Lokalizacja

  • Cała Polska
  • dolnośląskie
  • kujawsko-pomorskie
  • lubelskie
  • lubuskie
  • łódzkie
  • małopolskie
  • mazowieckie
  • opolskie
  • podkarpackie
  • podlaskie
  • pomorskie
  • śląskie
  • świętokrzyskie
  • warmińsko-mazurskie
  • wielkopolskie
  • zachodniopomorskie
Alan Janus
Alan Janus , 25 lat

Wciąż wierzę, że jeszcze kiedyś będzie dobrze. Proszę, pomóż...

Codziennie, kiedy wypowiadam w myślach diagnozę mojego syna, boli mnie serce. Alan ma 22 lata i dziecięce porażenie mózgowe. Z początku nic nie wskazywało na to, że syn będzie chory. Dopiero później przekazano nam wiadomość, która dosłownie zwaliła nas z nóg… Żaden rodzic nie chciałby usłyszeć takiej informacji. Nie chciałby, aby życie ukochanego dziecka musiało być zależne od ciągłej walki, ciągłego pokonywania przeszkód i ograniczeń, nieustającego lęku o to, co przyniesie kolejny dzień. Niepewność, strach i poczucie, że wciąż musimy wspólnie z synem stawiać czoła chorobie, która niepostrzeżenie wdarła się w naszą codzienność, to wszystko w pewnym momencie zaczyna przytłaczać.  Alan jest całkowicie uzależniony od drugiej osoby. Nie jest w stanie poruszać się samodzielnie, ubrać, czy zjeść. Czasem dopadają mnie straszne myśli. Boję się dnia, w którym mnie zabraknie, boję się chwili, kiedy Alan nie będzie miał mnie przy sobie.  Widzę, że mój syn jest więźniem własnego ciała i nie jestem w stanie z tym zrobić niemal nic. Widzę, jak bardzo chciałby być po prostu samodzielny. Alan codziennie widuje zdrowych ludzi. Zastanawiam się, co wtedy czuje. Nie widzę u niego ani cienia zazdrości, raczej pragnienie, aby też poczuć się tak niezależnym jak oni.  Rehabilitacja odbywa się codziennie, dzień w dzień trwa nasza nieustanna walka o przetrwanie, o życie i radość, o bycie samowystarczalnym. Niestety póki co silna spastyka niezmiennie to wszystko uniemożliwia.  Czuję, że naszą ostatnią szansą jest niezwykle droga terapia komórkami macierzystymi. Nie jestem w stanie sama pokryć jej kosztów, dlatego proszę o pomoc. Wierzę, że świat jest pełen dobrych ludzi, ludzi, którzy zechcą nam pomóc i odmienią los Alana... Monika - mama

6 102,00 zł ( 3,49% )
Brakuje: 168 367,00 zł
Jakub Krupniewski
Jakub Krupniewski , 43 lata

By nigdy więcej nie czuć się, jak więzień we własnym domu

Czasem gdy zamykam oczy, wyobrażam sobie, że stoję na własnych nogach, wyraźnie czuję ziemię pod stopami, mogę zrobić krok, a za nim następny i następny... Jednak gdy tylko otwieram oczy, uświadamiam sobie, że tak nie będzie już nigdy.  Moje nogi już na zawsze zastąpił wózek inwalidzki. Mam świadomość, że do końca życia pozostanę niepełnosprawny, do końca życia będę również potrzebował intensywnej rehabilitacji, leków, a także profesjonalnego sprzętu, dzięki któremu moje życie, choć trudne, będzie odrobinę prostsze.  Od lat zmagam się z padaczką, neuropatią i porażeniem czterokończynowym, co uniemożliwia mi normalne funkcjonowanie. Moja codzienność już nigdy nie będzie beztroska, zawsze będzie mi towarzyszyć zmartwienie skąd wziąć środki na dalsze leczenie, jak zaspokoić wszystkie potrzeby, których osoba niepełnosprawna ma naprawdę wiele. Są jednak rzeczy, które mogą znacznie ułatwić mi codzienne życie i to właśnie na nich staram się skupiać.  To dzięki Wam już raz moja zbiórka zakończyła się sukcesem, to dzięki Wam mogę korzystać z łóżka rehabilitacyjnego. Ponownie proszę Was o pomoc, bo z Wami znów mogę poczuć, że mimo niepełnosprawności, życie może mieć piękne kolorowe barwy. By nigdy nie czuć się, jak więzień we własnym domu, potrzebuję Waszego wsparcia. Budowa podjazdu to spełnienie moich marzeń! Dzięki niemu będę mógł poczuć się wolny i niezależny! Choć jego koszt mnie przeraża, nie tracę nadziei. Proszę, pomóż mi...  Jakub

56 458,00 zł ( 57,88% )
Brakuje: 41 085,00 zł
Marcin Tabak
Marcin Tabak , 46 lat

Wypadek zabrał sprawność, ale nie nadzieję na jej odzyskanie... Pomóż Marcinowi!

Nikt nie jest gotowy na takie informacje. Zawsze myślimy, że to dotyczy innych ludzi i dzieje się gdzieś daleko od nas. Aż w końcu się wydarza i wszystko się wali... 5 czerwiec 2021 r., ten dzień zmienił nasze spokojne i poukładane życie na zawsze. Ze szpitala we Włoszech, gdzie przebywał mój mąż, otrzymałam wiadomość, że uległ on wypadkowi komunikacyjnemu i jego stan jest ciężki. Marcin doznał rozległego urazu  głowy, w wyniku którego powstał olbrzymi krwiak. Konieczna była natychmiastowa operacja ratująca życie Marcina, po której został wprowadzony w stan śpiączki farmakologicznej i długo nie mógł się z niej obudzić. Mijały kolejne tygodnie, a ja wciąż nie mogłam w to uwierzyć i liczyłam po cichu, że to tylko zły sen, który lada moment się skończy. Z końcem czerwca udało mi się zorganizować medyczny transport lotniczy i sprowadzić męża do kraju. Prosto z samolotu Marcin trafił do szpitala, w którym lekarze podjęli heroiczną walkę o jego zdrowie. Z końcem lipca mąż opuścił oddział intensywnej terapii, ale wciąż przebywa w szpitalu. Na szczęście odzyskał przytomność i jest z nim kontakt słowny.  Marcin wciąż jest leżący i ma niedowład lewostronny nogi i ręki. Musimy nauczyć się żyć na nowo i spróbować jakoś poskładać to wszystko, co w drobny pył roztrzaskał zły los... Jedyną, skuteczną metodą leczenia będzie długotrwała i intensywna rehabilitacja, bez której mąż nie ma szans na powrót do zdrowia. Jesteśmy dopiero na początku tej trudnej drogi, ale nie mogę zawieść Marcina. Czekamy na jego powrót z niecierpliwością - ja i nasze dzieci. One potrzebują ojca, który tej pory dbał o naszą rodzinę i troszczył się o nasze bezpieczeństwo. Teraz ja muszę zadbać o jego zdrowie, o to, by jak najszybciej wrócił do nas. Proszę, pomóż mi w tej walce! Małgorzata, żona

101 754 zł
Szymon Wiaderny
Szymon Wiaderny , 13 lat

Niepewność, która zabija... Zawalcz z nami o Szymona!

Szymonek ma wrodzoną wadę serca i rozpoznane plastyczne zapalenie oskrzeli. Dzielnie walczy z chorobami w szpitalach, ale jego szansą na życie jest wyjazd na leczenie do Filadelfii bądź Belgii. Szymuś właśnie skończył czwartą klasę w jednej ze szkół podstawowych w Dzierżoniowie. Roześmiana twarz 11-letniego Szymka, jego szczególnie miłe usposobienie, dziecięca spontaniczność i naturalna ciekawość świata, sprawiają, że trudno uwierzyć, iż chłopiec jest bardzo chory, wewnętrznie kruchy jak skorupka jajka. Szymek ma wadę wrodzoną serca (wspólna komora, zarośnięcie zastawki tętnicy płucnej, pojedynczej zastawki przedsionkowo-komorowej, odwrócenie trzewi). Jakby tego było mało, choruje teraz na  plastyczne zapalenie oskrzeli. To bardzo rzadkie schorzenie, prowadzące do upośledzenia drożności dróg oddechowych i niewydolności oddechowej. Przypuszcza się, że stanowi efekt procesu podobnego do utraty białka do przewodu pokarmowego, z tą różnicą, że dotyczy oskrzeli. Przebiega zazwyczaj bez gorączki, ze znacznym pogorszeniem stanu dziecka, któremu mogą towarzyszyć silny kaszel i objawy niewydolności krążenia (obrzęki, przesięki, sinica). PB spotykane jest przy różnych schorzeniach, takich jak: astma oskrzelowa, mukowiscydoza, aspergilloza, rozstrzenia oskrzeli oraz wśród pacjentów z wrodzonymi wadami serca, szczególnie z pojedynczą komorą po operacji Fontana. Rozpoznanie PB jest często opóźnione i stawiane dopiero po identyfikacji wykrztuszanych spontanicznie, bądź usuwanych podczas bronchoskopii, charakterystycznych rozgałęzionych odlewów białkowych w kształcie drzewa oskrzelowego lub wydzieliny o konsystencji żelatyny z fragmentami (lub bez) dopiero co tworzących się odlewów. Nie ma lekarstwa, które mogłoby całkowicie wyeliminować problem. Białko z organizmu Szymonka przedostaje się do środka dróg oddechowych, gdzie, zalewając oskrzela, zmniejsza oddech własny dziecka. Jeszcze kilka lat temu nikt nie wiedział, co to za przypadłość i skąd się bierze. Dziś są pewne przypuszczenia – albo jest to wada układu limfatycznego, albo skutek pooperacyjny wrodzonej wady serca. Szymonek jest po trzech zabiegach kardiochirurgicznych wykonanych w ICZMP w Łodzi. Stan po zespoleniu systemowo-płucnym lewostronnym (08.05.2010 r.), stan po operacji metodą obustronnego dwukierunkowego Glenna (06.05.2011 r.), stan po operacji Fontana (11.01.2016 r.). Stan po cewnikowaniu serca w dniu 22.06.2021 r. Potwierdził pojawienie się plastic bronchitis. Aby oczyścić oskrzela, Szymek musi wykrztusić złogi zalegającego bronchitisu, a to jest najtrudniejsze, czasami zachodzi konieczność usunięcia go mechaniczne. Przed nami długie i kosztowne leczenie. W najbliższym czasie czeka nas pobyt na Oddziale Kardiologii Dziecięcej w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym we Wrocławiu celem oceny układu limfatycznego w badaniu NMR. A następnie – wizyta w poradni pulmonologicznej w Rabce-Zdroju w celu usunięcia zalegającego w oskrzelach plastic bronchitis. Leczenie plastic bronchitis w Polsce polega na profilaktyce oraz oczyszczaniu dróg oddechowych z powstającej wydzieliny. Kolejny pobyt w ICZMP wyznaczony jest na 4 października 2021 r. w celu przeprowadzenia zabiegu cewnikowanie serca. Ratunkiem dla Szymonka jest wyjazd do kliniki w Filadelfii, bądź Belgii gdzie prowadzi się nowatorskie badania i realizuje zabiegi polegające na zespoleniu wadliwych naczynek limfatycznych. Koszty leczenia poza granicami kraju będą bardzo wysokie. W imieniu Szymka i swoim prosimy o wsparcie. My sami nie jesteśmy w stanie sfinansować leczenia. Zwracamy się o pomoc do wszystkich osób, które chcą nam udzielić finansowego wsparcia. Na obecną chwilę nie znamy dokładnej kwoty, oczywiście poinformujemy po wstępnych kosztorysach. Na tę chwilę lekarze w Polsce robią wszystko, aby Szymonowi udzielić pomocy i spróbować spowolnić proces rozwoju choroby, o której piszemy wcześniej. Dajmy wspólnie Szymkowi szansę na życie. Bez Was, bez Waszej pomocy nic nie zdziałamy. Mamy ogromną nadzieję i wiarę, że uda się nam osiągnąć cel.

1 071 zł
Katarzyna Hinz
Katarzyna Hinz , 48 lat

Codzienność z chorobą to udręka, ale nie mogę się poddać!

Są w życiu sytuacje, którym nie jesteśmy już w stanie samodzielnie stawić czoła, które zaczynają nas zwyczajnie przerastać i jest to dla nas trudne do zaakceptowania. Tyle czasu dawałam sobie radę żyjąc sama i miałam siłę do tego, by przezwyciężać przeciwności losu. Dziś, kiedy zdrowie tak bardzo odmawia mi posłuszeństwa, nie mam innego wyjścia niż zwrócić się do Państwa po pomoc… Całe dotychczasowe życie poświęciłam mojej największej pasji - pomocy innym ludziom. Z zawodu i wykształcenia jestem pielęgniarką z wieloletnim doświadczeniem. Pracowałam dopóki stan zdrowia mi na to pozwalał. Starałam się jak najrzetelniej i najuczciwiej wykonywać swoją pracę, aby dzielić się z innymi zdobytą do tej pory wiedzą. Przez 10 lat opiekowałam się osobami niepełnosprawnymi intelektualnie i przewlekle chorymi psychicznie w domu pomocy społecznej, a następnie pracowałam w specjalistycznych poradniach. Moje problemy ze zdrowiem zaczęły się już w 2003 roku, gdy zachorowałam na reumatoidalne zapalenie stawów. Od samego początku przechodziłam je ciężko. Leczenie trwało długo i wymagało corocznych miesięcznych hospitalizacji. Nie przeszkodziło mi to jednak w pracy zawodowej. Dopiero w 2016 roku, gdy złamałam panewkę stawu biodrowego i musiałam przyjmować sterydy, doszło do licznych powikłań. Cierpiałam na początkowo nierozpoznaną niedoczynność nadnerczy, a w 2017 roku zdiagnozowano u mnie również trombofilię genetyczną i postępującą, posterydową miopatię.  Moje mięśnie były coraz słabsze, a ostatecznie doszło do ich zaniku i nie byłam już w stanie poruszać się o własnych siłach. Muszę dalej przyjmować sterydy, ze względu na złe wyniki badań i problemy z tarczycą, a jednocześnie mam poczucie, że to błędne koło, ponieważ powikłania zaczynają się nawarstwiać. Do października 2017 pracowałam zawodowo, ale od tej pory pozostaję w domu. Chciałabym pracować dalej, ale nie mam takiej możliwości. Dopiero z początkiem 2018 roku, po długiej rehabilitacji, byłam w stanie pokonywać krótkie odcinki o kulach. Pojawiły się jednak dalsze komplikacje. We wrześniu zeszłego roku musiałam przejść zabieg usunięcia niezłośliwej zmiany nowotworowej, a miesiąc później zachorowałam na COVID-19 i konieczna była kolejna hospitalizacja.  Obecnie zakończyłam pobyt na Oddziale Rehabilitacji Neurologicznej po przebytym w tym roku udarze mózgu, ale moje częściowo odbudowane przez rehabilitację możliwości ruchowe dodatkowo się zmniejszyły. Starałam się je przywrócić do wcześniejszego poziomu, uczestnicząc w intensywnej fizjoterapii dwa razy w tygodniu. Jestem jednak bardzo osłabiona. Ostatnio bóle mięśni i stawów tak się nasiliły, że mam problemy z chodzeniem, a pani reumatolog zwiększyła mi dawki leków.   Mieszkam sama na drugim piętrze w budynku bez widy, przez co nie mogę samodzielnie wyjść na zewnątrz. Koszty czynszu, rachunków, leczenia pochłaniają prawie całe moje oszczędności i często nie starcza mi już środków na zakup jedzenia, a co dopiero opłacenie sporych kosztów rehabilitacji. Zdarzało się, że pomagała mi rodzina, jednakże ich środki również są bardzo ograniczone. Zostałam bez grosza na walkę o swoje zdrowie i samodzielność, dlatego bardzo proszę o Państwa wsparcie!  Katarzyna

30 884 zł
Gianni Jaworek
Gianni Jaworek , 15 lat

Jako jedyny przeżył strzelaninę pod Częstochową. Wesprzyj Gianniego po stracie najbliższych.

* Zbiórka zweryfikowana przez Siepomaga.pl. Ze względu na dobro Gianniego nie publikujemy jego wizerunku. W Borowcach pod Częstochową doszło do potwornej zbrodni. 52-letni mężczyzna w nocy sięgnął po broń i pozbawił życia brata, bratową i bratanka. Z całej rodziny przeżył jedynie 13-letni Gianni. Chłopiec, któego życie już nigdy nie będzie takie samo... Sceny jak z najgorszej opowieści kryminalistycznej wstrząsnęły kilka dni temu całą Polską. Justyna i Janusz byli bardzo udanym małżeństwem. Mieszkali z dwójką synów - Kubą i Giannim w Borowcach, w rodzinym domu Janusza. Pół roku temu wprowadził się do nich Jacek, starszy o 8 lat brat Janusza. Wcześniej mieszkał z żoną, która wniosła o rozwód. Mężczyna nie miał gdzie mieszkać i wrócił do rodzinnego domu w Borowcach.  Być może nigdy się nie dowiemy, dlaczego to, co spotkało całą rodzinę Gianniego w ogóle się wydarzyło. Pewne jest jedynie to, że nie wróci to życia Justynie, Januszowi i Kubie. Z nocnej strzelaniny przeżył jedynie 13-latek. Jest teraz pod opieką całej naszej rodziny. Zrobimy wszystko, aby dramatyczne chwile, których był świadkiem nie odcisnęły piętna na jego psychice. Gianni bardzo potrzebuje spokoju i pomocy. Już nigdy nie będzie mógł pograć z bratem w piłkę, iść porozmawiać z tatą, przytulić się do ukochanej mamy... Pozostaną jedynie w jego pamięci. Sprawmy, aby Gianni poczuł, że w ogromie tej tragedii nie został sam. Rodzina chłopca  

43 750 zł
Emilka Jata
Emilka Jata , 8 lat

Emilka jeszcze ma szansę na sprawność! Pomóż, zanim straci ją na zawsze!

Emilka potrzebuje pilnej operacji! Jej nóżki są w tragicznym stanie... Proszę, nie odwracajcie wzroku. Pomóżcie...Przytulam moją córeczkę i proszę los, by był dla niej łaskawy… Choć walczymy z potwornym przeciwnikiem, nie tracę nadziei, że wszystko stracone. Z całych sił wierzę, że cierpienie raz na zawsze zniknie z życia Emilki…  Przez całą ciążę zapewniano mnie, że dziecko rozwija się prawidłowo. Czy w takiej sytuacji może przemknąć przez myśl najgorszy możliwy scenariusz? Jej przyjście na świat było dla mnie pełnią szczęścia. Teraz do tych wspomnień wracam z jeszcze większym sentymentem, bo choroba zburzyła większość planów i odebrała nam wiele szans.  Kiedy Emi miała 1,5 roku zauważyłam niepokojące symptomy. Wizyty u kolejnych rehabilitantów, konsultacje lekarskie nie przynosiły oczekiwanych rezultatów, a ja miałam wrażenie, że tkwię w pułapce. Widziałam, że z rączkami i nóżkami mojej córeczki dzieje się coś złego, ale trudno było znaleźć przyczynę problemów. Ortopedzi nie wyrazili zaniepokojenia, a ja z ogromnym uporem szukałam dalej. Wreszcie znaleźliśmy gabinet, w którym specjalista wyraził obawy i skierował nas na dalsze badania. Miałam nadzieję, że to wszystko okaże się fatalną pomyłką, ale niestety nie - u mojej córeczki stwierdzono  dysplazję przynasadową typu Jansena - okropna i niezwykle rzadka choroba, która zadecydowała o całym życiu.  Emilka ma już 6 latek, a ja wciąż zadaję sobie to samo pytanie “dlaczego moje dziecko?!”. Mijam na ulicy rodziców ze zdrowymi dziećmi i wciąż zastanawiam się, dlaczego my nie możemy doświadczać tej beztroski i radości z codzienności…  Jest lato, dzieci noszą krótkie spodenki, dziewczynki zakładają sukienki. Emilka każdego dnia, bez względu na temperaturę, wybiera długie ubrania. Wstydzi się pokrzywionych przez chorobę nóżek, nie chce odkrywać kolan. Z dnia na dzień w kończynach jest coraz mniej siły, a to oznacza, że przegrywamy z chorobą. Tak bardzo się boję!  Przez te wszystkie lata Emilka prawie nigdy nie powiedziała, że coś ją boli… Ona to cierpienie zamyka w sobie. Widzę to w jej pełnych łez oczach. Patrzę na moją córeczkę i o niczym nie marzę tak bardzo, jak o uwolnieniu jej z tej pułapki. Z pułapki stworzonej przez chorobę i jej własne ciało. Tak bardzo chciałabym z całą pewnością móc powiedzieć jej, że wszystko będzie dobrze…  Dopiero w gabinecie dr Paley’a dostaliśmy wiadomość, która przywróciła nadzieję. Emilka może zostać zoperowana, a sprawność jest w zasięgu! Konsultacja to dopiero pierwszy krok, przed nami operacja w USA, gdzie sztab specjalistów pomoże w skutecznym leczeniu wady. Koszt zabiegu, leczenia i transportu może wynieść łącznie kilkaset tysięcy złotych! Kwota ogromna i dla nas… wręcz niewyobrażalna! By moja córeczka miała szansę stanąć pewnie na własnych nóżkach, by chwytanie przedmiotów nie było dla niej czymś niezwykle wymagającym…  Przed Emi pierwsze kroki w stronę szkoły. Strasznie boję się, że z ratunkiem nie zdążymy, że moja córeczka zostanie wykluczona, że rówieśnicy jej nie zaakceptują, bo jest “inna”.  Chcę i muszę ratować moje dziecko przed rosnącym cierpieniem, przed barierami i ograniczeniami. Marzę o tym, by ruszyć w drogę prowadzącą ku samodzielności. Trzymam ją w ramionach i błagam los o to, by wreszcie okazał się bardziej łaskawy. Wiem, że sama nie mam szans, ale jeśli ty i armia ludzi przyłączycie się do nas, nasze marzenie o ratunku może okazać się rzeczywistością.  Pamiętaj, że słowa i uczynki wracają! Możesz podzielić się z nami nie tylko wsparciem, ale też pozytywną myślą. Błagam, nie skazuj Emi na cierpienie…

11 233,00 zł ( 1,53% )
Brakuje: 718 879,00 zł
Witek Łytek
19:51:38  do końca
Witek Łytek , 20 lat

Tylko szybka operacja da mi szansę na powrót do sportu! Pomocy!

Dusza sportowca nie pozwala mi się poddać, jednak czasem tracę siły i nadzieję. Kiedyś potrafiłem godzinami biegać po boisku, dziś wyzwaniem jest dla mnie przejście kilku kroków. Kiedyś, spędzając godziny na treningach, czułem, że żyję, dziś o odzyskanie tego życia walczę. Mam dopiero 18 lat, a ból nie pozwala mi normalnie funkcjonować. Dlaczego ja? Mój koszmar zaczął się ponad 8 miesięcy temu. Z początku lekki ból zrzucałem na przemęczenie. Częste mecze, w nogach dziesiątki kilometrów – miało prawo boleć. Odpoczynek jednak nie pomagał, a ból nasilał się coraz to bardziej. Wędrówki od lekarza do lekarza nie przynosiły odpowiedzi na spędzające sen z powiek pytania.  Wreszcie trafiłem do specjalisty, który po wykonaniu szeregu szczegółowych badań powiedział, że to zwyrodnienia stawów biodrowych. Dowiedziałem się, że ból nigdy nie przejdzie, a jedynym ratunkiem dla mnie jest operacja. Tak bardzo potrzebna, a niedostępna w Polsce. Wiedziałem, że nie mogę się poddać, że muszę znaleźć miejsce, w którym otrzymam pomoc. Niestety sumy liczone w euro nie są dla mnie osiągalne. Nawet nie chcę myśleć, co może się stać jeśli nie przejdę operacji! Nie wyobrażam sobie siebie za kilka lat z endoprotezami bioder… Nie ma dnia, w którym nie myślałbym o tym, kiedy wrócę do treningów, kiedy znów pod stopami poczuję szorstkość piłkarskiej murawy. Każde moje dziecięce wspomnienie związane jest ze sportem. Piłka nożna była dla mnie wszystkim, pod treningi podporządkowywałem całe moje życie. Teraz wszystko zależne jest od choroby. Ciężko pogodzić się z takim biegiem wydarzeń, ale czuję, że nie mogę się poddać.  Jestem młody, mam mnóstwo planów i marzeń, mam też nadzieję, że zdołam je zrealizować. Wiem jednak, że potrzebuję w tym Twojej pomocy. Każda złotówka przybliży mnie do osiągnięcia sukcesu! Obiecuję, że w pełni wykorzystam daną mi szansę! Witek

27 704 zł
Marcin Nowak
Marcin Nowak , 35 lat

Odzyskać życie sprzed wypadku! Pomagamy Marcinowi!

Marcin zadzwonił do mnie w przerwie od pracy – powiedział, że za parę godzin skończy i mnie odwiedzi. Ucieszyłam się i zaczęłam szykować coś do jedzenia, bo na pewno po długim dniu pracy będzie głodny. Niedługo po telefonie od Marcina przyszła moja córka z wnukami i powiedziała: „Mamo, usiądź…”. Takie słowa nigdy nie wróżą nic dobrego. Kolana się pode mną ugięły, a serce zaczęło bić mocniej. Marcin miał wypadek – spadł z drabiny, z wysokości trzech metrów. Miał połamane kości prawego boku oraz kości miednicy i udową. Rokowania były dobre, a jego życiu nie zagrażało wówczas niebezpieczeństwo. Po dwóch tygodniach syn został wypisany do domu, lecz nie na długo. Zaczęły się z nim dziać niepokojące rzeczy. Czasem nas nie poznawał i patrzył tak dziwnie, tak obco. Mówił, że ktoś wbija mu igły do nóg, a pod sufitem wiszą nitki, które musi zdjąć. Wszystko to było omamami i halucynacjami. Bardzo się martwiliśmy o Marcina, nie wiedzieliśmy jak mu pomóc. Z dnia na dzień było coraz gorzej. Brzuch zwiększał swoją objętość, nie pomagały żadne przepisane leki, a temperatura ciała wzrastała w momentach krytycznych do 40 stopni! Wiedziałam, że sama nie pomogę synowi – wezwałam pogotowie i natychmiast zabrano go do szpitala.  Następnego dnia zadzwoniła lekarka, poinformować mnie o stanie syna. Nie miałam świadomości jak krytyczny był stan Marcina. Telefon był ustawiony w trybie głośnomówiącym, a przy rozmowie akurat była obecna moja córka z dziećmi i mój brat. Słowa, które padły przeszyły moje serce jak miecz. „Serce pana Marcina dwukrotnie stanęło, sytuacja jest krytyczna. Syn może umrzeć…”. Chyba zemdlałam. Dzieci wybuchły płaczem. Brat wyszedł z pokoju. Nikt z nas nie był w stanie uwierzyć w to, że Marcin może umrzeć. Każdy płakał, chował twarz w ręce, córka tuliła dzieci… koszmar nie do opisania przepełniony krzykiem rozpaczy. Strata ukochanego syna, człowieka tak dobrego i życzliwego – nie mogło mi to przejść przez myśl. Nie wierzyłam w to co słyszałam, a jednocześnie ból ściskał mnie od środka. Dniem i nocą błagałam Boga, żeby mi go nie odbierał… i chyba mnie wysłuchał, bo Marcin przeżył. Do końca życia będę też wdzięczna lekarzom, którzy wywalczyli jego życie. Za każdym razem, gdy wspominam ten moment od razu mam ciarki, głos się blokuje... te emocje są wciąż żywe. Przejęłam całą opiekę nad synem, ponieważ nie jest sam w stanie wykonywać podstawowych czynności. Niedawno Marcin zaczął rehabilitację w domu. Dziękuję Bogu, że są tacy dobrzy ludzie i nam pomagają. Już po pierwszych spotkaniach widzę, że praca z fizjoterapeutką przynosi efekty – Marcin odzyskuje powoli władzę w ciele, mięśnie są mocniejsze, nawet skóra przybrała zdrowszy kolor! Choć syn odzyskuje siły fizyczne, naszym największym zmartwieniem jest stan psychiczny Marcina. Jest objęty opieką farmakologiczną i regularnie bierze leki, które trzymają jego nastrój w ryzach.  Największą bolączką jest częściowa utrata pamięci. Syn stracił wiele wspomnień sprzed wypadku, w tym jedno bardzo ważne…  W sierpniu mija pięć lat jak zmarł mój mąż i tata Marcina. Syn tego nie pamięta. Pyta gdzie jest tata, jak się czuje, czy dzwonił… serce mi się kraje. Marcin nie zna jeszcze prawdy. Jestem przerażona scenariuszami, które wyobrażam sobie, gdybyśmy przekazali mu rzeczywistą sytuację. Staram się chronić syna jak mogę, nie mogę dopuścić, by jego życie znowu wisiało na włosku.  Marcin potrzebuje profesjonalnego wsparcia rehabilitacyjnego oraz psychologicznego. Powrót do rzeczywistości sprzed wypadku jest o wiele trudniejsza niż przypuszczaliśmy. Wszystkie oszczędności inwestuję w zdrowie Marcina, lecz to wciąż za mało. Miejsce, w którym zaoferowano wsparcie jest poza moimi możliwościami finansowymi. Za każdym razem, gdy czytam ofertę ośrodka rehabilitacyjnego mam ochotę się rozpłakać z bezradności. Matka jest w stanie oddać wszystko dla swojego dziecka. Nieważne czy jest maleńkim, czy dorosłym człowiekiem. Choć robię co mogę, wiem, że to nie wystarcza. Nadszedł czas, w którym muszę prosić o wsparcie finansowe. Turnus rehabilitacyjny jest szansą, by wyciągnąć Marcina z największych trudności. Trzeba postawić go na nogi i umożliwić pierwsze stabilne kroki ku odzyskaniu sprawności i zdrowia. Sama nie jestem w stanie tego osiągnąć. Dlatego błagam o wsparcie i pomoc w ratowaniu życia mojego synka… Mam nadzieję, że dobro, którego doświadczamy w tym trudnym czasie, wróci ze wzmożoną mocą do wszystkich okazujących nam swoją hojność. Bez pomocy ludzi nie dam rady sama. Bardzo proszę o wsparcie tej zbiórki. Teresa, mama Marcina

8 670,00 zł ( 8,94% )
Brakuje: 88 299,00 zł

Obserwuj ważne zbiórki