy Tymka zabrano nas na karetki, gdy z jednego szpitala skierowano nas do drugiego, Ten pierwszy nie miał oddziału onkologii…

W klatce piersiowej naszego synka był guz wielkości grejpfruta, który uciskał na płuca, serce i aortę. Miał 9 centymetrów. Były już przerzuty do węzłów chłonnych i kości....

W jednej sekundzie wszystko się skończyło; wszystko, co miało znaczenie przed chorobą Tymka, rozpłynęło się jak pył na wietrze. Liczyło się jedno i do tego skurczył się cały nasz świat - to, że nasze dziecko choruje na raka, neuroblastomę, bardzo rzadki nowotwór układu współczulnego. Nowotwór, który atakuje tylko maleńkie dzieci, jakby specjalnie wybierał tych najsłabszych, którzy mają najmniejsze szanse. Bardzo złośliwy, bardzo agresywny. Z całej naszej rodziny rak wybrał akurat nasze dziecko… Gdybyśmy tylko mogli, wzięlibyśmy chorobę Tymka, jego cierpienie na siebie, przecież my jesteśmy silni, dorośli, powinniśmy go chronić, tymczasem wobec raka okazaliśmy się bezradni.

Połowa dzieci, chorych na neuroblastomę, umiera.

Leczenie trzeba było rozpocząć natychmiast, nie było czasu na to, by oswoić się z wieścią, przepłakać. Czas jest największym sprzymierzeńcem raka - każdy dzień bez leczenia sprzyja rozwojowi guza, który w ciągu jednej nocy może urosnąć nawet dwukrotnie! Naszym drugim domem na wiele miesięcy stał się oddział onkologii. Byliśmy u Tymka na zmianę, w dzień i w nocy. Z wesołego dziecka, kochającego piłkę, rower i basen, Tymek stał się przykutym do szpitalnego łóżeczka chłopcem, podłączonym do kroplówki z chemią. Zamiast kolorowych ścian dziecięcego pokoiku była sterylna biel szpitala, zamiast rodziny i kolegów - ciocie-pielęgniarki i inne chore dzieci. Lekarze uprzedzali nas, że walka będzie ciężka, że mamy przygotować się na najgorsze. Nie da się jednak przygotować na widok dziecka, które płacze z bólu, wymiotuje, gubi włosy. Tymek miał przetaczaną krew i płytki, podawano mu tlen, wysiadły nerki... W pewnym momencie miał ponad 2 kilogramy wody w organiźmie! Była wszędzie - w brzuszku, w opłucnej… Lekarze mysleli o operacji, groziła jednak trwałym kalectwem synka, rozważano wprowadzenie go w stan śpiączki farmakologicznej… W końcu założono mu stały cewnik do dializ. Wtedy już baliśmy się nie tylko raka, ale też powikłań, krwotoku - rana krwawiła przez wiele godzin - odmy płucnej… Było ciężko. Bardzo.

Potem wróciła nadzieja - operacja usunięcia guza przebiegła bez komplikacji. Tymek, zamiast się bać, nie mógł się jej doczekać... Wierzył, że dzięki niej wyzdrowieje, że skończy się cierpienie, strach, szpital. Dzieci powinny czekać na prezenty, na wakacje, nie na moment, w którym znajdą się na operacyjnym stole! Kolejnym etapem leczenia była megachemia - bardzo, bardzo silna chemioterapia, która niszczy niestety nie tylko komórki rakowe, ale i cały szpik - i autoprzeszczep. Ciężkie leczenie, ciężkie skutki uboczne… Nerki Tymka nie funkcjonują już jak nerki zdrowego człowieka, pogorszył się też słuch. Były dni, w których Tymek umierał z bólu, mimo morfiny; dni, w których gorączkował, nie jadł, nie pił, nie miał ochoty ani siły na nic. W takich dniach przy życiu trzymała nas tylko nadzieja, że nasz synek jest silny, że to przetrwa. Płaczemy czasem wieczorami w poduszkę, ale on nie może widzieć naszych łez... Mówimy mu, że da radę, że wyzdrowieje, że się uda. Jeśli jednak nie znajdziemy środków na immunoterapię, te słowa będą kłamstwem...

Przed nami radioterapia, a potem immunoterapia przeciwciałami w Krakowie - to, co według protokołu, ma sprawić, że Tymek wyzdrowieje i zwiększyć szansę na to, że nie będzie wznowy... To najważniejszy krok. I najdroższy... Podanie przeciwciał, stymulujących odporność organizmu, to sens i cel całego leczenia. Kiedyś możliwe w Niemczech, teraz też w Polsce, w Krakowie, ale za ogromną kwotę… Nasze państwo nie refunduje tego leczenia, musimy zapłacić za nie sami. Gdy usłyszeliśmy cenę, wybuchnęliśmy płaczem. Ponad 200 tysięcy euro, tyle kosztuje życie naszego synka.

Ledwo dajemy radę udźwignąć myśl o tym, jak chore jest nasze dziecko, a teraz jeszcze kolejny ciężar - skąd wziąć fortunę na to, by ratować życie Tymka?!  Dlatego prosimy Cię o pomoc, o nadzieję… Od momentu autoprzeszczepu do rozpoczęcia immunoterapii powinno minąć maksymalnie 120 dni! Leczenie powinno rozpocząć się najpóźniej na początku marca. Boimy się - już nie tylko o życie synka, ale też o to, czy zdążymy? To cena, której nigdy sami nie zapłacimy, dlatego błagamy o pomoc, bo życie Tymka jest teraz w cudzych rękach, w Twoich rękach… Modlimy się do Boga, aby stał się cud… Prosimy - bądź naszym cudem i uratuj życie naszego dziecka.

Verified Zbiórka zweryfikowana przez Fundację Siepomaga
Wsparły 27 832 osoby
955 671,42 zł (102,79%)

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.

Ukryj tę wiadomość