Zbiórka zakończona
Witold Lokowandt - zdjęcie główne

Wituś pragnie być samodzielny... Pomóż!

Cel zbiórki: Roczna specjalistyczna rehabilitacja

Witold Lokowandt, 19 lat
Chojnice, pomorskie
mózgowe porażenie dziecięce, padaczka, dysplazja, wnętrostwo, wady rozwojowe wrodzone
Rozpoczęcie: 11 czerwca 2021
Zakończenie: 28 maja 2022
23 098 zł(104,38%)
Wsparło 610 osób

Przekaż mi 1,5% podatku

Numer KRS0000396361
Cel szczegółowy 1,5%0027565 Witold

Cel zbiórki: Roczna specjalistyczna rehabilitacja

Witold Lokowandt, 19 lat
Chojnice, pomorskie
mózgowe porażenie dziecięce, padaczka, dysplazja, wnętrostwo, wady rozwojowe wrodzone
Rozpoczęcie: 11 czerwca 2021
Zakończenie: 28 maja 2022

Rezultat zbiórki

Pragniemy serdecznie podziękować całej fundacji za kolejną pomoc w organizacji zbiórki na roczną rehabilitację Witka.

Dziękujemy wszystkim Darczyńcom, którzy przyczynili się do zebrania całej potrzebnej kwoty. Jesteśmy bardzo wdzięczni za okazaną nam pomoc.


Rodzice Witka

Opis zbiórki

Może gdyby nie tragedia po porodzie, miałabym teraz zdrowe dziecko. Może grałby w piłkę, jeździł na kolonie… Takie myśli nachodzą często, jednak staram się je szybko odganiać. Najważniejsze, że go mam - mojego jedynego, wyczekanego i ukochanego syna. Dziękuję za to każdego dnia! Dzięki Waszej pomocy w zbiórce, która zakończyła się 3 lata temu, Wituś mógł być rehabilitowany i zrobił naprawdę duże postępy! Niestety, walka wciąż trwa i pochłania naprawdę ogromne środki. Dlatego ponownie prosimy o pomoc każdego, komu los mojego synka - skrzywdzonego chłopca - nie jest obojętny. 

Nasza historia:

Tyle lat starań, zawodu na zmianę z rodzącą się nadzieją, aż w końcu się udało! Gdy okazało się, że będziemy mieli dziecko, świat oszalał. Nie było chyba na tej ziemi szczęśliwszej osoby. Czułam, że mogę góry przenosić! Ciąża przeszła bez komplikacji, jednak długo wyczekiwany poród okazał się dramatem. Gdy lekarz krzyknął “widać główkę”, a ja chciałam już płakać ze szczęścia i zmęczenia, okazało się, że był w błędzie… To nie była główka - Wituś się odwrócił, w wyniku czego przyszedł na świat porodem pośladkowym. Jednak gdy w końcu usłyszałam jego silny głosik, wiedziałam, że wszystko się dobrze skończyło.

Witold Lokowandt

Kiedy stała się tamta tragedia? Do dzisiaj nie mam na to odpowiedzi. Nareszcie mogłam tulić w ramionach moje małe szczęście, całować każdy paluszek i włosek na jego główce. W pewnym momencie zauważyłam coś niepokojącego. Spory siniak na pośladku, krwiak na ramieniu, dodatkowo dostrzegłam plamkę w oczku. Zaniepokojona od razu zawołałam lekarza. Ten zbagatelizował sprawę, tłumacząc wszystko porodem pośladkowym. Jednak serce matki wie lepiej… Niepokoiłam się cały czas, a moją chwilową radość zasłoniła ciemna chmura obaw o zdrowie mojego ukochanego dziecka. Witek nie chciał jeść, cały czas płakał, był niespokojny… nie tak wyobrażałam sobie pierwsze chwile po porodzie. W drugiej dobie jego życia miałam już dosyć postawy lekarzy i pielęgniarek, które traktowały mnie jak namolną muchę. Wymusiłam, by ktoś w końcu obejrzał moje dziecko. Mały płakał tak błagalnie, a ja razem z nim. W końcu lekarze się nade mną zlitowali i zabrali synka na badania. I w tej chwili nastąpił koniec bezpiecznego, spokojnego życia, które znałam do tej pory…

Wszystko działo się błyskawicznie - zabrali Witka, a ja go nie mogłam nawet zobaczyć. Zamiast ciepłego, miękkiego ciałka wręczyli mi długopis i kazali podpisywać niezliczoną ilość papierów, w tym zgodę na szpitalny chrzest. Wpadłam w panikę. Wiedziałam, co to oznacza - że życie mojego syna jest zagrożone. Nie wiedziałam, jak to się mogło stać - przecież urodziłam zdrowego chłopca, teraz w końcu miało być jak w bajce. Zamiast tego był horror, w którym, jak niczego innego, obawiasz się śmierci własnego dziecka. Postawili szybką diagnozę - niedotlenienie - i przetransportowali Witusia z Chojnic do Gdańska. Zamiast w bezpiecznych ramionach mamy, synek pędził w karetce na sygnale. Dopiero w Gdańsku lekarze orzekli, że moje dziecko ma krwiaka w główce. Dodatkowo lekarze stwierdzili mózgowe porażenie dziecięce, padaczkę, dysplazję, wnętrostwo, wady rozwojowe. Niektóre z tych chorób są wrodzone, ale nie wiadomo, jakby rozwijał się Wituś, gdyby ktoś nie upuścił go zaraz po porodzie.

Witold Lokowandt

Specjaliści byli zdania, że to, co się stało mojemu synkowi, nastąpiło w wyniku upadku. Do tej pory ściska mi się żołądek gdy pomyślę, że ktoś tak skrzywdził moją kruszynkę. Ktoś go upuścił jak torbę cukru, podniósł i udawał, że nic się nie stało. Ktoś prawie zabił mi dziecko! Szpital w Gdańsku skierował sprawę do prokuratury, a ja przeżyłam załamanie nerwowe. Nie interesowały mnie wtedy kwestie prawne. Ważniejsze od dochodzenia winy było życie i zdrowie mojego synka, chociaż i z moim było kiepsko. Moja psychika się załamała, bo i kto udźwignie na raz tyle nieszczęść. Byłam taka słaba, a mój synek potrzebował przecież silnej mamy. Nieustanne napady płaczu, tęsknota rozrywająca serce, wielkie poczucie żalu i krzywdy… Gdyby nie bliscy, którzy otoczyli mnie opieką, nie wiem, co by ze mną było. Dzisiaj, na myśl o tych dramatycznych momentach, często płaczę. Ale tylko wtedy, gdy Witek nie widzi. Gdy jest ze mną, staram się sprawiać, by zawsze był szczęśliwy.

Lekarze kazali mi przestać się łudzić i pożegnać z marzeniami. Ich zdaniem Witek nie miał szans na przeżycie. Ja jednak wiedziałam, że będzie inaczej. Już raz się przekonałam, że serce matki się nie myli i tym razem też tak było. Po dwóch miesiącach wróciliśmy w końcu do domu. Tylko to się liczyło - że syn jest z nami, że już nikt go nie skrzywdzi, nikt nie upuści, nikt nie zada mu bólu. Obiecałam mu to i choćby nie wiem co, słowa dotrzymam. Postanowiłam, że mój syn będzie po prostu szczęśliwy.

Prokuratura umorzyła postępowanie, chociaż miała zeznania lekarzy - dziecko musiało zostać upuszczone, dowodziły tego ślady tylko po jednej stronie ciała - duże siniaki oraz krwiak w mózgu, który, jak się okazało, widziałam już wtedy po porodzie w oczku mojego dziecka. Chciałam walczyć o sprawiedliwość dla syna, jednak co może zrobić zwykła rodzina w walce z układami i brakiem chęci prokuratora do współpracy? Powiedział mi wprost: Po co pani teraz po sądach się włóczyć, z biegłymi będzie problem. Ma pani chore dziecko, niech lepiej się nim pani zajmie. Dałam spokój. Dzisiaj musiałabym założyć sprawę z powództwa cywilnego i chociaż mam dowody, nie mam środków i siły, by stanąć do tej nierównej walki. W jednym prokurator miał rację - to mój syn jest dla mnie najważniejszy.

Witold Lokowandt

To nic, że Witek nie jest taki, jak inne dzieci. Dla mnie to najcudowniejsze dziecko na świecie i nie wyobrażam sobie, by był inny. Osiąga coraz więcej postępów - wszystko dzięki prywatnej rehabilitacji, na którą możemy sobie pozwolić dzięki hojności ludzi o dobrych sercach. 

Mojemu synkowi nie brak miłości, odwagi i radości życia. Jedyne, czego potrzebujemy, to pieniędzy na rehabilitację, która pozwoli mu osiągnąć jak największą sprawność i samodzielność. Niby tak niewiele, a tak wiele… Robię wszystko, żeby mój syn był szczęśliwy, bo zasługuje na to, jak każde dziecko. Jednak by spełnić jego największe marzenie - nie o smartfonie, nie o quadzie albo tablecie - o tym, by mógł chodzić i być sprawny, potrzebna mi Twoja pomoc. Proszę, pomóż Witkowi stanąć na nogi!

Gabriela, mama

Wybierz zakładkę
Sortuj według
  • Radek Nicki
    Radek Nicki
    Udostępnij
    20 zł
  • Katarzyna Drążkowska
    Katarzyna Drążkowska
    Udostępnij
    15 zł

    portfel

  • Katarzyna Kowalczyk
    Katarzyna Kowalczyk
    Udostępnij
    10 zł
  • Masza lalka
    Masza lalka
    Udostępnij
    10 zł

    Katarzyna Drążkowska

  • Wpłata anonimowa
    Wpłata anonimowa
    Udostępnij
    32 zł
  • Wpłata anonimowa
    Wpłata anonimowa
    Udostępnij
    10 zł

Ta zbiórka jest już zakończona. Zobacz innych Podopiecznych, którzy czekają na Twoją pomoc.

WesprzyjWesprzyj